W TAKIM DNIU

Ten tekst stanowi ciut zmienioną wersję opowiadania „Jest Wigilia”. Zmian – głównie cięć – dokonywałam z myślą o wysłaniu go na jakiś konkurs (czego i tak nie zrobiłam). Zmieniłam zwłaszcza (skróciłam) zakończenie. Tak chyba jest lepiej.

 

W TAKIM DNIU

Pan Kazio, jeśliby go przebrać w czerwony strój, z tą długą siwą brodą z powodzeniem mógłby udawać świętego Mikołaja. Gdyby nie fioletowa barwa jego nosa i twarz opuchnięta od wódy. Trzęsie mu się ręka, gdy niesie do ust łyżkę z barszczem. Pewnie wolałby setę gorzały, lecz trudno, trzeba trzymać fason. Wszak to cicha noc, święta noc i przybieżeli do Betlejem… Przybieżał w wersji wigilijnej, spod rozpiętej marynarki widać pogniecioną, ale czystą koszulę i nawet staromodny krawat z grubym węzłem.
Obok niego Władek. Naprawdę – Jóźwiak, lecz wszyscy nazywają go Agronomem albo Władkiem Liczykrokiem. Na ulicy odmierza przestrzenie swoich tajemniczych światów, licząc głośno kroki i gryzmoląc na pomiętych kartkach. Ma sześćdziesiątkę, za nim setki tysięcy pomiarów i zapewne tysiące przed nim. Uśmiecha się do wszystkich napotkanych ludzi, przerywając odliczanie, by wyciągnąć rękę i się przywitać. Z miejscowych mało kto się wzdraga. Potem Władek odlicza dalej. Dziś zdążył już zmierzyć tę salę kilkakrotnie i przysiadłszy koło Kazia, siorbnął ledwie kilka łyków, bo znów musi liczyć.
Monika. Wszystkich mi szkoda, ale jej najbardziej. Mówią o niej Uczona, jedni z podziwem, drudzy z drwiną, a wszyscy z litością. Dla swojego ojca była oczkiem w głowie. Dyrektor miejscowej podstawówki też przy każdej okazji chwalił się osiągnięciami Moniki Talik, najlepszej absolwentki. Przestał stawiać ją za wzór, gdy zwiała na Zachód, a i tak mówiło o niej całe miasteczko. Skończyła Sorbonę i jej ojciec puchł z dumy. Zmarł na zawał, gdy po latach wróciła do domu. Uciekła od jakiegoś Turka, który przez kilka lat, nim zdołała mu się wyrwać, niemiłosiernie ją bił. Ale pamiętała tylko, że bardzo go kochała. Leczyli ją potem w zakładzie psychiatrycznym, kilkakrotnie. Wracała coraz bardziej nieobecna. Chyba wciąż go kocha i jest szczęśliwa. Tam gdzie jest. Bo widać, że z naszym światem łączy ją coraz cieńsza nitka.
Chcieliśmy ją przywrócić między żywych, wiele razy byłam w tej norze, w której mieszka. Norze pełnej książek. Nie rozumiała, czego od niej chcę. Gdy podeszłam do regału, na chwilę się ożywiła, ale kiedy włożyłam tom w jej dłonie, patrzyła bezradnie, nie wiedząc, co z nim zrobić. Przekartkowałam kilka stron – też na nic. Ona chyba nie potrafi już nawet czytać, wyparła wszystko. Z wyjątkiem swojej wielkiej miłości.
Irek przyszedł jako jeden z pierwszych. Też odświętnie ubrany. Nie sam. Znam doskonale wszystkich podopiecznych, Irkowego towarzysza widziałam pierwszy raz. Bardzo wysoki, ciemnowłosy. W modnych ciuchach. Zupełnie nie jak ktoś potrzebujący pomocy. Ale bo to można mieć pewność? Przecież nie będę go przepytywać. W takim dniu znajdzie się miejsce i dla niego.
