BLUBRY BLUSZCZOWE

Na wejściowej ścianie mamy bluszcz. Obsiadł ją chwacko, poprzyczepiał się też naokoło drzwi i dosłownie wchodzi nam do domu.
Mamy też winobluszcz. Ten z kolei pcha się aż na dach, już go w ubiegłym roku Janek musiał wyszarpywać spod dachówek.
Pięknie nam te rośliny zdobią dom, jednak wkrótce możemy mieć problem z ich ekspansywnością. Owiną się i będziemy „w dzikie wino zaplątani”, a tzw. połać dachową i strukturę na budynku uszkodzą ich macki.
Od niedawna wielką ekspansją wykazuje się też trzeci z naszych bluszczów, bluszczyk właściwie – kurdybanek.
O nim – i trochę o innych chwastach, dobroczynnych szkodnikach (o, jaki ładny oksymoron mi wyszedł!) – napisałam w niecodzienniku: https://wp.me/P3waVI-1fv

Reklamy

GANZ SPONTAN

… jak mawiała Evelyn (zwana przez nas Eweliną), nasza przyjaciółka z West Berlin, gdy wraz z mężem swym Stefanem podejmowali decyzję o wpadnięciu do Lubniewic.
Bardzo nam się to „ganz spontan” podobało, że takie untypisch, wszak stereotyp postrzega Niemców jako nicht spontan, a tu proszę.

Śladem Eweliny dzisiaj ja tuż po śniadaniu ganz spontan wymyśliłam wyjazd do Pustkowa. Nawet byłam gotowa jechać natychmiast! Bo na co tu czekać, skoro właśnie untypisch odbywa się majowe lato i nie wiadomo, co będzie pod koniec sierpnia, gdy zwyczajowo odwiedzamy naszą ulubioną nadbałtycką metę. Ale Janek tradycyjnie rzucał mi kłody i ostygłam w tych zapędach. Zresztą dodatkowo ostudziła mnie świadomość, że nadchodzi weekend bożociałowy i nieprzebrane tłumy rodaków w taką pogodę jak nic obiorą kurs nad morze, zatem bezpieczniej będzie pozostać nad Arianką.

Więc po tym ostudzeniu poszłam się zgrzać przy cięciu krzaków i odchwaszczaniu (upały nadal sakramenckie), podczas których to czynności przyszedł mi do głowy pomysł na tekst o bluszczyku kurdybanku. Jeśli znowu nie odłożę na zaś, może niebawem go popełnię.

A do Pustkowa kiedy? Może latem czerwcowym? Już wprawdzie nicht spontan, ale niechby! 🙂

LATO W MAJU

Przyroda znów dostała kręćka. Chyba to wszystko przez te atomy i nawozy sztuczne, jak śpiewał kiedyś Kazimierz Grześkowiak. Oraz przez internet i satelity. 😉 Akacje już kilka dni temu przekwitły, a teraz się za kwitnienie wzięły lipy. Pod koniec maja! Chyba trzeba by zmienić nazwę lipca, tylko na jaką?

Ja też zakręconam. Chyba to już kiedyś wiedziałam, ale zapomniałam, że Olga Tokarczuk, laureatka The Man Booker International Prize 2018 (BRAWO!), jest z pochodzenia Lubuszanką. Urodziła się w Sulechowie, dzieciństwo spędziła w Klenicy.
Pamiętam, że coś było o Klenicy w jednym z jej utworów – ale co i w którym? Zabijcie mnie, dziura w głowie. „Biegunów”, już wcześniej nagrodzonych Nagrodą Nike, też nie czytałam. Jeszcze nie? Zresztą co z tego, że ja coś przeczytam, skoro i tak zapomnę, i w ogóle taka jestem coraz bardziej niepozbierana?

