ŻE AŻ KICZ

Niedziela, osiemnasta z minutami

Wyglądałam na wszystkie autobusy między czternastą a osiemnastą. Sterczałam jak głupia przy jednym i drugim oknie. Nie przyjechałeś.

Ile razy można płakać w ciągu jednego dnia?

 

Wtorek, godzina bez znaczenia

Dziesięć ostatnich wyglądało następująco:

niedziela – twój wyjazd do W.

(„Może będzie tam praca dla nas obojga”),

poniedziałek, wieczór – wróciłeś; właściwie to się nie liczy, bo byliśmy w tłumie, więc tak jakby w ogóle nas razem nie było,

wtorek – kolacja u Olków, w nocy pojechałeś na rajd,

środa,

czwartek,

piątek,

sobota,

niedziela,

czekałam i tęskniłam coraz mocniej

(najbardziej w sobotę; nie masz pojęcia, jak strasznie można tęsknić, jak to boli),

poniedziałek – wróciłeś, ale nawet nie zdążyliśmy porozmawiać, najpierw to moje zebranie, potem sąsiedzi wpadli z winem

(szczerzyłam się w tak zwanej beztroskiej rozmowie – w Hollywood bez wahania przyznano by mi Oskara),

znowu nie byliśmy

MY, we dwoje,

wtorek, czyli dziś

– to samo.

„Bardzo się cieszę, że już wróciłem do domu”, powiedziałeś w nocy.

A teraz znowu cię nie ma.

Może wróciłeś do domu. Ale nie do mnie. NIE DO MNIE.

Dziś kolejny twój wypad, tym razem do S. Zmieniają się tylko nazwy.

(„Nasza grupa chce się ostatni raz spotkać, co w tym złego?”)

Wtorek c.d.

Chyba nawet pojechałabym z tobą do S. Sama przecież do końca nie byłam zdecydowana, że „nie”. Ale doprowadziłeś do tego, że pod koniec rozmowy już musiałam (MUSIAŁAM = ZOSTAŁAM ZMUSZONA) coś nazwać i zdeklarować.

(„Nie pojadę”)

A to, co nazwane, staje się faktem. I potem nie można się wycofać.

Zwłaszcza że już autobus stał na przystanku.

Jeszcze czekałam. Jeszcze myślałam, że może wrócisz po mnie i zdążymy na ten ostatni kurs, wieczorny.

Nic z tego.

(Gdyby tak sobie przeanalizować całą naszą wczorajszą i dzisiejszą wymianę zdań na temat wyjazdu do S. – to przecież ty bardzo szybko zdecydowałeś, że skoro nie pojadę z tobą, pojedziesz sam. I taka wersja dużo bardziej ci odpowiadała)

BEZE MNIE.

Nawet już mniejsza, czy pojechałabym, czy nie.

Chodzi o coś gorszego. Że ty się tak czujesz

JAK WIĘZIEŃ

na postronku, który – tak twierdzisz – usiłuję trzymać krótko.

(„Czy to moja wina, że ty dwa lata temu skończyłaś studia i musisz chodzić do pracy?”)

WIĘZIENIE

Raz tak nazwane, faktycznie nim się stało.

(Nawet bycie więźniem może być słodkie – jeśli u kogoś, KOGO SIĘ KOCHA; wiem, wiem, powiedziałbyś, że to banał i kicz)

Więc zrywasz te postronki

faktyczne

i wyimaginowane,

asekurancko

i z uporem maniaka,

przy byle okazji.

(„W ostatnie moje wolne dni chcesz mnie więzić obiadami?”)

A przecież – zauważ – ostatnio wyjeżdżasz z mocno zwiększoną częstotliwością.

Ostatnio prawie codziennie jestem sama.

A przecież – zauważ – ostatnio już nie proszę cię: „nie jedź”.

Co bynajmniej nie oznacza, że się przyzwyczaiłam.

Przeciwnie.

CORAZ GORZEJ MI Z TYM.

To się tylko tak ładnie nazywa:

„Mój ostatni studencki rajd”

albo: „Załatwić pracę w W.”,

albo: „Nie chcę ci powiedzieć, gdzie byłem, ale nie musisz się martwić”,

albo: „Grażynka wszystkich zaprasza do S.”,

albo…

W rzeczywistości są to ucieczki.

