NIKE 2018

Tegoroczną „Nike”, a wcześniej „Paszport Polityki”, otrzymał Marcin Wicha, za zbór esejów „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Wspominałam tu kiedyś o tej książce, wklejam więc poprzednie wklejenie, bo chyba nic dodać, nic ująć: „oszczędność języka i bogactwo książki, która mówi o rzeczach najważniejszych”.
Oraz: „Co zostaje po śmierci bliskiej osoby? Przedmioty, wspomnienia, urywki zdań? Narrator porządkuje książki i rzeczy pozostawione przez zmarłą matkę. Jednocześnie rekonstruuje jej obraz – mocnej kobiety, która w peerelowskiej, a potem kapitalistycznej rzeczywistości umiała żyć wedle własnych zasad”… etc. Tak mi to trochę z Pelunią współbrzmi, może nie „mocną”, ale też na swój sposób dzielną…

„Paszport Polityki” wręczał laureatowi Wiesław Myśliwski (też tu o tym wspominałam, bo akurat wtedy czytałam „Widnokrąg”).
Galę „Paszportów” oglądałam, natomiast gali „Nike” nie (nawet nie wiem, czy była w tv, a jeśli, to w pisowskiej, więc pewnie pocięta). Nie wiem zatem, kto wręczał, kto wygłaszał, jakimi słowy dziękował laureat itd.
Wiem jedno – jakie książki zamierzam przeczytać w najbliższym czasie: „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Wichy oraz „Ucho igielne” – najnowsze dzieło Myśliwskiego. Właśnie zamówiłam w księgarni wysyłkowej. Tylko powinnam najpierw nadrobić zaległości… Jejku, jak się znów zapuściłam!  😦

Reklamy

WIELKI ORMIASZKA

I nieodżałowany. Zmarł 1 października br. w wieku 94 lat. Piękny wiek, lecz gdy odchodzi ktoś taki, to zawsze jest za wcześnie. Legenda, filar i słup milowy piosenki francuskiej i światowej, gigant, choć „nikczemnego” wzrostu (161 cm) i z głosem, który nie od razu zachwycił słuchaczy. Co tam słup. Sto słupów. Od czasu, gdy w 1946 roku „wylansowała” go Edith Piaf, ponad 70 lat śpiewania, które zna cały świat.
W Polsce wystąpił kilkakrotnie, ostatnio w 2014 roku w Sali Kongresowej w Warszawie – lecz koncertował niemal do ostatnich dni życia (latem br. w Japonii) – a zamierzał występować do setki!
Mały czarnooki Ormiaszka z charakterystycznym (choć niby z „ograniczonymi możliwościami”), wszędzie rozpoznawalnym głosem. Jeśli nawet głosu nie miał Aznavour zbyt wielkiego (w co nie wierzę), to talent miał ogromny.
Więcej o nim (również – jak zwykle – też co nieco o mnie, a nawet o Marku Niedźwieckim), a także czemu „nie/utleniony” – w niecodzienniku: https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/aznavour-maly-ormiaszka/

697 FOTEK

Aż tyle zdjęć mamy w komputerze w folderach „Londyn i Szkocja” i „Szkocja c.d.”! W dodatku to liczba po wstępnym usunięciu tych najgorszych, tj. zamazanych. Powtarzam: zamazanych – bo już nieostre są „normalnym” efektem pracy idiotenaparatu i naszych umiejętności. Nie to co fotografie wykonane przez Zuzę, która z dobrym sprzętem w dłoniach i przy oku przymierza się, przykuca, przybliża, potem selekcjonuje, obrabia… Jak na fotografkę po kursach przystało. A my w pędzie i na półślepo, o jejku, jakie widoki, szybko, rób zdjęcie, bez przymiarek, często przez szybę samochodu, trach, trach.
Ale co tam. Nieostre czy ostre, mniej czy bardziej udane – Londyn i Szkocja dzięki nim pozostaną z nami. I w naszych rozmowach. Bo już z zapisem wrażeń i wspomnień gorzej, z powodów meblowych i innych brakoczasowych. Jednakowoż dzień za dniem mija, więc wreszcie coś wymodziłam – o Plockton. Aczkolwiek z przyczyn w/w nie całkiem samodzielnie. Pozżynałam co nieco od Zuzy.
Zapraszam do niecodziennika:https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/miasteczko-bajeczka/

A tymczasem mała cząstka spośród tych sześciuset dziewięćdziesięciu siedmiu, krótki fotoreportaż z pięknych dziesięciu dni na Wyspach Brytyjskich:

 Przylot, lotnisko Stansted.

 Greenwich Park.

 Pub londyński.

