WINA I KARA

dypl. Wina i ka

WINA I KARA 
*
Leżała bez ruchu na skraju parkowej alejki. Nie ruszała się. Sama sobie była winna! Mogła nie zaczynać. Musiała mnie przestraszyć? Jakbym miała mało zmartwień. Już i tak chciało mi się płakać ze złości na cały świat, a teraz jeszcze i to.
Dziadek z Piotrkiem siedzieli na ławce kawałek dalej. Słyszałam ich zza drzew. Wciąż czytali tę głupią gazetę. To znaczy dziadek czytał na głos, bo Piotrek jeszcze dobrze nie umiał. We wrześniu miał iść do pierwszej klasy, tak samo jak ja.
Babcia nam wymyśliła ten spacer.
– Idźcie do parku – powiedziała. – Muszę zrobić obiad, nie kręćcie mi się pod nogami.
Próbowaliśmy z Piotrkiem protestować. Po co nam park, tam są tylko ławki i siedzą na nich sami starsi ludzie, nawet nie można krzyczeć ani biegać po trawnikach. Już lepiej zostać w domu i w coś się pobawić.
Babcia się śmiała, ale była nieugięta.
– Będziecie hałasować i zupa ze strachu ucieknie mi z garnka. Weźcie cieplejsze swetry i marsz.
Wlekliśmy się noga za nogą, aż nas dziadek musiał poganiać. Po drodze kupił w kiosku gazetę, a nam lizaki. Na pociechę, bo mieliśmy tego dnia pojechać nad morze, jednak nic z tego nie wyszło – pogoda się zrobiła, jak powiedziała babcia, bardzo niepewna.
Nad morze zawsze jeździliśmy do Jelitkowa. Strasznie mnie śmieszyła ta nazwa. Tak samo jak Wrzeszcz i sąsiadująca z nim Oliwa, gdzie mieszkali wujostwo, rodzice Piotrka, i dokąd babcia z dziadkiem przywieźli mnie na lato. Ale teraz nie było mi do śmiechu. Zamiast plaży jakiś głupi park! Żeby to chociaż było zoo. A tu? Nawet huśtawek nie ma.
Nie pomagało spoglądanie na niebo i zaciskanie kciuków, żeby zaczarować pogodę. Zza gęstych chmur przedzierały się z trudem nieśmiałe promyki i po chwili znów znikały na dłużej. Straciłam nadzieję, że uda się ubłagać babcię, by choć na godzinkę po obiedzie pojechać na plażę.
Dziadek czytał Piotrkowi wiadomości sportowe. Nie obchodziła mnie ta ich piłka, te mecze, którymi się tak zachwycali. Wprawdzie czasem, gdy już naprawdę nic lepszego nie było do roboty, dawałam się namówić, by zagrać w nogę z Piotrkiem i jego mieszkającym po sąsiedzku kolegą, ale niezbyt to lubiłam. Przeważnie kazali mi stać na bramce. Co za nudy!
Tylko jedna zabawa z chłopakami mi się podobała. Któregoś dnia mocno wiało i na ulicy wiatr podnosił w górę tumany kurzu, zeschłe liście, papiery. Kilka kawałków gazety wykonywało w powietrzu wesołe akrobacje. Biegaliśmy za nimi po chodniku, a gdy podmuchy cichły, wołaliśmy z całych sił: „Hej, hej, silny wietrze, wieeeej!”. A potem, na widok znów poderwanych z ziemi papierzysk, wirujących nad nami niczym latawce, darliśmy się „huraaa!” i z wyciągniętymi w bok rękami próbowaliśmy je naśladować.
Ten kolega Piotrka też miał śmieszne imię. Kuba, tylko że mówili na niego Kubek. Kubek z Oliwy. Oliwa w kubku. Oliwa koło Wrzeszcza. „Oliwa wrzeszczy w kubku”, chciałam raz zażartować, lecz ugryzłam się w język, bo pewnie by się obraził, a Piotrek stanąłby po jego stronie. Skoro już byłam skazana na towarzystwo chłopaków, wolałam z nimi nie zadzierać. Ania, starsza siostra Piotrka, nie chciała się z nami bawić, tylko wciąż chodziła do koleżanki albo czytała książki. Nawet na plaży.
A teraz zamiast plaży ta gazeta w parku. Jakaś drużyna z Gdańska wygrała z inną drużyną i dziadek z Piotrkiem bardzo się cieszyli. Jakby mieli z czego. Drużyna pierzyna. Nic w tej gazecie nie było dla dziewczynek! Miałam ochotę zatkać uszy. W końcu spytałam dziadka, czy mogę pospacerować. Pozwolił, tylko kazał nie odchodzić zbyt daleko.