Zaczęłam, jeszcze przed wyjazdem do sanatorium, tekst o Gałczyńskim, miałam skończyć po powrocie, ale wciąż odkładam. Że już o dopiskach do „Peluni” nie wspomnę.
Niedawno przeczytałam „Dygot” Jakuba Małeckiego – i też o nim nic nie napisałam, choć taki miałam zamiar.

Wciąż się rozmieniam na drobne (a czasem na grube). Spotkania towarzyskie i rodzinne, spotkanie przedspływowe, spływ kajakowy, rajd Zygzakiem z Korsakiem, wieczory tarasowe (to te „grube”, tzn. miłe i radosne), fejs, jakieś korekty (to te drobniejsze).
No i PODLEWANIE. O, tu już bardzo grubo jest, choć niekoniecznie radośnie.
Bo u nas susza najsuchsza w Polsce i znowu „Niemen nie puszcza”. Oczywiście my, właściciele ogrodów nadariańskich, walczymy ze skutkami suszy z pomocą naszej rzeczki. Lecz co będzie, gdy niedługo i ona nam wyschnie?
Wczoraj np. lałam na nasze okoliczności wodę z Arianki ciurkiem przez cztery godziny (nomen omen ciurkiem, bo mi pompa naprzemiennie raz wali fest, a raz ciurka).
Ach, gdybym tak umiała lać wodę fabularnie!… I chociaż od czasu do czasu coś walnęła. A ja już nawet nie ciurkam.

Słyszałam ongi przez płot, jak sąsiad z departamentu przyrody informował rodzinę, że tegoroczne lato ma się odbyć w maju i w czerwcu, potem szlus. Co do maja, właśnie prognoza się sprawdza, jak będzie w czerwcu, zobaczymy.

Ale co z sierpniem, gdy mamy jechać na spływ litewski? Czy to już będzie pełna jesień?

Tak czy siak, krzesło spływowe (sfotografowane przed paroma dniami nad jeziorkiem Karpnik) już czeka w pełnej gotowości. 😉

ZAPOMNIAŁAM!!!

Ale czegoś tam szukałam na blogu i przypadkiem natrafiłam na wpis z 11 maja ubiegłego roku, obwieszczający czwartą rocznicę mojego blogowania.

Znaczy się – kilka dni temu minęła PIĄTA!!!

Składam sobie zatem najserdeczniejsze GRATULACJE! 😀

JĘZYK GIĘTKI

Chodzi mi o to, aby język giętki
Powiedział wszystko, co pomyśli głowa:
A czasem był jak piorun jasny, prędki,
A czasem smutny jako pieśń stepowa,
A czasem jako skarga nimfy miętki,
A czasem piękny jak aniołów mowa…
/Juliusz Słowacki/

Wierszyki kleciłam we wczesnej młodości, a w wieku mocno dojrzałym co najwyżej jakieś limeryki czy odwódki. Nie aspiruję do aniołów mowy.
Właściwie w prozie również. Nie wymyślę żadnych skarg nimfy à la Słowacki, nie mam poskoku do słopiewni Tuwima, kudy mi do językowych sztuczek w powieściach Masłowskiej. Nie czynię usiłowań, nie mam ambicji ani nawet nie próbuję ich mieć.

Mój język giętki, a właściwie mój język prędki, co najwyżej powie coś szybciej, niż pomyśli głowa.
Tak zdarzyło się nie dalej jak wczoraj i o tym donoszę w niecodzienniku: https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/uff/