 Rejs Tamizą i te słynne mosty, ach…

 Westminster Bridge.

 Z czerwonymi autobusami w tle. Zdjęcie nie oddaje tych pędzących londyńskich tłumów (spacerują i przystają jedynie turyści). To miasto przytłacza wielkością, ale fascynuje wielonarodowością, wielokulturowością.

 Sky Garden. Widok z 36 piętra (a palmiarnia jeszcze wyżej, zaś poniżej Janek, ten malutki pośrodku).

 Typowy obrazek „przez szybę”. Witaj, Szkocjo!

 Jak Bieszczady, tylko razy sto (albo i dwieście).

 Przed zamkiem Blair – wiatr dął, a dudziarz duł.

 Kilka spośród komnat Blair Castle (aż kapało od bogactwa). Tylu zwiedzających, że ten pośrodku już nie ma głowy do tych tłumów.

 Rycerze dwaj – i niedźwiedź (ale nie Wojtek, choć słynny brunatny niedźwiedź Wojtek – żołnierz 22 Kompanii, też wylądował w Szkocji i tam dokonał żywota w edynburskim zoo).

 Zamek Eilean Donan i fotografująca go Zuzanna (też się tutaj trochę przymierzyłam do zdjęcia, a co!).

Pozuję przed zamkiem Duncraig. Nie wiem, jak oni to robią, ale na trawniku nie było żadnych chwastów, tylko parę grzybków na obrzeżach.

 Słoneczną ścieżką do Plockton.

Odpływy, przypływy, wrzosy i owce…

Taras z widokiem w jednym z pubów.

 Isle of Skye – mosty, fiordy, klify, wodospady…

 i piwo lokalne.

 Jeden z z najbardziej popularnych przystanków na wyspie Skye. Wszyscy się fotografowali z tą piękną krową – a Janek znowu z papierochem.

 Tak wysoko! Aż mój lęk wysokości przycichł z zachwytu.

 W szkockiej czapce na szkockim szlaku.

 Gdzie ja wlazłam?!! (po jeszcze paru metrach zrobiłyśmy w tył zwrot).

 A to już wczesny ranek w dniu powrotu – i taka destylarnia po drodze.

 Tęcza na pożegnanie.

 Bye, bye, Szkocjo.

 Lotnisko Johna Lennona w Liverpool; żegnają nas Zuza z Miłoszem i Beatlesi.

Coraz więcej już mija dni od powrotu do domu. Coraz bardziej ściska mi się serce od tych wspomnieniowych wzruszeń…

 

ZAMYKAJ SZAFĘ

Wyposażenie „sypialki” stanowił elegancki komplet jasnych, także dębowych mebli. Dwa łóżka tworzyły duże łoże małżeńskie, nakryte piękną kapą. Składała się z dwóch warstw, ciemnołososiowego spodu (z biegiem lat coraz bardziej blaknącego pod wpływem słońca) i nakładanej nań cieniutkiej niczym mgiełka, jasnoróżowej, mereżkowanej narzuty. Choć piękna, nie lubiłam, gdy Pelunia kazała mi ścielić łóżko, bo zawsze miałam problem z ułożeniem tej kapy równo i bez zmarszczek.
Stała się ona też bohaterką jednego z naszych domowych haseł: „Kot na kapie!”. Wołaliśmy tak, gdy kot, którego kiedyś mieliśmy, zakradał się do sypialni i sadowił na łóżku, bo to miejsce szczególnie sobie upodobał. Nie wolno było kota stamtąd przeganiać, bo przecież mógł pazurami zahaczyć o te mereżki, zniszczyć narzutę; należało go ostrożnie zdjąć z łóżka – na które i tak wracał przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nawet gdy kota już od dawna nie było w domu – wpadł biedak pod samochód – powiedzonko „uwaga, kot na kapie” pozostało z nami na długie lata.
Po bokach łoża stały nocne szafki z marmurowymi blatami, każda z nich z drzwiczkami (wewnątrz znajdowała się półka na nieużywane w danej chwili czy porze roku buty) i z szufladką na górze. Taki sam marmurowy blat miał mebel zwany umywalką, coś w rodzaju ni to toaletki, ni to komody z ozdobnym lustrem. Duże lustro mieściło się też pośrodku dwudrzwiowej szafy. Po jednej jej stronie znajdowały się półki na bieliznę, po drugiej, obszerniejszej – wieszaki na ubrania. Do wewnętrznej strony drzwi Pelunia przyczepiła mi kartkę z napisem „Zamykaj szafę”, bo stale o tym zapominałam. Niestety często nawet kartka nie pomagała i właściwie to niezamykanie zdarza mi się do dziś.
W sypialce stała też Pelunina maszyna do szycia (przedwojenny Singer „Original”) oraz stara ozdobna szafa z 1927 roku, z malutkimi szybkami i firaneczkami w delikatny kwiatowy wzór, dzieło sztuki stolarskiej, wykonane bez użycia gwoździ. Rodzice nazywali ją zimową, bo na lato chowało się tam zimowe ubrania, zaś zimą – odwrotnie. Gdy wyszłam za mąż, dostałam tę szafę we wianie i mam ją do dziś. Długo utrzymywał się w niej zapach naftaliny. Teraz szafa nocami poskrzypuje, jakby chciała coś opowiedzieć o dawnych czasach.
Jako dziecko bardzo lubiłam myszkować w szufladach „umywalki”. Jakie tam się kryły skarby! Najbardziej podobały mi się kolorowe guziki o wymyślnych kształtach, poodcinane od nieużywanych już ubrań. Niektóre z nich pochodziły jeszcze sprzed wojny, z dawnych zapasów Peluni. Później, już jako nastolatka, bardzo lubiłam się przeglądać w tych lustrach w sypialni. Stroiłam miny, przebierałam się, coś wyśpiewywałam, aż rodzice śmiali się, że jestem „artystką ze spalonego teatru”.