*
W parku prawie nie było ludzi. Z pewnością, mimo „bardzo niepewnej” pogody, wylegiwali się na plaży! Szczęśliwcy. Mój żal, że do nich nie należę, wciąż rósł.
Za kępą płaczących wierzb obok małej sadzawki znalazłam pustą ławkę. Po nocnym deszczu ziemia koło ławki była ubita i wspaniale nadawała się do rysowania. Znalazłam nieduży sztywny patyk, przykucnęłam i zaczęłam gryzmolić w wilgotnym piasku. Statek na morskich falach, mewy i uśmiechnięte słońce z długachnymi promieniami. Ten rysunek na pewno spodobałby się babci, mówiła, że jestem zdolna i wyrosnę na artystkę.
Już miałam się podnieść, by z wysoka obejrzeć swoje dzieło, gdy obok mnie zjawiła się ona. Niemal otarła się o moją dłoń, aż podskoczyłam przestraszona. Musiała wyjść z pobliskich zarośli, zajęta rysowaniem nie zauważyłam, jak się zbliża.
Zatrzymała się, jak gdyby chcąc obejrzeć mój obrazek. Jeszcze czego! Trzeba dać nauczkę takiej ohydzie, która straszy małe dziewczynki! Schyliłam się i podniosłam z ziemi kamień. Nieduży, czerwonawy, trochę kanciasty. Rzuciłam w nią. Niezbyt mocno, za to wystarczająco celnie, by oberwała w nogę. Znieruchomiała, po chwili jednak pokuśtykała kawałek dalej. Najwyraźniej zamierzała mi uciec, dotrzeć do krzaków. Podeszłam bliżej i tym razem walnęłam mocniej. Po dłuższej chwili znów spróbowała się oddalić. Zrobiła to tak niezdarnie, że zaśmiałam się głośno.
Potem mniej lub bardziej celnie powtarzałam rzuty. Niczym kot bawiący się upolowaną myszą, urządziłam sobie z nią dziwną grę. Gdy nieruchomiała i wyglądała jak martwa, zaklinałam ją w myślach „No, rusz się, nie udawaj”, nawet obiecywałam, że jeśli to zrobi, przestanę jej dokuczać. A kiedy odżywała, rzucałam znowu.
Zabawa w końcu mi się znudziła. I tak ani o krok nie przybliżyła mnie do wytęsknionej plaży, zresztą złość mi już trochę przeszła.
Postanowiłam darować jej życie. Podeszłam bliziutko. Kucnęłam. Leżała sztywno, trochę bokiem, z jedną nogą odgiętą do tyłu. Wyglądała okropnie. Coś spod niej wyłaziło na piasek. Czerwona kropla i dużo większa od niej zielonkawa, mętna kałuża. Może ona się zesikała ze strachu?
Mimo obrzydzenia musnęłam ją patykiem. Nie poruszyła się. Łudziłam się, że tylko udaje nieżywą. Chce mnie przechytrzyć. Czeka, żebym sobie poszła.
– Nie nabierzesz mnie. Czary mary, czary mary, zaraz przyjdzie diabeł stary i cię zje! – zaczęłam ją straszyć. Szeptem, żeby mnie dziadek nie usłyszał. I nic.
Spróbowałam z innej beczki.
– Kto zaczyna, tego wina. Jak jesteś taka głupia, to dobrze ci tak – powiedziałam do niej.
Nie reagowała.
– Nie udawaj. Do wesela ci się zagoi. Idź sobie.
Bez skutku. W końcu zaczęłam się modlić:
– Aniele Boży, Stróżu mój, niech ona odżyje, no, proszę, Aniele, proszę, już naprawdę nic jej nie zrobię… – I znowu parę razy ją szturchnęłam. Ani drgnęła.
Wtedy usłyszałam nawoływanie dziadka i Piotrka. Wystraszyłam się, że zobaczą, co zrobiłam. Sprawdziłam jeszcze raz, jednak ona już absolutnie nie chciała zmartwychwstać. Zdążyłam uciec stamtąd, nim nadeszli.

*
Po powrocie do domu czekaliśmy, aż ciocia przyjdzie z pracy, żeby babcia mogła podać obiad. Piotrek przeglądał klaser ze znaczkami, ja grałam z dziadkiem w chińczyka. Zupełnie mi nie szło. Właśnie wróciła od koleżanki Ania, więc poprosiłam, żeby mnie zastąpiła i odeszłam od stolika.