JUŻ WIOSNA PODROSŁA I BZAMI TCHNIE

Jak w piosence z Kabaretu Starszych Panów…

Dom mojego dzieciństwa stał nad rzeką w otoczeniu bzów. Mam o nich tylko wspomnienie:
Gęste, liliowo kwitnące krzewy stanowiły żywopłot odgradzający od rzeki część naszego podwórza i kawałek ogrodu. Szczególnie te w ogrodzie tak obfitowały w kwiaty, że mogłam bezkarnie rwać wielkie ich naręcza – co robiłam zwykle z okazji majowych imienin babci Stanisławy (gdy akurat u nas gościła) oraz, jeśli wiosna zdarzała się późniejsza, dla Peluni, w Dniu Matki.
Najpiękniejszy bez (oczywiście nikt z nas nie używał poprawnej nazwy „lilak”) rósł przed domem od frontu, pod oknem sąsiadów. Kawałeczek dalej znajdował się jeszcze jeden bezek, dość mizerny, bo w cieniu. Za to ten główny krzak, drzewko prawie, prezentował się naprawdę okazale, przynajmniej ja go tak zapamiętałam. Miał bardzo duże, fioletowe kwiaty z lekko bordowym odcieniem. Pojedyncze. (…)
Tak czy siak – od czasów mojego dzieciństwa kocham bzy i to najbardziej właśnie te liliowe, z pojedynczymi kwiatami…

Już od dawna tam nie mieszka nikt z mojej rodziny, choć widuję ten dom w czasie pobytów w Gubinie. Zmieniła się jego elewacja, inaczej wygląda podwórze i bzów naokoło też już nie widać.
Na szczęście mam znowu, jak w piosence Starszych Panów, „domek cały w bzach”, chociaż w innym mieście i nad inną rzeczką. W tym roku krzewy – niektóre to już nieomal drzewa – obsypane są ogromną ilością kiści. A jaki zapach wokół!


Tylko czemu ta przyroda tak przyspieszyła? Cały świat taki rozpędzony, ona też? Kasztany kwitną, mimo że jeszcze nie rozpoczęły się matury, a bzy to już w ogóle szaleństwo. Dopiero koniec kwietnia przecież. Do imienin Stanisławy, czyli do 8 maja, może by jakoś dotrwały ich resztki, lecz dziś już nie mogłabym nimi obdarować mamy w Dniu Matki.

Zawsze mnie wzruszał ten fragment „Syzyfowych prac”:
Przede wsią w pustce, na wzgórzu stała drewniana kapliczka, spróchniała już zupełnie od przyciesi aż do żelaznego kogutka na szczycie dachu.
Dokoła tej staruszki rosły bujne bzy z ogromnemi kiściami pachnących kwiatów.
Marcinek szybko skoczył ku kapliczce, wspiął się na płot i ułamał ogromny pęk kwitnących gałęzi. Wózek oddalił się i zbliżał już do wioski. Chłopiec rzucił się pędem po równej już tam drodze, strząsając rosę z kwiatów i, zziajany, cały ten pęk rozkwitły rzucił matce na kolana.
Nie miała serca wymawiać mu, że obrabował biedną, starą kapliczkę.
Modre kwiateczki odrywały się, spadały wraz z kroplami rosy i lgnęły do jej palców, a duszny zapach tak dziwnie ją upajał.

Fotografując dzisiaj swoje bzy, myślałam oczywiście o Peluni…

TĘSKNOTA

Ta pani pośrodku, w ciemnym futrze i futrzanym berecie, to moja mama Pelunia. Jak widać, turnus sanatoryjny, na którym przebywała, odbywał się zimą. Tłem jest zaś to samo, co towarzyszy nam od bez mała trzech tygodni – „spacerniak” Domu Zdrojowego w Świeradowie! Który to może być rok? Pewnie lata sześćdziesiąte. W każdym razie mama była wtedy dużo młodsza niż ja teraz. Nawet nie pamiętałam, że jednym z miejsc jej sanatoryjnych pobytów był Świeradów-Zdrój, dopiero niedawno odkryłam to na dawno już zeskanowanym zdjęciu.
A obok – ciągłość pokoleń, czyli ja w tym samym miejscu.

Tęsknię za mamą…

Coraz bardziej tęsknię też za domem. Oboje z Jankiem odliczamy dni, godziny, ostatnie zabiegi. Już nie możemy się doczekać widoków nad- i zaariańskich, zieloności i kwiatów wokół tarasu, lubniewickich jezior.
I jajecznicy ze szczypiorkiem! 😀