UKŁADANKA

dypl. Układ

UKŁADANKA

AGNIESZKA
– Co się pani tak grzebie?! – Facet stojący za obsługiwaną właśnie klientką miał czerwoną twarz i wypisaną na niej chęć mordu.
– Przepraszam pana. Sekundę, muszę założyć nową rolkę w kasie, a coś mi się zacięło – wyjaśniłam grzecznie, mimo że podniósł mi ciśnienie. – Jeszcze chwilkę. Przepra…
– Niech pani skończy z tym przepra – przerwał mi – i się weźmie do roboty, za co wam płacą? Ja nie mam czasu tu sterczeć!
Ręce zaczęły mi się trząść, koniec taśmy wciąż nie chciał wejść tam gdzie powinien. Nacisnęłam dzwonek, raz i drugi.
– Zaraz przyjdzie koleżanka i będzie czynna kasa obok, proszę o cierpliwość – próbowałam mówić spokojnie, choć miałam ochotę zakląć.
–Jakoś jej nie widać. Pewnie udaje, że dzwonka nie słyszy!…
Chciał jeszcze coś dorzucić, lecz w tym momencie zbliżył się do nas wysoki mężczyzna w eleganckiej granatowej kurtce i półgłosem, ale tak, że słyszałam każde słowo, powiedział:
– Proszę pana, spokojnie. Wszyscy czekamy, chyba może pan się zdobyć na trochę cierpliwości. Każdemu się może zdarzyć, że mu się maszyna zatnie. To nie jest wina tej pani… – Spojrzał na moją plakietkę – …pani Agnieszki – dodał, uśmiechnąwszy się do mnie. – Nie mógłby pan grzeczniej? – dokończył.
Facet poczerwieniał jeszcze bardziej, na szczęście do sąsiedniej kasy dotarła wreszcie Kaśka, więc czym prędzej pogalopował tam ze swoim wózkiem.
Mężczyzna w granatowej kurtce wrócił na koniec kolejki, nawet nie zdążyłam mu podziękować. Dopiero gdy płacił za swoje zakupy, miałam chwilę, by mu się lepiej przyjrzeć. Długie, szczupłe palce, lekko szpakowate skronie, wysokie czoło, gęste brwi, szaroniebieskie oczy, zapach dobrej wody. „Beckham Signature”, od razu poznałam. Kupiłam ją parę lat temu, przez dwa dni nie jadłam wtedy obiadu, bo kosztowała ponad pół stówy, ale co tam. Wyobrażałam sobie, że tak będzie pachniał mój mężczyzna…
– Dziękuję, pani Agnieszko – powiedział, gdy podawałam mu rachunek. Ach, ten głos! Ciepły, a jednocześnie głęboki i męski. – Nie warto się przejmować. Mam nadzieję, że nie popsuł pani dnia ten grubianin. Nie, z pewnością nie, widzę, jaki ma pani śliczny uśmiech. Do widzenia.
– Do widzenia – Uśmiechnęłam się najśliczniej, jak potrafiłam.
Już do końca zmiany kasa non stop śpiewała mi radosne „Pani Agnieszko, pani Agnieszko, jaki ma pani śliczny uśmiech”, we wszystkich twarzach klientów i w każdym wydrukowanym rachunku widziałam to wysokie czoło i szare, lekko zmrużone oczy w sieci drobniutkich zmarszczek, a moje serce tańczyło na łące pełnej kwiatów.

ROBERT
Nasz market jest mały, osiedlowy, klienci to mieszkańcy okolicznych domów, rozpoznaję większość z nich. Po szarookim przystojniaku ślad zaginął. Przez kilka dni, dyżurując na stoisku mięsnym, pocieszałam się, że może mój piękny rycerz jest wegetarianinem i dlatego nie uświadczę go przy ladzie chłodniczej. Nie dopuszczałam myśli, że pojawił się w naszym sklepie jedynie ptakiem przelotnym i mogę nie zobaczyć go już nigdy. Rozkładając towar na półkach, niczym pershing latałam między stoiskami, tłukąc ponadnormatywne kilometry, byle tylko go nie przegapić, a jego wciąż nie było. Muzyka mojego serca z ognistego tango argentino przeszła najpierw w dostojny walc angielski, potem w spokojne metrum smętnego kujawiaka, a kiedy znów mnie rzucili na kasę i szarooki nie zjawiał się nadal, coraz bardziej przypominała marsz pogrzebowy.