Wciąż miałam w głowie ofiarę mojego morderstwa. Przekonanie, że zasłużyła na to, co ją spotkało, bladło z każdą minutą. A jeszcze przypomniało mi się, co babcia kiedyś powiedziała o jednym panu z sąsiedztwa, który utopił kocięta. Że to jest wielki grzech zabijać niewinne stworzenie. Stworzenie boże, tak się wyraziła.
Próbowałam się ratować, oglądać obrazki w książce zdjętej z półki, odepchnąć niewygodne myśli, ale wciąż wracały i kłuły jak igła.
Po obiedzie wysłano nas do ogrodu, żebyśmy narwali malin na podwieczorek.
– Czy żaba jest stworzeniem bożym? – odważyłam się wreszcie zadać to pytanie.
Piotrek zaczął się zastanawiać, lecz nim zdążył otworzyć usta, Anka wypaliła zdecydowanie:
– Jest!
– Tak jak pies i kot? – chciałam się upewnić.
– Tak samo. A czemu pytasz?
Nie zamierzałam się przyznać. Nigdy i nikomu. A już zwłaszcza Ance, bo na pewno naskarżyłaby na mnie.
– A gdy się ją… jej… bożemu stworzeniowi… zrobi krzywdę? – brnęłam dalej.
– Stworzeniu – poprawiła mnie.
– To jak? – nalegałam.
– Nie wolno tego robić – oświadczyła z mocą. – Bo się będzie miało grzech. I trzeba się z niego wyspowiadać. A potem odprawić pokutę. Jak nie, to spotka cię kara. Straszliwa. Może nawet piekło. – To ostatnie powiedziała patrząc na mnie z groźną miną.
Zdała do czwartej klasy. Wiedziała więcej od nas. Musiałam jej wierzyć.
– Co to jest pokuta? – spytałam.
– No, ksiądz to zadaje po spowiedzi. Litanię odmówić na przykład. Można z książeczki do nabożeństwa przeczytać.
Babcia zabierała mnie czasem na majowe. Tłukła mi się po głowie Arka Przymierza, Brama Niebieska i Gwiazda Zaranna, te dziwne słowa, których nie rozumiałam i które chyba dlatego wbiły mi się w pamięć. Niestety poza nimi nie mogłam sobie przypomnieć niczego więcej. Zachciało mi się płakać. Jestem za mała! Mam grzech i nie mogę go odpokutować. Zanim się nauczę dobrze czytać, spotka mnie straszliwa kara.
– A inaczej nie można? – spytałam.
– Co inaczej?
– Odpokutować.
– Daj mi już spokój! – zniecierpliwiła się. – Pójdziesz na religię, to się dowiesz. Muszę lecieć pomóc mamie. Robimy napoleonki. Tata wieczorem wraca z delegacji, dziś są jego imieniny, będzie miał niespodziankę. Rwijcie dalej te maliny sami.
Miseczka już była napełniona, Piotrek pakował teraz maliny wprost do ust, a mnie przestały smakować.
– Co ma robić Ania? – spytałam go po chwili. Koniecznie chciałam zająć głowę czymś innym niż zamordowana żaba i czekająca mnie kara.
– Napoleonki – odpowiedział z pełną buzią.
– Na jakie pole? Onki? – nie zrozumiałam.
– Nie pole. To takie ciastka – wyjaśnił. – Tak się nazywają.
– Czemu?
– Nie wiem. Chodź, spytamy.
Dziadek wytłumaczył nam, że to od imienia Napoleona, „wielkiego wodza Francuzów”, ale nie wiedział, czy ten wódz lubił ciastka. Cały dom pachniał wanilią. Ciocia z babcią uwijały się w kuchni, a Ania wylizywała z miski resztki żółtego kremu. Tak wyglądała jej pomoc! Kiedy nas zobaczyła, oznajmiła jak gdyby nic, że właśnie ma przerwę w pracy, a kremu i tak by nie wystarczyło dla wszystkich. Babcia wyjmowała właśnie z piecyka blachę z ciastem, a ciocia wcześniejszą porcję, już wystudzoną, pokroiła na wielkie kwadraty i zaczęła je posypywać cukrem pudrem.
Przyglądałam się w milczeniu, przełykając ślinę. Babcia po chwili odkroiła po małym kawałeczku i dała nam spróbować.