– To mój kolega, pani Małgosiu – przedstawił mi go Irek. – Może zostać z nami, prawda?
– Oczywiście. Zapraszamy – uśmiechnęłam się i wskazałam nieznajomemu miejsce przy stole. Gdy pomagałam przy roznoszeniu potraw, wiele razy przyłapałam jego spojrzenie. Naprawdę interesujący. Skąd się tu wziął?
Barszcz jak zawsze jest znakomity. Monika już go zjadła i na twarzy ma ten co zawsze nieobecny uśmiech. Dłubie widelcem w rybie po grecku. Ale czy wie, gdzie jest?
Ryba po grecku! Zawsze mnie śmieszy, że Polacy jedzą ją na wigilijną kolację. U nas w domu jest karp smażony i w galarecie. Ale tu pani Oli, kucharce z „Miłej”, łatwiej było przygotować tę „grecką” potrawę. Poza tym wszystko jak trzeba, są śledzie, uszka, pierogi. Nawet kompot ze suszu.
Wespół z Olą nieźle nauwijała się żona kierownika restauracji. Darek, ten kierownik, i tak zawsze nam pomagał, gdy organizowaliśmy świąteczną kolację dla bezdomnych, dostarczał termosy z potrawami. A teraz mieliśmy do dyspozycji cały lokal, bo on z żoną wyskoczyli w góry. Głupio było nie skorzystać, choć termin – dokładnie 24 grudnia – nikomu nie pasował. Marcin wyjeżdżał, Basia i Ulka, wiadomo, mają rodziny, dzieci… Przecież nie zlecę im pełnienia obowiązków w taki wieczór.
– Szefowa, dasz radę? – upewniał się Marcin. – Bo jeśli nie, odwołam wyjazd, trudno. Pomogę ci tutaj.
Nie mogłam mu tego zrobić, jechał do dziewczyny. Zapewniłam, że obie z Olą z pewnością sobie poradzimy. I faktycznie, całkiem dobrze nam idzie.
Choć ja tylko godzinkę byłam w domu. Zaczęliśmy wigilijną wieczerzę już o piętnastej, ledwie zdążyłam się podzielić opłatkiem z rodzicami i coś skubnąć. Mama nawet nie wygłaszała tradycyjnego kazania, jak to zaniedbuję najbliższych i życie sobie wypełniam podopiecznymi, zamiast poszukać męża. Bąknęła jedynie, że kierowniczka OPS powinna mieć ludzi do roboty, a nie znów harować sama. Nie podjęłam tematu, za to cmoknęłam ją w policzek. Przecież jest Wigilia.
– Włożyłabyś coś jasnego, wyglądasz jak zakonnica – mruknął ojciec, kiedy, w ciemnej sukience i czarnych rajstopach, przed lustrem w przedpokoju poprawiałam fryzurę. I ściszając głos, żebym nie dosłyszała, dorzucił w stronę mamy: – Ona już chyba zostanie starą panną.
Ale dosłyszałam. Wyszłam, trochę za głośno zamykając drzwi. Jednak podnieśli mi ciśnienie. Oj, wiem, martwią się o mnie. Tylko co z tego. I tak nie potrafią uczynić cudu i zamiast książek i kosmetyków sprezentować mi pod choinkę męża. Aczkolwiek w takim dniu ponoć wszystko jest możliwe…
Stara panna, kobieta wolna, singielka, jak zwał, tak zwał – jestem sama. Nie będę udawać przed sobą, że mi z tym dobrze. Bo dla świata, owszem, mam inną, oficjalną twarz. Zadowolonej z sukcesów i bez reszty oddanej swojej pracy pani kierownik Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. I wcale nie muszę udawać. Nie wyobrażam sobie innej pracy. Nawet mimo jej ciemnych, smutnych stron.
A może ja rzeczywiście tym wariantem B, z braku wariantu A, wypełniam sobie życie? Czy trzydzieści pięć lat i nadal solo to w dzisiejszych czasach naprawdę katastrofa?