Aż wszedł! Siedziałam „na kasie” blisko wejścia, więc od razu natknął się na mnie. Powiedział „Dzień dobry, pani Agnieszko” (Boże, pamiętał moje imię!), wziął wózek, gazetkę z promocjami, skierował się w stronę półek, a mnie dopiero po chwili przywrócił do rzeczywistości głos klientki, „Mogę już płacić?”. Dobrze, że to nie był ten facet z czerwoną gębą! A może i szkoda, miałabym okazję ponownie doświadczyć szlachetnej interwencji mojego rycerza.
Moim nazywałam go w myślach przez ostatnie dni i noce, z wiarą, że jakaś boska interwencja sprowadzi go znowu do naszego marketu. I oto był. Czyż ten cud nie zwiastował drogi, którą już wkrótce podążymy razem? Tak będzie, tak być musi – powtarzałam sobie jak mantrę – bo tak jest nam w gwiazdach zapisane, trzeba cierpliwości, ale to tylko kwestia czasu, będę czekać…
„Dzień dobry, pani Agnieszko”, „Do widzenia, pani Agnieszko”, czasem coś o pogodzie lub o drożdżówkach albo mandarynkach, które akurat były w promocji przy kasie – i tak przez prawie dwa tygodnie. Obojętnie na jaką zmianę pracowałam, zjawiał się co dzień. Wreszcie w piątek wieczorem, gdy już sklep opustoszał i szykowałam się do zamknięcia kasy, mój rycerz zapytał, czy może zaczekać, aż skończę pracę, bo chciałby mi coś zaproponować. Poczułam, jak już zupełnie prostym i pewnym lotem szybuję w stronę nieba. Oto cud zaczął się materializować.
Stał na parkingu koło swojego auta.
– Robert Bartowski – przedstawił się.
– Agnieszka Janeczko – powiedziałam, czerwieniąc się, gdy pocałował mnie w rękę.
– Jakie pani ma drobne, delikatne dłonie… – Puścił moją rękę dopiero po dłuższej chwili. Ton jego głosu robił z mojego serca wilgotną, miękką galaretkę o smaku poziomek, której aromat niemal unosił się wokół nas jak różowy obłok i miałam wrażenie, że lada moment oboje zaczniemy lewitować.
– Aż mi głupio mówić, o co chciałbym panią prosić… – zawiesił głos.
– Co takiego? Słucham. – Byłam gotowa spełnić każdą jego prośbę, bezwarunkowo i natychmiast.
– Bo te pani małe rączki… Takie drobniutkie… Dobrze, powiem wprost. Ale błagam, jeśli się pani nie zgodzi, niechże przynajmniej wybaczy mi śmiałość. Szukam osoby, która pomogłaby utrzymać porządek w moim mieszkaniu. To znaczy chodzi mi o sprzątanie, powiedzmy dwa razy w tygodniu. Czy może właśnie pani zechciałaby? Ewentualnie mogła kogoś takiego polecić?
„Właśnie pani” wymówił z czarującym naciskiem, lecz i tak milczałam, kompletnie zaskoczona propozycją, jakże odmienną od wymarzonej.
– Dlaczego ja? – wydukałam wreszcie.
– Obraziłem panią? – Minę zrobił tak zmartwioną, że miałam ochotę objąć go i pocałować.
– Nie, skąd. Jestem po prostu zdziwiona…
Chłonęłam. Pomalutku, a potem coraz szybciej zaskoczenie przeradzało się w radość. Pomagać mu! Być przy nim. Z nim… Właśnie ja, przecież tak powiedział! „Właśnie pani”.
A to niedługo może znaczyć „tylko ty”.

JOANNA
W sobotę miałam znów drugą zmianę, więc wystartowałam jeszcze przed południem. Kamienica, której adres zapisał mi Robert, znajdowała się zaledwie cztery przystanki od naszego osiedla. Drzwi wejściowe otworzyły się od razu, gdy nacisnęłam guzik domofonu i przedstawiłam się. Nie usłyszałam wprawdzie ani słowa, ale to, wespół z windą wlokącą się na piąte piętro, tylko potęgowało nastrój niecierpliwego wyczekiwania, w jakim żyłam od wczoraj. Za chwilę Robert na przywitanie pocałuje mnie w rękę, a może nawet od razu weźmie w ramiona.