– Reszta wieczorem, na imieninach – powiedziała.
Jaka to była pychota! Ciasto po prostu rozpływało się w ustach, a krem, który wyglądał jak żółty gęsty budyń, wcale nie był budyniem, tylko czymś takim… Czarodziejskim, delikatnym, jedwabnym… Moja mama też piekła różne ciasta, jednak takiego jeszcze nie jadłam. Musiało smakować wielkiemu wodzowi Francuzów, nie było innej możliwości. Słyszałam, że Francuzi jedzą żaby, lecz w tej chwili absolutnie w to nie wierzyłam. Po co mieliby to robić, skoro mają takie ciastka? No i przecież żaby to są stworzenia boże, których nie wolno zabijać.
Właśnie. Żaba. Przypomniało mi się moje zmartwienie. I nagle, kiedy przełykałam ostatni kęs, olśniło mnie.
Gdy wróci wujek i przyjdą goście, ja nawet nie tknę tego ciasta.
Ani okruszka.
To będzie moja pokuta.
Blachy z ciastem wyniesiono do spiżarni, Anka wsadziła nos w książkę, a babcia poprosiła Piotrka i mnie, żebyśmy znów poszli do ogrodu. Tym razem po róże, żeby z nich zrobić bukiet dla wujka.
Piotrek coś tam do mnie mówił, lecz prawie się nie odzywałam. Wciąż gnębiło mnie wspomnienie dokonanej w parku zbrodni. Dość długo zamarudziliśmy, bo Piotrek znowu obżerał się malinami i róże musiałam wycinać sama.

*
Kiedy wracaliśmy z ogródka, pies Kubka, Tarzan, duży, ciemny wilczur, rozstrzygnął problem mojej winy i kary. Kubek akurat wyprowadzał go na spacer. Zawsze się bałam tego Tarzana i on chyba to wiedział. Teraz też próbowałam go minąć z daleka, lecz zanim Kubek zdążył założyć mu kaganiec, pies zrobił dwa kroki i bez żadnej widocznej przyczyny chapnął mnie w udo. To było tak niespodziewane, że dopiero po dłuższej chwili rozpłakałam się w głos. Babcia musiała mnie usłyszeć, bo wybiegła z domu, zjawił się także ojciec Kubka, nakrzyczał na niego i na psa. Zapewniał, że Tarzan jest szczepiony, że zaraz pokaże świadectwo, ale babcia już nie słuchała, byle jak najprędzej zabrać mnie do domu.
W stołowym siedzieli wujostwo ze znajomymi. Ciocia zerwała się na mój widok i pobiegła do łazienki po apteczkę, bo babci ze zdenerwowania trzęsły się ręce.
– Co za głupi kundel – pomstowała babcia. – Będzie dziewczyna miała bliznę do końca życia.
– Nie płacz, panienki noszą dłuższe suknie, blizny nie będzie widać – pocieszała mnie ciocia, przemywając ranę wodą utlenioną.
Szczypało strasznie, znów się popłakałam.
Gdy ciocia skończyła robić opatrunek, otarła mi łzy i pogłaskała po głowie. Kazała nam umyć ręce i siadać do stołu. Daliśmy wujkowi te róże i złożyliśmy życzenia, to znaczy Piotrek z Anią powiedzieli wierszyk, a ja podałam kwiaty. Wujek przesunął się trochę i zrobił mi miejsce koło siebie.
– Do wesela się zagoi. No, uśmiechnij się. Jesteś zuch dziewczyna – powiedział i też mnie pogłaskał. W ogóle wszyscy byli bardzo mili dla mnie, nawet Anka spytała „Boli cię?”
Więc się uśmiechnęłam i zaraz wszyscy zaczęli mnie chwalić, jaka jestem dzielna. Nie wiedzieli, co się stało w parku. Ale ja już też nie chciałam o tym myśleć. To znaczy myślałam, lecz tylko o słowach, które przed chwilą powiedziała babcia.
Dobrze, że Tarzan mnie ugryzł.
Będę miała bliznę.
Do końca życia.
Ciocia przyniosła nam po kubku kakao i zaczęła gościom nalewać kawę. Dziadek wzniósł toast za zdrowie wujka. Anka znów spytała, czy mnie boli. Bolało, jednak zaprzeczyłam. Na środku stołu, królując wśród talerzy, filiżanek i kieliszków, piętrzyła się piramida żółciutkich, pachnących napoleonek.
Dokładnie na wprost mnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s