Katastrofa to ksywka Lolka. Bo on co kilka słów wtrąca tę „katastrofę”, trzeba czy nie. Dziś komplementuje mnie słowami:
– Pani kierowniczka jak zawsze ślicznie wygląda, katastrofa, ja przepraszam za śmiałość, ale pani wie, że to z sympatii, katastrofa. Szkoda pani dla takich łachmytów jak my, katastrofa…
– Panie Karolu – próbuję mu przerwać – co pan wygaduje. To moja praca i ja ją lubię.
– No tak, dziś jest Wigilia i nawet zwierzęta, katastrofa, mówią ludzkim głosem. Ale kolacja pyszna jak zawsze, katastrofa, wielkie dzięki.
Kolejnej katastrofy już nie słyszę, bo Lolek zwraca się ze swoim monologiem do pani Oli, która zbiera właśnie opróżnione talerze. Chcę jej pomóc, lecz macha ręką, że nie trzeba. Dobra kobieta z tej Oli. Też samotna, wdowa. Kiedyś była pięknością, wciąż ma ślady dawnej urody. Wielu adoratorów się koło niej kręci, ale są bez szans. Pani Ola zawsze powtarza, że już się tego miodu najadła i wystarczy.
Kazio wyszedł na kwadrans i chyba coś przyjął, bo po powrocie oczy mu się świecą i nos sfioletowiał jeszcze bardziej. Przecież nie będę go obwąchiwać. Jest Wigilia, niech ma te swoje radości, tylko się boję, czy inni dadzą radę przetrwać ten wieczór na trzeźwo.
Dobrze, że Liczykrok nie pije. Nadal mierzy. W przerwach opróżnia talerze. Apetyt mu dopisuje i wcale się z tym nie kryje, jak inni, udający powściągliwość, żeby nie było, że przyszli tu jak głodomory. Mają swoją godność. Ubrania też włożyli lepsze niż na co dzień. Mówią niewiele, cicho. Są odświętni. Zupełnie inni niż nad rzeczką, gdzie wielu codziennie łoi od rana i skąd czasem aż na rynek dobiegają ich podniesione głosy.
Właściwie nie ma wśród nich stuprocentowych bezdomnych. Na dwudziestu trzech naszych podopiecznych tylko dwóch nocuje w szopie na ogródkach działkowych i wielokrotne próby ruszenia ich stamtąd nie przyniosły skutku. Mówią, że im dobrze. A zresztą dokąd mielibyśmy ich przenieść? Obaj są samotni, obaj nie pochodzą z naszego miasteczka, choć zagnieździli się w nim sporo lat temu. Pilnujemy, by w tej szopie nie zamarzli zimą i tyle.
Jacek Cwaniak wcale nie przyszedł. Cwaniakiem – w myślach – nazywam go tylko ja, inni mówią o nim po nazwisku, Karczowski. Piekielnie inteligentny, to widać nawet gdy bełkoce. A bełkoce, bo prawie nie trzeźwieje. W rzadkich momentach przebłysków odwiedza nasz ośrodek i zawsze się czegoś domaga, usiłując przechytrzyć Basię i mnie. Wyraża się przy tym górnolotnie, rzekłabym: poetycko, by na nas puścić dymy i wyłudzić świadczenia, które mu się nie należą. Znamy te sztuczki.
Żegna się z nami zawsze wyniosłym:
– Kobiety to jednak podrzędny gatunek człowieka. Jak moja eksmałżonka. Kłaniam się.
Jego „eksmałżonka” już wiele lat temu uciekła z dziećmi od pijaka i wyjechała w świat. Marcin był u niego przed Wigilią, jak u wielu innych, których należało powiadomić o kolacji.
– Tylko wie pan, panie Jacku, musi pan przyjść trzeźwy. Choćby na godzinkę – zawiadomił Cwaniaka. – Niech się pan nie gniewa, że ja tak urzędowo, ale wie pan, muszę. – Marcin pracuje u nas od niedawna i wciąż trudno mu się odnaleźć w pewnych sytuacjach. – Takie są zasady – dodał.