Piszę te wspomnienia od ładnych kilku lat, tj. od czasu do czasu dopisuję do nich różne przypominajki. Końca nie widać, a tymczasem już by trzeba było to i owo zmieniać. Bo na przykład skutkiem rodzinnych zawirowań sypialnia po Bilinkach właśnie niedawno trafiła do naszego domu. Mało tego! Wkrótce ma też przybyć kredens ze stołowego i tzw. pomocnik. Meble są przecudnej urody, liczą sobie co najmniej 70 – 80 lat (PONIEMIECKIE!), ale trochę się boję, że zagracimy nimi nasze „salony”. Ktoś jednak musi stać się strażnikiem/czką „rodzinnych dóbr”. 😉
Sypialnia jest na etapie montażu. Janek właśnie kończy składać jeden z elementów małżeńskiego łoża, a wczoraj zdemontował i pownosił na górę sypialnianą szafę. Tęż właśnie z poleceniem, by ją zamykać. Tylko tej kartki z hasłem „Zamykaj szafę” już nie ma… Ale wciąż ją widzę – ten uczyniony ręką mamy napis ołówkiem (chyba tzw. kopiowym) na kawałku papieru wydartego z gazety (pewnie z „Przyjaciółki”), przypiętego pinezką do wewnętrznej strony drzwi. 

Dziś będę spała na łóżku Peluni i ona teraz jeszcze bardziej będzie ze mną.

DZIĘKUJĘ CI, SAMOLOCIKU

Gdzie bystrym tylko Orzeł polotem
Pierzchliwe pogania ptaki,
A gniewny Jowisz ognistym grotem
Powietrzne przeszywa szlaki,
Niezwykłych ludzi zuchwała para,
Zwalczywszy natury prawa,
Wznawia tor klęską sławny Ikara
I na podniebiu już stawa.
Nabrzmiały kruszców zgorzałych duchem,
Krąg lekkiej przodkuje łodzi,
Los dla niej rudlem, nici łańcuchem,
Z wiatrami za pasy chodzi.
Już im te złotą wyniosłe pychą
Mocarskich siedlisk ogromy
W gruzów nikczemnych potrząskę lichą
Wzrok przeistoczył poziomy.
Król, Wódz, Senator, kmieć pracowity,
Czy rządzi, czy ryje ziemię,
W błahych się zlepkach czołga ukryty,
Jak drobne robaczków plemię.
W strumyk dziecinnym palcem na stole
Z kilku kropel zakreślony,
Ledwo się sączy na tym padole,
Nurt szumnej Wisły, zmieniony.
Gminie, ku rzadkiej zbiegły zabawce,
Jakież ci cuda mózg kryśli?
Ty sobie roisz czary, latawce,
Filozof inaczej myśli.
Choć się natura troistym grodzi
Ze stali murów opasem,
Rozum człowieczy wszędy przechodzi,
Niezłomny, pracą i czasem.
Tymi on wsparty, bory wędrowne
Burzliwym morzom poruszył,
Wydarł z otchłani kruszce kosztowne
I skakać głazy nauczył.
Zbywają dzikiej mocy żywioły
Pod jego dzielnym rozkazem,
Leniwe woda opuszcza doły,
A góry ścielą się płazem.
Tego się styru w pogodnej porze
Gdy ujął mężny Sarmata,
Choć go opuścił i wiatr, i zorze,
Już wolniej sobie polata.
Wszystko zwyciężysz, łódko szlachetna,
Na ciosy przeciwne twarda;
Statek twój sława uwieczni świetna
Chlubniej niż podróż Blancharda.
/Adam Naruszewicz, „Balon”/