Otworzyła mi młoda dziewczyna, wyglądała jak licealistka, choć trochę kłócił się z tym mocny makijaż.
– Przepraszam, chyba pomyliłam drzwi – mruknęłam.
– Nie, nie, w porządku. Mąż mówił, że ma pani przyjść. Proszę.
– Pan Robert? – wyjąkałam, wciąż z nadzieją, że umalowane dziewczę mówi o zupełnie innej osobie. Jaki mąż, Matko Boska, Robert przecież nie nosił obrączki! I w ogóle – miał być mój! Mój, a nie tej siksy!
– Przepraszam, nie przedstawiłam się. Joanna Bartowska. Mąż właśnie wyjechał do Niemiec, prosił, żebym ja z panią omówiła warunki. Czy pani źle się czuje? Gorąco tu, proszę zdjąć płaszcz. Usiądźmy, właśnie zaparzyłam kawę, napije się pani?
Niczym automat wykonałam jej polecenia, tylko zamiast kawy poprosiłam o szklankę wody.
Gdy wyszła po nią do kuchni, rozglądnęłam się po pokoju. Na biurku stało w ozdobnych ramkach duże zdjęcie Roberta, obok niego otwarty laptop też nie pozostawiał wątpliwości: przed chwilą Joanna musiała rozmawiać z mężem przez skype’a, na ekranie widniała ikonka z jego imieniem.
– Na długo mąż wyjechał? – spytałam, gdy wróciła, nawet nie siląc się na obojętny ton.
– Raczej tak. Znalazł świetną pracę. Myślę, że na co najmniej pół roku. Na tyle też chciałabym umówić się z panią. Potem ewentualnie przedłużymy umowę.
– Ale… Ja jednak zrezygnuję. Przepraszam, jeśli sprawiam zawód, lecz chyba nie dam rady – zaczęłam się plątać.
– O, to rzeczywiście kłopot. – Zmarszczyła czoło i uniosła wymalowane brwi. – Może jednak kawy?
– Tak.
– Mąż tak dobrze mówił o pani. Proszę się zastanowić.
Usiłowałam zebrać myśli. Gdy napełniała filiżankę, jeszcze raz rozejrzałam się po salonie. Nowocześnie i bogato umeblowany, zero nieporządku. Co tu sprzątać? Dziwna kobieta. Sama by mogła, jeśli już. Ale co tam, w markecie płacili nam tak mało, parę groszy zawsze się przyda.
Zresztą mniejsza o pieniądze. Powiedziała, że tak dobrze mówił o mnie… Z fotografii na biurku szare oczy Roberta patrzyły prosto w moje. Okej. Będę tu przychodzić. Tu, gdzie są jego meble, ubrania pachnące „Beckhamem”, setki śladów. On kiedyś wróci. Do mnie. Nie do Joanny. Skoro cudowne moce pomogły mi rozpocząć układanie tego obrazka, pomogą i teraz. Trzeba tylko cierpliwie odliczać dni. Doczekam się.

PAWEŁ
Gdy nadeszły późnojesienne, chłodne dni, zwykle we wtorki rozpalałam w kominku, Joanna częstowała mnie kawą i trochę rozmawiałyśmy. Chyba mnie nawet polubiła, choć sympatię wyrażała z pewną łaskawością i wyższością, jaką osoba zamożna i piękna odczuwa wobec szarego, acz nie całkiem szpetnego kaczątka, które pracuje w markecie, wynajmuje marny pokój i sprzątaniem w bogatym domu ratuje swój nędzny budżet. Pewnie świadomość, że mi pomaga, podnosiła Joannie ego. W gruncie rzeczy nie była złą osobą. A tym lepszą, że miała zostawić mi Roberta!
– Rozwodzę się z Robertem, nieodwołalnie. Wkrótce mu powiem o wszystkim, ma przyjechać na święta. Byłam taka młoda i głupiutka, gdy za niego wychodziłam, zawrócił mi w głowie. Teraz wiem, że to Paweł jest moją drugą połówką – oznajmiła mi, gdy któregoś wtorku przy płonącym kominku w jej salonie piłyśmy kawę.