– Pierdolę wasze zasady – odbełkotał mu Cwaniak. – A barszcz mi szkodzi na wątrobę. Sami sobie go jedzcie.
Dziwne, że on w ogóle jeszcze ma wątrobę. Cały sczerniały od picia.
Przyjechał burmistrz, podzielić się opłatkiem i złożyć świąteczne życzenia. Swój chłop, wszyscy go tu szanują. Bartosz. Kiedyś byliśmy parą, ale nie śpieszyło mi się do dzieci i pieluch, widać niezbyt mocno go kochałam. Było, minęło. Ożenił się z dyrektorką przedszkola, Darią, naszą wspólną koleżanką z klasy. Mają troje dzieci i nie zamierzają na tym poprzestać, pewnie prócz miłości przyświeca im cel, by poprawić marny stan demografii w naszej gminie. Nie mam żalu, że Daria zastąpiła mnie u boku Bartka. Pasują do siebie jak dwie połówki.
Po wyjściu burmistrza kilkoro podopiecznych też zaczyna się zbierać. Mam nadzieję, że wychodzą tylko na papierosa. Wraz z nimi podnosi się od stołu Irek.
– Pani kierowniczko, skoczę po gitarę i zaraz wracam.
O Jezu. Znów nas skatuje. Przecież on już ani głosu nie ma, ani grać nie potrafi. Choć kiedyś był z niego zdolny muzyk. Zwyciężał w konkursach i przeglądach. Miał pięcioosobowy zespół i dziewczynę w każdym mieście, i nawet fanklub, bo koncertowali w całej Polsce. Wóda go zgubiła. Zawalał koncerty i trasy, zrywał umowy, z wielkiej kasy zostały mu nędzne resztki. Potem grał po weselach z dwoma takimi jak on, też niedługo. Opamiętał się, kiedy go pobito do nieprzytomności i jak zdechłego psa wrzucono do przydrożnego rowu. Do dziś nie wiadomo, kto to zrobił. Ale Irek już nigdy więcej nie wziął alkoholu do ust. Po zakończeniu terapii wrócił do naszego miasteczka i w odblaskowej kamizelce zamiata ulice oraz pomaga ludziom kopać ogrody i rąbać drewno. Tylko że ręce też zrobiły mu się drewniane i już zupełnie nie umie grać. Trudno, jest Wigilia. Wytrzymam, większość zresztą nawet nie zwróci uwagi na jego fałsze. Zanim kolacja dobiegnie końca, pośpiewamy trochę kolęd. Jak co roku.
Pani Ola przysiada na chwilkę przy Monice. Delikatnie głaszcze ją po ręce. Przez osiem szkolnych lat się przyjaźniły i wcale nie stanowiło przeszkody to, że Monika błyszczała, a Ola ciągnęła się w ogonie klasy i trzeba było pomagać jej w lekcjach. Potem Ola skończyła zawodówkę gastronomiczną, a Monika miała zostać drugą Marią Skłodowską-Curie. Jak się te losy dziwnie plotą! Dziś to Ola opiekuje się Moniką, choć ta pewnie nie pamięta, że kiedyś siedziały w jednej ławce.
Wraca Irek z gitarą. Co za szczęście, nie on będzie grał. Podaje ją nieznajomemu. Ten przez chwilę stroi instrument, potem uderza w struny. Przerywa, pytając mnie, czy może grać. Uśmiecham się, przytakując.
Pierwsze dźwięki kolędy brzmią niesamowicie głęboko i czysto. A jakie on ma ładne dłonie! Bardzo długie szczupłe palce. Głos też ma przyjemny, ciepły, z leciutką chrypką.