Moja mama Pelunia, będąc już grubo po osiemdziesiątce, po raz pierwszy w życiu (i ostatni zresztą) leciała samolotem. Brat ją zabrał na Majorkę (tzn. mój brat, a Peluni syn). Pogoda na czas lotu trafiła się kiepska, zapowiadano turbulencje, więc by mamie złagodzić powietrzne sensacje, podano jej przed startem jakieś kropelki uspokajające. Dzięki temu lot zniosła bez problemów, nawet lepiej niż mój brat i bratowa, a wysiadając, powiedziała: „Dziękuję ci, samolociku”.

Wkrótce ja też mam lecieć samolotem. Jeszcze nigdy nie leciałam. Przecież jak takie ciężkie coś, cięższe od powietrza, ma się wzbić w górę niby ptak?! Przez to upieranie się przy „statusie kobiety nielatającej” przepadła mi na przykład kiedyś ciekawa wyprawa do Gruzji. Czworo naszych przyjaciół namawiało nas na współudział, ale opcja dotarcia do Tbilisi była wyłącznie lotnicza, samochodem by się nie dało, za daleko, z komplikacjami. Więc w zgodzie z moim hasłem, że do samolotu nie wsiadam, do tej Gruzji nie polecieliśmy.

Czemu wreszcie zmieniłam zdanie? Sama nie wiem. Chyba nadszedł taki moment, taka myśl – a gdyby jednak? Wcześniej Zuza kusiła nas Londynem. Ale wciąż się zapierałam: nie wsiadam do samolotu. Janek zresztą też do Londynu nie chciał – nawet gdy kombinowałam, żeby wersję samolotową zamienić na autobusową – taki moloch zamiast nadariańskiej głuszy? Lecz gdy Zuza do tych pokus dorzuciła jeszcze szkockie klimaty i wizję kwartetu państwa M. i państwa S. wśród wrzosowisk… Ulegliśmy. Lecimy.

Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej nie zabije nas rajzefiber. Bo już w tych nerwach przedpodróżnych tak się tniemy o byle co, aż się boję, że z Poznania-Ławicy wystartujemy w kawałkach. Nawet sielskość nadariańską szlag trafił, bo dziki chodzą nad rzeczką jak po swoim, chwaszczą po krzakach i chrumkają, dodatkowo szarpiąc nasze rajzefiberowe nerwy.

Do tych wrzosowisk, zamków, gór, pubów i innych Loch Nessów, po wcześniejszym zwiedzeniu paru miejsc w Londynie, będziemy przetransportowani lądem, samochodem państwa M. Lecz najpierw musimy do Londynu DOLECIEĆ.
Mam nadzieję, że też powiem po wylądowaniu „dziękuję ci, samolociku”.

MIMOWOLNIE ODKŁADAMY WIOSŁA

Każdej nocy śni mi się spływ kajakowy, choć od powrotu minęły już niemal dwa tygodnie. Po podróży i długiej nieobecności w domu zawsze tak mam. Do dziś pamiętam na przykład śnione wielobarwne ściany chorwackich zaułków.
Oczywiście spływ w moich snach nie jest, jak w realu, płynięciem czy rozbijaniem namiotów, ostatnio nawet, z powodu pewnego filmiku, miał akcent szkocki – ale ja wiem, że to wszystko są „reminiscencje politewskie”.

Siedzimy z Jankiem na tarasie. Wspominamy. Jak znów było fajnie, jak się udało! Kombinujemy. Co zrobić, żeby móc za rok znów pojechać? W naszym wieku (Jezu, jak to brzmi!) rok, mimo że przeleci migiem, to tak dużo. I niestety nie oznacza zwyżki. „Gdy się człowiek robi starszy, wszystko w nim po trochu parszy”… Choćby te nieszczęsne kolana. Może, o ile nie skonfliktują się nam terminy wypraw, pożyczymy namiot od Młodych (właśnie zrobili z nim 10 tys. km naokoło Europy). Ma wysoką sień, nie trzeba będzie się tak czołgać jak w naszym.
Żeby można kolejny raz napawać się i celebrować…

Mimowolnie odkładamy wiosła. Takie sformułowanie znalazło się w przewodniku kajakarskim po Obrze, do dziś mamy tę książczynę, z wczesnych lat 80. czy może nawet jeszcze starszą. W opisie jednego z odcinków trasy, szczególnie interesującego, takie mniej więcej zdanie: Mimowolnie odkładamy wiosła i podziwiamy (coś tam) na lewym/prawym/wysokim brzegu/skarpie (cytuję z pamięci).