UCIECZKI

Nawet jeśli mówisz, że gdzieś tam moglibyśmy pójść czy pojechać oboje, jest to też ucieczka. OD SAM NA SAM ZE MNĄ.

(„Jeszcze jedynie w W. widzę dla nas jakieś wspólne życie”)

Wszystko jedno

– w tłumie czy sama –

jestem S A M A.

To jest takie upokarzające. Uciekasz. A kiedy wracasz, z trudem ukrywasz irytację.

(„Taki lament, że aż kicz”, odczytałam niedawno z twojej twarzy, mimo że szybko odwróciłeś oczy i powiedziałeś coś o tej myszy na strychu)

Kiedyś

byłeś „króliczkiem, który nie chciał się dać złapać do końca”. I za to cię kochałam.

Teraz

już nie chcesz, żebym cię goniła, i już nie chcesz odwrócić się do mnie.

A ja kocham cię jeszcze bardziej.

JA – IDIOTKA.

(„Taki lament, że aż kicz”…)

A może myślisz, że mamy czas, wiele czasu, tyle lat przed nami? I wszystko jeszcze może BYĆ DOBRZE? Czy mam prawo się łudzić? Gdy nawet ja…

Ja już tylko truchleję. Że czasu, aby coś naprawić, jest tyle co nic.

Że już nie zdążę.

Że już nie zdążysz.

(„Czy to moja wina, że ty dwa lata temu…”…)

Dlaczego nie powiedziałeś dzisiaj do mnie: ”Proszę cię, Mała Myniu, jedź ze mną do S. Proszę cię, jedźmy tam razem, bo chcę być z tobą, bo tyle dni czekałaś, bo bez ciebie będę się tam źle czuł, bo……………………………………………………………………………”?

Dlaczego nie powiedziałeś tak dzisiaj?

wczoraj

przedwczoraj

od dawna?

(„Czy to moja wina…”)

Ostatnio gdy na ciebie czekam, gdy tak latam do tych okien, za każdym razem wmawiam sobie, powtarzam, mamroczę – niczym poranną/wieczorną/poobiednią/ modlitwę,

że wrócisz

za godzinę,

pojutrze,

za trzy dni,

I JUŻ WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE.

Ostatnio za każdym razem gdy wracasz, krótkie chwile antraktów między twoimi rozjazdami MARNUJEMY na bezsensowne kłótnie,

a potem z częstotliwością przyjazdów autobusów

(czekam przy oknie)

SERCE MI PĘKA.

(„Że aż kicz”…)

Dlaczego nie przyjechałeś po mnie? Gdybyś to zrobił – pojechałabym z tobą do S.!

Nie, to nie o to chodzi, że trzeba mnie prosić. Tylko wiedziałabym,

że CHCESZ ze mną jechać,

że też tęskniłeś za mną na tym rajdzie,

że jeszcze tyle możemy wspólnie dokonać,

że –

Oczy mnie pieką od płaczu.

Środa, siódma rano

Czemu to ja mam wszystko naprawiać?! Gdy wrócisz – dlaczego to ja mam ci się rzucać na szyję?

Przecież znowu uciekłeś!

(„Czy to moja wina…”)

Każdy dzień bez ciebie jest dniem straconym. Każda noc jest pusta.

Szłam spać z nadzieją, że obudzę się rano i ty już będziesz. I cały koszmar się skończy. Albo że rzucisz w okno kamyczkiem (nawet mi się wydawało – ale to tylko mysz chrobotała).

Obudziłam się sama.

Jak mam żyć, jak mam pracować, jak mam się ludziom na oczy pokazać, gdy jestem spuchnięta od płaczu?

Godzina siedemnasta

Więc wracasz i nic nie mówisz, niczego nie wyjaśniasz, tylko zaczynasz czytać gazetę? I znów ta mina człowieka, którego na siłę chcą więzić.

(„Że ty nie mogłaś pojechać na rajd, to ja też miałem nie jechać?”)

Tyle czasu tym żyłeś – kto jedzie, jakie będą trasy, przeglądałeś mapy, załatwiałeś formalności, nie mogłeś się już doczekać.

Ani razu nie powiedziałeś:

PROSZĘ CIĘ, ZRÓB COŚ, ZAŁATW TO JAKOŚ, JEDŹ ZE MNĄ.

Z wybieraniem się do S. było tak samo.