„Bóg się rodzi, moc truchleje”… Zawsze zaczynamy tą kolędą, lecz nigdy nie śpiewano jej w tym gronie tak pięknie. Aż wszyscy milkną, by dopiero po chwili się dołączyć. Chór naszych głosów brzmi już dużo gorzej, lecz nieznajomemu najwidoczniej to nie przeszkadza. Uśmiecha się do mnie, po kociemu mrużąc oczy. Czerwienię się niczym pensjonarka. No coś takiego! Wstaję od stołu pod pretekstem odniesienia talerzy. Mam nadzieję, że nie zauważył, w sali oświetleniem są jedynie lampki na choince i parę kinkietów.
Jeszcze kilka kolęd i spotkanie dobiega końca. Szkoda. Po raz pierwszy nie śpieszy mi się do domu. Zresztą i tak muszę pomóc pani Oli posprzątać. Nieznajomy odkłada gitarę na krzesło, wstaje. Widzę to tylko kątem oka, bo właśnie żegnam się w drzwiach z Kaziem i z Lolkiem Katastrofą. Wraca Ola, była odprowadzić Monikę, podaje rękę Władkowi Liczykrokowi, który też przed chwilą wszystkim nam uścisnął dłonie.
Teraz nieznajomy wraz z Irkiem zbliżają się do wyjścia. Irek zdejmuje z wieszaka swoją kurtkę, lecz jego kolega chyba zmienił zamiar. Już prawie nikogo nie ma w sali. Ola poszła na zaplecze.
Nieznajomy przystaje, jakby niepewny, co robić.
– Irek, nie czekaj na mnie, przyjdę trochę później – mówi po chwili. Słyszę to wyraźnie, bo patrzy w moją stronę.

***
Jechałem do N. wściekły. Beata zadzwoniła rano, byłem tak zaskoczony, że moje początkowe milczenie wzięła za dobrą monetę.
– Przyjedź koniecznie, mam ci coś ważnego do przekazania – oznajmiła.
– Akurat dzisiaj?
– Jest Wigilia, w taki dzień chyba mi nie odmówisz? Czekam. – I rozłączyła się.
Shit, co jej przyszło do głowy! Przecież od ładnych paru miesięcy nic nas nie łączyło. Nawet mi pasowało, że zerwała ze mną, bo pod koniec już tylko się kłóciliśmy. Gdzie ja miałem oczy? Głupie gały. Poleciały jak na lep.
Czego ona może chcieć? Żeby nie ta cholerna Wigilia, nie ruszyłbym tyłka. Jednak wypada zachować przyzwoitość. Pojechałem.
Sensatka! Chciała mi zwrócić zegarek i wisiorki, które jej kiedyś podarowałem. Już dawno o tym nie pamiętałem. Podała mi łaskawym gestem nieduże zawiniątko, ogłaszając przy tym „definitywny kres naszego związku”. Jakbym sam nie wiedział. Po to się tłukłem aż taki kawał! Naprawdę musiała ten spektakl odegrać właśnie dziś? Ale dobra, niech jej będzie. Zawsze lubiła fajerwerki, niech ma tę swoją triumfalną kropkę nad i. No i poza tym jest Wigilia.
W drodze powrotej zadzwoniłem do rodziców, że nie zdążę przyjechać, żeby się nie martwili. Nawet mi to pasowało, bo co roku musiałem z nimi spędzać święta i zawsze był ten sam repertuar potraw i filmów w telewizji. Oraz życzeń, żebym się wreszcie ustatkował. Kiedyś się zerwę z postronka i polecę na Wyspy Kanaryjskie.
Lecz z dzisiejszym wieczorem coś trzeba zrobić. W końcu to Wigilia. Podobno w taki dzień nikt nie powinien być sam. Głupie przesądy, jednak nie uśmiechało mi się spędzenie nocy w samochodzie.
Zaraz. Przecież tu gdzieś w pobliskim miasteczku mieszka brat Beaty. „Ten wykolejeniec, artysta za dychę”, jak mówiła. Dawno zerwała z nim kontakty. Irek czy jakoś tak. Kiedyś nawet mi pokazała dom, w którym mieszkała jako dziecko i gdzie podobno wciąż ten Irek koczuje. Tak powiedziała, koczuje, z pogardą krzywiąc swoje piękne usta.