Z trudem ukryłam radość. Mój sen zaczynał się urzeczywistniać o wiele szybciej, niż mogłam marzyć. Robert będzie wolny! Prędko zrozumie, że to ja na niego zasługuję. Pocieszę go, wydobędę z szoku, uleczę. Niech sobie Joanna tę swoją połówkę bierze jak najszybciej, choćby dziś.
Pracowałam u niej dwa razy w tygodniu. We wtorki rano lub po szesnastej, a w piątki zawsze tylko wieczorem, dopiero po dwudziestej trzeciej. Mówiła, że późna pora jej nie przeszkadza, bo albo wtedy już śpi, albo wychodzą z Pawłem gdzieś potańczyć. Mnie to też pasowało, kończyłam po godzinie, bo pucowania naprawdę było niewiele, po północy mogłam już wracać i jeszcze zdążyć się wyspać.
– Robert wcale nie jest taki szlachetny, jak myślisz – powiedziała mi kiedyś. To było po jakiejś ich rozmowie przez skype’a, właśnie weszłam, gdy kończyli, dotarły do mnie tylko jej ostatnie słowa, „na to już nie licz, cześć”. – Nie chcę zdradzać szczegółów, to poniżej mojej godności. W każdym razie bardzo mnie zawiódł – dodała.
Tere fere. Próbowała mi wmówić, że to Robert jest be, bo już od paru tygodni kręciła z tym Pawłem. O romansie wiedziałam, wcale się nie kryli. No tak, mąż daleko, zarabia na jej dostatnie życie, a ona romansuje. Nawet myślałam, żeby w jakiś sposób zawiadomić Roberta, co wyczynia jego żona, i jeszcze prędzej otworzyć mu oczy, a tu, proszę, kolejny klocek w mojej układance sam wskakiwał na miejsce. Do świąt blisko, wytrzymam.
Co do Joanny i Pawła, widać było, że naprawdę się kochają. Kiedyś nawet, podczas piątkowego dyżuru, gdy akurat znajdowali się w sypialni, usłyszałam:
– Gdybyś miała znowu być z nim, zabiję najpierw ciebie, a potem siebie.
– Wolę umrzeć natychmiast, tu, w łóżku, z rozkoszy! – to z kolei był jej głos.
Śmiali się z tego potem jak wariaci. Wyszłam do kuchni, ale i tak słyszałam. Szorując kafelki nad zlewozmywakiem wyobrażałam sobie Roberta i mnie tak śmiejących się ze szczęścia. To już blisko, coraz bliżej…
Pod koniec listopada Joanna zleciła mi posprzątanie domu na wsi. Takie bogactwo widziałam dotąd jedynie w filmach. Sądziłam, że prócz zauroczenia urodą Roberta przyczyny majątkowe też grały wielką rolę w decyzji Joanny o poślubieniu go. Czarujący, przystojny, rycerski, bogaty… Prawdziwy książę z bajki. Lecz okazało się, że to ona była zamożną jedynaczką, a dom dostała w prezencie ślubnym.
– Ale ja kocham miasto i nie zamierzałam zakopać się na prowincji. Tu jest o wiele ciekawsze życie, przekonałam Roberta i kupiliśmy to mieszkanie – wyjaśniła.
Niemądra. Ja bym wolała mieszkać z nim w tym pięknym domu. To zresztą nieważne, jeśli będzie trzeba, wynajmiemy choćby malutką dziupelkę.
– Kto wie, może jednak tam wrócę. Zaczynam się oswajać z tą myślą. Paweł kocha wieś, czego się nie robi dla ukochanego mężczyzny – oznajmiła mi innym razem, gdy już dopiłyśmy którąś z tych wtorkowych kaw i szykowałam się do wyjścia.
Bardzo dobrze. Zniknie nam z oczu. I będę już tylko ja, Robert i nasza miłość.

AGNIESZKA I ROBERT
W piątkowy wieczór cichutko jak zwykle weszłam do mieszkania. Joanny nie było albo już spała, sama czy z Pawłem – w piątki nie zaglądałam nigdy do sypialni.
W salonie zapaliłam światło i wtedy ją zobaczyłam. Leżała na podłodze w kałuży krwi. Zacisnęłam powieki jak w kinie, gdy w ten sposób przeczekiwałam jakiś straszny fragment filmu, ale gdy otworzyłam oczy, nic się nie zmieniło.