Nie można sprawy wyjaśnić nieporadnym tłumaczeniem.

(„Chciałem, żebyś pojechała, tylko nie powiedziałem tego”)

Sam chyba rozumiesz, że niewypowiedziane „NIE” bynajmniej nie oznacza „TAK”.

Już nie umiem czytać w twoich myślach.

Ranisz.

(„Już rok temu uciekłem od ciebie”)

A dla ciebie powrót to WIĘZIENIE.

A ty się boisz więzienia.

A ty nade wszystko chcesz być wolny.

A ty nie umiesz być wolny ZE MNĄ.

Chyba że ty też – jak ja – CZEKASZ?

(„Daj mi trochę czasu”, powiedziałeś)

Czasu na co? Na obejrzenie meczu w telewizji? Czy na ułożenie SWOICH – NASZYCH spraw?

Czy – ?

I tak już mniej płaczę.

(tylko wtedy, gdy wybywasz bez pożegnania i nie wiem, gdzie jesteś, co robisz, kiedy wrócisz, co się stało – tak jak wczoraj i dziś rano)

A kiedyś płakałam zawsze. Więc niby czegoś się nauczyłam. I już nie protestuję głośno, kiedy wyjeżdżasz.

A TY I TAK UCIEKASZ…

(„Proszę cię, obiecaj mi, że już ani razu nie zostawisz mnie samej, każąc mi znowu tak czekać”)

Następnego dnia uciekłeś znowu.

Wieczorem

„Po co ci ten zeszyt?”, zapytałeś, wchodząc do kuchni.

Co ci miałam odpowiedzieć?

Ten zeszyt jest dlatego, że jestem sama. Żebym mogła się uspokoić. Żebym mogła przestać płakać. Żebym mogła napisać wszystko, czego nie mogę powiedzieć

– bo ty się irytujesz

– bo ty nie masz czasu i cierpliwości

– bo zaraz zaczyna się mecz

– bo nigdy się  nie chcesz przyznać

– bo kiedy mówię – płaczę, a kiedy piszę – przestaję płakać

– bo wtedy serce mniej boli.

Szczęścia nigdy nie umiałam opisywać.

Tylko ROZPACZ.

(„że aż kicz”…)

Po to mi ten zeszyt.

Zaczęty z myślą, że kiedy to przeczytasz, wszystko ZROZUMIESZ.

Ale już wiem, że ci tego lamentu nigdy nie pokażę.

NIE CHCĘ LITOŚCI.

(„aż kicz”…)

Nie przyniosłeś mi kwiatów.

(„Żebyś powiedziała, że jestem cyniczny? I za co? – nie mam pieniędzy”)

Nie przeprosiłeś mnie.

(„Mogę cię przepraszać, ile zechcesz, jeśli ci na tym tak zależy”)

Nie wróciłeś w nocy do domu.

(„Taki kawał się wlec piechotą? Bolało mnie kolano”)

Nie pocałowałeś mnie na przywitanie, nie pokazałeś, że się cieszysz.

(„Myślałem, że jesteś obrażona”)

Nie zacząłeś niczego wyjaśniać.

(„Przecież zawsze ty pierwsza zaczynasz mówić”)

Na wszystko masz odpowiedź. Lub gdy brakuje ci argumentów („Dlaczego nie przyszedłeś, wariowałam z niepokoju”), zasłaniasz się

wyniosłym milczeniem,

urażoną ambicją,

zirytowaną miną.

Kiedy kłamiesz? Mówiąc, że ci już nie zależy? Czy wtedy, kiedy mnie przytulasz?

Przecież niczego tak nie pragnę, jak uwierzyć ci znowu!

(„Gdybym ci powiedział, że jesteś najwspanialsza i że cię kocham, i tak byś nie uwierzyła”)

(„Co ja ci będę mówił, jak ty mi nie wierzysz”)

Przecież  niczego tak nie pragnę. Tylko…

Ty sam MUSISZ WIEDZIEĆ. Serce znowu musi ci się ogrzać. Swoją bezsilną miłością ja już tego nie umiem dokonać.

Jeśli ty sam nie zechcesz…

(„Taki lament, że aż…”)

 

Znowu jakaś niedziela

Teraz jest tak źle, że nawet pisać o tym nie sposób.

Teraz jest najgorzej.

 

 

/wiosna 1979/ wiosna 2018/

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s