Chciałem coś kupić po drodze, lecz nie natrafiłem na ani jeden otwarty sklep. Trudno. Może ten Irek będzie miał choć piwo i kawałek chleba, a jak nie, najwyżej posiedzimy o suchym pysku. Wigilia z wykolejeńcem, a co mi tam!
Rozpoznałem ten dom po pięknych drzwiach wejściowych. Pamiątka dawnej świetności, w cudowny sposób nienaruszona przez korniki i czas. Bo cała poza tym chałupina chyliła się ku ziemi niczym zmurszały grzyb. Drzwi się otworzyły i wyszedł z nich facet w grubej zimowej kurtce. Podszedłem i przedstawiłem się. Podał mi rękę. Spodziewałem się pijaczka, a on był zupełnie trzeźwy. Zacząłem mówić, że Beata o nim wspominała, ale mi przerwał, rzuciwszy krótkie „aha”.
Chciałem odejść, to nie był dobry pomysł z nachodzeniem obcego człowieka, lecz złapał mnie za rękaw.
– Idę na kolację. Chodź pan ze mną – powiedział i posłusznie ruszyłem za nim.
Po drodze się rozgadał. Wytłumaczył, dokąd zmierzamy, zacząłem się wykręcać.
– Niech się pan nie kryguje. Tam są dobrzy ludzie, nie zjedzą pana. Wręcz odwrotnie, nakarmią – zaśmiał się. – Jestem Irek.
– Wiem. A ja Jan. Mówmy sobie po imieniu – zaproponowałem.
Więc przedstawił mnie tej kierowniczce jako swojego kolegę. I przez cały wieczór miałem ochotę się uszczypnąć, a nawet raz to zrobiłem. Ona była jak z baśni o dobrej królewnie. Niby tylko sumiennie wykonująca swoje obowiązki szefowa, ale cholernie ciepła i sympatyczna. Jakby naprawdę lubiła tych swoich meneli. Nigdy jeszcze nie widziałem ich tylu w jednym miejscu. Chyba nie odgrywała tylko roli łaskawej królowej wigilijnej wieczerzy? Przyglądałem się jej dosyć natarczywie. Zauważyła. Nawet spojrzała tak, jakby usłyszała moje myśli o menelach, aż zrobiło mi się głupio.
Wieczór zakończył się odśpiewaniem kolęd. Grałem na przyniesionej przez Irka gitarze. Śpiewała również. Jej głos wyróżniał się wśród tych wszystkich męskich, przepitych i fałszujących.
Postanowiłem za wszelką cenę ten wieczór przedłużyć. Gdy wszyscy już wyszli, a ona wciąż stała przy drzwiach, podszedłem bliżej.
– Proszę poświęcić mi jeszcze chwilę – zacząłem odważnie. – Jestem Jaś – przedstawiłem się.
– A ja Małgosia.
– Więc jesteśmy z jednej bajki – brnąłem dalej.
– Z baśni – poprawiła mnie z uśmiechem.
– O, pani nauczycielka?
– O, pan lowelas? – znów się uśmiechnęła. – Nie jestem wścibska, ale… Skąd pan się tu wziął?
– W taki dzień… – zacząłem. Chciałem powiedzieć, że dobra gwiazda mnie przywiodła, jak do Betlejem, ale ugryzłem się w język, bo chyba by się jej nie spodobał taki greps.
Z bliska widziałem, jakie ma dołki w policzkach. Ze cztery. I takie ładne oczy. I usta.
Już miałem pewność, że nie ruszę się krokiem z tej knajpy. Chyba że ona mnie z niej wyrzuci. Z pomocą tej kucharki, a i to nieźle by się musiały naszarpać.
Albo wyjdzie wraz ze mną.

 

luty’ 2015

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s