Osunęłam się na fotel, czując, że robi mi się słabo. Bałam się podejść bliżej, ale i z tej odległości widziałam. Nie ruszała się. Głowę miała zakrwawioną, obok znajdował się pogrzebacz, najwyraźniej narzędzie zbrodni, również na nim było tak strasznie dużo krwi…
Ostrożnie rozejrzałam się po pokoju. Meble, telewizor, obrazy na ścianach – wszystko znajdowało się na swoim miejscu. A, nie! Z biurka zniknął laptop. Zdjęcie Roberta Joanna już dawno gdzieś schowała, lecz laptop stanowił element stały. Co się mogło z nim stać? Jeśli morderca przybył tu w zamiarze rabunku, czy mógł zabić z powodu głupiego komputera?
Zahaczyłam wzrokiem o zakrwawione zwłoki Joanny i szybko uciekłam oczami. Bałam się coraz bardziej. Próbowałam wstać z fotela, ale nogi tak mi drżały, że nie potrafiłam się podnieść.
A może… może to Paweł? „Zabiję najpierw ciebie”, zadźwięczało mi w uszach. Czy to możliwe, żeby on?
Coś jeszcze mnie niepokoiło. Zapach. Niezbyt intensywny, lecz wyraźnie wyczuwalny, uświadomiłam sobie, że już gdy otwierałam drzwi, poczułam go, a przecież garderoba, w której wisiały koszule Roberta, była zamknięta.
Może i jego zwłoki gdzieś tu są???
Zaczęłam przetrząsać torbę w poszukiwaniu telefonu. Trzeba zawiadomić policję. Komórki nie mogłam znaleźć, jak zawsze gdy była potrzebna, chowała się w nieodkrytych przepaściach, grzebałam we wszystkich przegródkach i nic.
Wtedy usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi. Nie byłam w stanie wydobyć głosu z gardła. Nie zdążyłam też umrzeć ze strachu, bo natychmiast niczym chmura oplótł mnie „Beckham”, teraz już naprawdę silny. Odwróciłam się.
Robert wrócił! Zdjął kurtkę, oparł walizkę o ścianę i w dwóch krokach stanął przy mnie.
Ale nie wziął mnie w ramiona. Widok leżącej na podłodze Joanny też nie zrobił na nim wrażenia, jakby znał go już.
– To ty zabiłaś moją żonę – powiedział.
Nie pytał. Stwierdził. „Ty”. Jakże ucieszyłaby mnie ta forma, gdyby nie sąsiadujące z nią przerażające „zabiłaś”.
Pociemniało mi w oczach, mimo to znów próbowałam się podnieść. Żelaznymi szczypcami swoich długich palców złapał mnie za rękę i kolanem przygwoździł do fotela.
Ból mnie otrzeźwił.
– Jak możesz? – próbowałam się bronić, oto też przechodząc z nim na ty, choć bez bruderszaftu. – Puść, boli. Nie zabiłam jej!
– Ciekawe, jak wytłumaczysz to policji. – Jego głos był lodowaty, gdzie podziały się te miękkie, serdeczne nuty? – Tyle tu twoich śladów, nie będzie wątpliwości.
– Co ty wygadujesz? Przecież pracowałam tu, sam mnie zatrudniłeś.
– Masz świadków? Kto ci uwierzy, że miałem z tym coś wspólnego? Widzisz ten pogrzebacz? Zaprzeczysz, że miałaś go w ręku?
A więc taka cegiełka dokładała się na koniec do moich puzzli? Mój zbawca, wyśniony rycerz bez skazy, mój ukochany, piękny Robert podejrzewał mnie o dokonanie zbrodni?
Nie tylko podejrzewał. Nie tylko oskarżał. On mnie wrabiał! Taki scenariusz zaplanował dla mnie. Zamiast pławić się dozgonnie w arkadyjskim oceanie miłości, będę gnić w więzieniu.
Znów próbowałam się zerwać z fotela, tym razem czując więcej sił, lecz w szarpaninie z Robertem nie miałam szans. Jeszcze boleśniej wykręcił mi rękę.
Wolną dłonią wyjął z kieszeni spodni telefon i zaczął wyciskać numer.
– Policja? – usłyszałam po chwili. – Moja żona nie żyje. Właśnie wróciłem, leży na podłodze. Została zamordowana, jest pełno krwi. Przyjedźcie jak najszybciej.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s