Mimowolnie czy nie – kiedyś te wiosła trzeba będzie odłożyć na zawsze. Ale na razie wolę myśleć, że przed nami jeszcze choć raz: WIOSŁA W DŁOŃ! 

14. 09. PS – Dorzucam jeszcze jedno zdjęcie z ostatniego spływu (fot. AAS), pięknie ilustrujące mimowolne odkładanie wioseł.  😉 l125

TRZEBA CELEBROWAĆ

Snuł mi się po głowie dłuższy tekst na ten temat, ale nie miałam kiedy go zapisać i uciekł. Już go nie odtworzę, co najwyżej pozbieram jakieś resztki. Powroty z dziczy do cywilizacji nie są proste, jak zawsze po długiej nieobecności w domu nie wiadomo, w co ręce wsadzić, i jeszcze sporo czasu minie, nim się człowiek ogarnie.

Więc może choć po łebkach. Podróż zaczęliśmy w poniedziałek, 23 lipca. Pierwszy punkt: niezapowiedziane zajechanie na kawę do Zofii („Cierpkie grona”!) i Tadeusza, bo na trasie ich Liny (między Babimostem a Kargową) wypadły nam po drodze. Piękny ogród, chleb (wypiek Zosi), miód (z pasieki Tadeusza), brzoskwinie na drogę. Pisarkę natchnęliśmy pomysłem, żeby akcję swojej następnej powieści umieściła w Lubniewicach – i kto wie…
Nasz „docel” tego dnia: Węgry koło Opola. Do środy przemiło spędziliśmy tam czas w gościnie u naszych przyjaciół, Eli i Mietka. Jedna z atrakcji: graliśmy w ping-ponga w ogrodzie! Elka dała nam baty, ale nic to.
Środa i kawałek czwartku – Sandomierz. Od czwartku do soboty – Kazimierz Dolny. W obu tych miastach byłam wielokrotnie, w Sandomierzu kilka razy, w Kazimierzu chyba z dziesięć, i wciąż uważam je za miejsca magiczne. Zwłaszcza Kazimierz jest taki. Nasze ulubione widoki rynkowe i nadwiślańskie, lokale, szlaki i smaki… Napawaliśmy się i celebrowaliśmy.
W sobotę po długiej jeździe – spotkanie naszej bandy spływowej w Sztabinkach (!), następnego dnia wyjazd z Maćkowej Rudy na Litwę. Spływ kajakowy od 29 lipca do 10 sierpnia. Niestety bezwackowojolowy, ale poza tym bardzo udany. Bezgzowy, bezosowy, małokomarowy, pięknopogodowy. Cud natury po prostu!
Powrót do domu, po całonocnej jeździe, w sobotni ranek 12 sierpnia. I zamiast wirów rzecznych – wir domowy. Sto pralek prania, garkuchnia, ogród. W dodatku masa tekstów do korekty, bo znów się zobowiązałam, nieszczęsna ja.

Trzeba celebrować. Tak zawsze mówi Janek, gdy na spływie siedzimy przy ognisku, gapiąc się na purpurowe od zachodzącego słońca blaski nadjeziorne, teatr chmur nad wodą i w niej odbity, wielkie gwiazdy na niezanieczyszczonym światłem litewskim niebie. Celebrujemy. Napawamy się. Na rzece, czystej i przezroczystej aż do dna, w bezludnej ciszy, „mimowolnie odkładając wiosła” podczas płynięcia. W wędrówkach po zarośniętych mchami pięknych lasach. W biczach w SPA. Wcinając kurki i jagody, sącząc litewskie trunki (w tym roku bardzo umiarkowanie!), rozkoszując się luzikiem-rajtuzikiem.
Celebra celebrę celebrą pogania. 😀 Zwłaszcza że latka lecą i to się czuje na grzbiecie (i w kolanach) – i nie wiadomo, czy za rok znów się uda….
Trzeba celebrować.

Nad Arianką na razie tylko chwilkę posiedziałam na ławeczce, bom wciąż w pędzie. Ale lato nadal jest upalne i lada moment nadejdzie ten czas. Będziemy celebrować.
Na razie Janek celebruje koszenie i przycinanie winorośli, a ja – prasowanie w stu odcinkach. Mam taki stos lumpów, że chyba będę celebrować aż do grudnia!…

SANDOMIERZ I KAZIMIERZ:

SPŁYW: