ZAMIAST

„Koleżanka zdawała do szkoły teatralnej i poprosiła mnie, żebym poszła z nią na egzamin. W rezultacie ja się dostałam, ona nie.” Ileż ja już przeczytałam takich historii! – ostatnio w książce „Aktorki. Portrety” Łukasza Maciejewskiego.
Ciekawostka, prawda? Późniejsza gwiazda/gwiazdor miał/a zupełnie inne plany, wcale nie miał/a ochoty zdawać do szkoły teatralnej/muzycznej/plastycznej (albo też startować w konkursie na Miss/Mistera czy tp.). Tylko poszła (bo to częściej ona niż on) w charakterze osoby towarzyszącej.

Czyli co? Weszła wraz z koleżanką przed oblicze komisji egzaminacyjnej, nawet wcześniej nie złożywszy żadnych dokumentów i nie będąc na liście zdających, i komisja natychmiast poprosiła, by to ona powiedziała wierszyk? Czy może w korytarzu uczelni, gdy czekała, wypatrzył ją ten ważny Ktoś i od razu wiedział, że to Ona? Co tam papiery! Podanie i świadectwo przyniesie pani przy okazji, a teraz proszę bardzo, indeks jest dla pani! Tak?

Cholera, że też mnie nikt nie wypatrzył na jakimś korytarzu! A najlepiej na korytarzu wydawnictwa. Niekoniecznie jako towarzyszkę innej koleżanki pisarki. Tylko żeby to wydawnictwo samo z siebie w jednej sekundzie z oczu mi wyczytało, że chcę wydać książkę. A jeszcze lepiej, żebym nawet nie musiała się ruszać znad Arianki, a tego wydawcę natchnąłby duch święty. I proszę uprzejmie, wszystko zrobimy za panią, korekta, redakcja, setki odczytań tych samych stron, wybór zdjęć, skany, spis treści, przypisy – i czort wie, co tam jeszcze będzie potrzebne. Aż się boję myśleć.

Za to myślę, że się wyrwałam jak filip z konopi z tym samowydawaniem i iskierka, która miała rozniecić wielki ogień, za szybko mi zgasła.
Może przez ten wiatr, który duje od kilku dni (i nocy), tak nic mi się nie chce.
Bu.

Reklamy

STULECIE PELUNI

Panna Framówna – Jeszcze nie Pelunia, a Ela.

„Pelunia przyszła na świat 24 lutego 1919 roku, jako pierworodne dziecko Julianny i Jana Framów. Na chrzcie otrzymała imię Pelagia. Kto i dlaczego jej takie wymyślił? Rodzice? Dziadkowie? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że swojego imienia bardzo nie lubiła. Często wspominała nam o tym. W domu nazywano ją Pelą lub Pelasią. Gdy dorosła, o ileż chętniej była Elą. Tak nazywali ją znajomi i tego – tylko tego – imienia używał później jej mąż, Bilinek.
Ojciec Peluni, Jan Fram, do Poznania przybył „za chlebem”. (…) do Gaju chodził w konkury do przyszłej żony, Julianny z domu Jeżyk. Po ślubie, gdy znalazł pracę i mieszkanie, ściągnął Juliannę do miasta. A gdy ich rodzina miała się powiększyć, choć byli już „miastowi”, Julianna pojechała do Gaju, by swoje pierwsze dziecko, Pelunię właśnie, urodzić pod opieką matki.(…)
„Gaj Wielki, powiat Szamotuły”, mawiała, jakby chcąc tą wzmianką o powiecie dodać wartości miejscu swoich narodzin – tato niejednokrotnie żartował z niej, że „jest z Gaju”, chcąc w ten sposób podkreślić swoją wyższość warszawiaka z Powiśla (znalazł się w Poznaniu po wyprowadzce ze spalonej stolicy). Pewnie ani on, ani nawet mama nie wiedzieli, że z owego Gaju wywodzili się przedstawiciele znamienitych wielkopolskich rodów (…).We wspomnieniach Peluni występowały jednak biedne domy, w których podłogi, pewnie tylko marne polepy, posypywano piaskiem. Jako dziecko, nawet jeszcze będąc nastolatką, często spędzała tam wakacje.
Pelunia w piątej klasie – pierwsza z lewej w pierwszym rzędzie, „w szkolnym mundurku z dużym zaokrąglonym białym kołnierzem, drobniutka, śniada, lekko uśmiechnięta, z równo obciętą ciemną grzywką.”
Hania i Pelunia – imprezowiczki.
Rok 2009 – Jubilatka w dniu 90 rocznicy urodzin.

Mojej napisanej po bożemu „Peluni” nie chciał dotąd nikt, choć podesłałam tekst co najmniej kilkunastu wydawcom. (…) Ale jak pomyślę, że może jedyny kierunek to „selfpublishing”, czuję taką blokadę, jakby mnie osznurowano niczym baleron, unieruchomiając wszystkie członki – pisałam pod koniec stycznia.
Zaś już w lutym: Po przymiarkach wstępnych jestem u progu podjęcia decyzji, żeby ruszyło z kopyta.

BOWIEM OLŚNIŁO MNIE! – że gdy zostanę osobistą sponsorką osobistej książki, nie będę musiała tańczyć, jak mi wydawnictwo zagra (jakieś hipotetyczne, którego łaski może wreszcie bym się dożebrała).
Sama sobie będę wydawcą i zrobię z książką, co mi się spodoba!  😀

Tak tedy nadeszła wiekopomna chwila, by ogłosić:

UCZCZĘ STULECIE PELUNI! ❤ 

WŁAŚCIWIE JUŻ CZCZĘ.

– Zuzanna, fanka „Peluni” (tak samą siebie nazywa od czasu przeczytania pierwszej wersji wspomnień zakończonej w r. 2013, potem aż do wczoraj uzupełnianej i szlifowanej), dopingująca mnie od dawna, zrobiła korektę tekstu. Wyłapała zaimkozę i inne kuchy, dała mi wiele cennych uwag i rad.

– Redaktor Kurzawa zaoferował pomoc w wydaniu książki, wskazał rozwiązania techniczne (skład, druk, ilość egzemplarzy, przybliżony koszt itp.), i świadomość jego „patronatu” pomogła mi wszcząć kroki, by słowo wreszcie stało się ciałem.

– Wackowi i Joli wysłałam wczoraj tekst do „naczytania”, bo wyłapywania literówek i ewentualnych zgrzytów nigdy nie dość.

I Bilinek ożenił się z Pelunią, dzięki czemu przyszłam na świat”…

A po latach napisałam, co z dawnych czasów zapamiętałam. I niczego nie nazmyślałam! 😀

Ciąg dalszy (meldunku z frontu wydawniczego) nastąpi…

PS – Setną rocznicę urodzin Peluni uczcimy dziś kolacją krewetkową. Nie wiem, czy moja mama kiedykolwiek jadła krewetki (może gdy była na Majorce?), ale myślę, że by jej smakowały.

OPRÓCZ PISANIA NAJBARDZIEJ LUBIĘ GOTOWANIE

Pisać lubię, bo jestem grafomanką, a gotować – bo lubię i już.
Zawsze kiedy mam do wykonania czynności upierdliwe, np. sprzątanie czy rycie w ziemi, zaczynam od stanięcia przy garach – nawet gdy garkuchnia nie pili. A tę resztę, za którą nie przepadam, traktuję potem z doskoku, a bywa, że i wcale.

Dziś przyczyny naturalne wyzwoliły mnie od tych kombinacji. Od rana padało, uznałam się zatem za całodniowo zwolnioną z czynności ogrodowych. Najpierw pisałam (takie tam), potem uwarzyłam obiad dwudaniowy pt. botwinka (zamrażam na zimę i jest prawie jak świeża) z jajkiem plus pulpety w pysznym sosiku z surówką z kiszonej kapusty i brokułami.

Pisarką jestem domową, kucharką też. Nigdy nie stworzę epokowych dzieł literackich ani nie przyrządzę dania na miarę Gessler, Makłowicza czy innego Okrasy. Ale ważne, że mężowi smakuje. A ma porównanie, bo jego mama Janinka gotowała smacznie, że hej. Gołąbków nigdy w życiu nie zrobię takich, jakie wychodziły spod jej ręki (za to pierogi ruskie robię lepsze).

Co ciekawe, na kucharkę absolutnie się nie zapowiadałam:
Rodzice zresztą uważali, że jeszcze się zdążymy w życiu napracować, i nie obciążali nas za bardzo obowiązkami (poza, rzecz jasna, najważniejszym: „masz się uczyć!”). Gdy Peluni wypadał dzienny dyżur w hotelu, do nas należało obrać ziemniaki czy odgrzać zupę. O gotowaniu czegoś więcej niż ziemniaki długo nie miałam pojęcia i wcale mnie nie ciągnęło, by się w te tajniki zagłębiać. Mama trochę załamywała ręce, a trochę chyba przyznawała mi rację, że na razie nie ma takiej potrzeby, a gdy będzie, to się nauczę.(…)
A po latach…
Tato, gdy Janek poprosił o moją rękę, ostrzegł go: „Jak chcesz. Ale pamiętaj, że ona gotować nie umie, sprzątać nie lubi, a pysk ma od ucha do ucha”. Sympatyczna anegdota – tym bardziej, że pyskowanie już dawno za mną i wyrosłam na dobrą gospodynię, za sprzątaniem wprawdzie nadal nie przepadam, ale gotować naprawdę lubię. Rodzice bardzo się cieszyli, że się proroctwa taty nie spełniły, a Pelunia zwłaszcza z tego, że odziedziczyłam po niej miłość do garów. No, miłość to może za duże słowo – lecz wiele rzeczy w kuchni robię tak, jak ona robiła. I obiady w moim domu, tak jak u niej bywało, też zwykle są dwudaniowe. Tylko w desery, gdy dzieci urosły, już się nie bawię.

To fragmenty moich wspomnień. Rodzice może gdzieś tam z góry przyglądają się z uśmiechem, jak stoję przy garach. Peluniu i Bilinku, Wam ten wpis dedykuję.

PS – Na osi lubienia pomiędzy „wysokim” pisaniem a przyziemnym gotowaniem mam sporo innych punktów, ale nie będę już przynudzać. 😉

WIOSNA W LUTYM – FOTOREPORTAŻ ZNAD ARIANKI


Tylko patrzeć, jak się wszystko zazieleni.

Plus piętnaście w głębokim cieniu! Gdzie te „lute zimy”? Nie, żebym tęskniła. Nie lubię mrozów. Ale zima całkiem niezimowa to dziwactwo i byle nie przypomniała o sobie w maju!
A oto nasz wczorajszy dzień lutowo-wiosenny, słoneczny, ciepły i pracowity:

Drwal rąbał – właściwie: właśnie zakończył tygodniowe rąbanie.

Potem pomógł ogrodniczce, która odchwaściła co nieco, bo się już kwiatki rwą do kwitnienia i trzeba było je wydobyć spod suchych farfocli.

Poza tym – jak to na przedwiośniu. Krety szaleją, dziki ryją.
Codziennie przynajmniej jedno nowe kretowisko, tak tu mamy. 😦 A w środku calutkiej naszej górki takie podziemne państwo krecie, że niedługo się zapadniemy!
Ledwo zaczęłam, a już mam zakwasy. Jeszcze tyle roboty, bu. Ale po kawałeczku, po malutku chyba jakoś te suchary ogrodowe ogarnę?

A, co tam! Ławeczka i łączka nadariańska już czekają na rozpoczęcie sezonu ogniskowego.

A gdy zegar ogrodowy pokazał, że niedługo obiad, grabki zamieniwszy na chochlę, wróciłam do garów.
Na kolejne dni też się zapowiada ładna pogoda, więc ciąg dalszy ogrodnictwa nastąpi. Nawet dziś, gdy mamy 42 rocznicę!!!  😀

Nigdy nie przepadałam za pracą w ogrodzie i jeśli nawet na początku za mocno się rozpędziłam z tymi kwiatkami i krzaczkami wokół domu, teraz czynię sporo, by miejsc do obróbki mieć jak najmniej. Ale przecież nie zaorzę wszystkiego! Poza tym – miło spojrzeć na to, co człowiek właśnie „obrobił”.
Więc po kawałeczku, po troszeczku – i tak aż do jesieni… 😉

JAKO WIELE POMYSŁÓW, KTÓREŚ DOŚCIGAŁ WŁÓCZNIAMI

 Na zdjęciu – z grupą przyjaciół w mieszkaniu Eli Sy, za chwilę będziemy słuchać płyty Niemena.

Czesław Niemen wielkim artystą był.
Wczoraj i dziś, z okazji 80 rocznicy urodzin, w Trójce grano masę jego piosenek. I te z początków jego kariery, i późniejsze, do tekstów Norwida, Asnyka, Iwaszkiewicza, Tuwima. Kompozycje do filmów i teatru. Eksperymenty muzyczne. Fascynacja muzyką Wschodu. Fragmenty koncertów.
Uczta dla fanów. Podróż sentymentalna dla takich jak ja – od wczesnej młodości towarzyszyły mi te utwory, wychowałam się na nich.

„Bema pamięci żałobny rapsod” – znam niemal każdy dźwięk i każde słowo utworu. Słuchając go wczoraj (nadano tę dłuższą, kilkunastominutową wersję), pomyślałam, że jej kompozytor i wykonawca nie był zwykłym piosenkarzem. Nie był nawet pieśniarzem. Był – zjawiskiem pt. Czesław Niemen. Twórcą – paradoksalnie, bo przecież taki znany – osobnym, nie dla wszystkich.

Lecz artyście nie zależało na łatwej popularności. Nawet nie na międzynarodowej sławie. Podobno mógł być solistą grupy Blood, Sweat and Tears (miał taką możliwość) – czy jednak wówczas pozwolono by mu realizować wyłącznie własne wizje? Przypominano archiwalne wypowiedzi Niemena na temat jego kariery. Niektóre dosyć gorzkie. Pytany, czy jest zadowolony z tego, co osiągnął, odpowiedział: tak i nie. Miał świadomość, że publiczność na koncertach chciałaby słuchać przebojów w rodzaju „Płonącej stodoły”, a on wolałby nie schlebiać czyimkolwiek gustom. Był artystą bezkompromisowym. Takim zawsze najtrudniej.
Dziś wprawdzie uważany jest za klasyka, a „Dziwny jest ten świat”, z wciąż aktualnym przesłaniem, bił i bije rekordy popularności – a jednak, tak jak kiedyś długo nierozumiany i niedoceniany Norwid, również Niemen ze swoją muzyką nie doczekał się należytego uznania.
Może jego spuściznę doceni dopiero „późny wnuk”.

COŚ SIĘ ZACZYNA DZIAĆ

Luty. W Lubniewicach niezimowy, pogoda malaryczna. Człowiekowi nie chce się ruszać z domu ani ruszać głową. Ale się zmuszam i trochę ruszam. Do lasu. A głową – ostatnio nawet dość intensywnie. Dopisuję coraz to nowe kawałki do „Peluni” i dniami i nocami miele mi się w głowie niczym w tym młynku na fotografii. Choć coraz mocniej się obawiam, że to już ględzenie starej ględy…
(a młynek jest nasz domowy, przedwojenny, „poniemiecki”)

Ponadto czytam „Winne miasto” i napisałam haniową recenzję-nie-recenzję. Ale na razie ciii, bo to się ma ukazać w „Inspiracjach” Eugeniusza Kurzawy i zapewniłam redaktora, że prócz kilku osób na mój blog nie zagląda pies z kulawą nogą. Jednakowoż gdyby kto był ciekawy, tekst znajdzie w niecodzienniku:
https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/miasto-win/

Poza tym dzieje się „coś” w jeszcze innej sprawie „literackiej”, tzn. po przymiarkach wstępnych jestem u progu podjęcia decyzji, żeby ruszyło z kopyta. Na razie jeszcze większe ciiii, żeby nie zapeszyć!

IRYTACJA PISARKI DOMOWEJ

Czytam „Rok królika” Joanny Bator. Właściwie należałoby powiedzieć: brnę przez „Rok królika”. Przedzieram się z irytacją przez te wszystkie surrealizmy i fantasmagorie, co rusz się potykając, i a to się zachwycę, a to skrzywię nos. Ale zacisnę zęby w tym pościgu za królikiem i doczytam do końca, bo chcę poznać wyjaśnienie Tajemnicy – choć wiem, że autorka zostawi mnie z „a interpretuj sobie, jak chcesz”.

Nie budzi we mnie grozy miasteczko grozy Frankenstein vel Ząbkowice Śląskie. Nie fascynuje mnie ekscentryczność i symbolika rodem z „Alicji w Krainie Czarów”, choć gdy byłam dzieckiem, Disneyowska „Alicja” bardzo mi się podobała.
Kompletnie nie potrafię się utożsamić z bohaterką. Nie czuję się częścią jej – naszego? mojego nie! – świata.

A może irytuję się, bo zwyczajnie zazdroszczę autorce, że ja tak nie umiem? Z taką szaleńczą wyobraźnią, tak wielopiętrowo pod względem językowym i nawet interpunkcyjnym opisać samotność człowieka (bo chyba to jest powieść o zagubieniu i samotności?!).

Wyżej Bator też nie podskoczę. 😉 Lecz czy naprawdę chciałabym tak umieć, ja, pisząca staroświecko i po bożemu pisarka domowa?
Choć przecież wiem, że dziś najlepiej sprzedaje się to, co „odlotowe” (bohaterka „Roku królika” namiętnie zbiera sensacje z tabloidów i ma już całą kolekcję tytułów w rodzaju „Z biedy użyła ziemniaka jako antykoncepcji. Kartofel wypuścił korzenie.”). Nawet podejrzewam, że Joanna Bator sobie kpi z wydawców i czytelników, którzy z rozkoszą łykną najgorszy chłam, byle stanowił sensacyjną podnietę. Laureatce Nike wolno, zwłaszcza gdy się ma taki talent.

A ja cóż? Mojej napisanej po bożemu „Peluni” nie chciał dotąd nikt, choć podesłałam tekst co najmniej kilkunastu wydawcom. Więc może irytuje mnie także i to, że zbyt łatwo stałam się autorką podciętoskrzydłą i zaniechałam dalszych prób?
Od dawna nawet nie zajrzałam do przygotowanej ongiś listy wydawnictw.
Prokrastynuję, wykonując działania odwlekające i zastępcze. Niektóre może i nawet z pożytkiem, jak np. korekta tekstów do MPK (numer już gotowy, ukaże się pod koniec lutego) czy legend do kolejnej książki kolegi E.K. Ale już stworzenie paru nowych rozdziałów do „Peluni”, prócz „grą na czas”, czym jest? „Ubogaceniem” tej historii czy jedynie świadectwem zapędów grafomańskich jej autorki?

Moja mama urodziła się 24 lutego 1919 roku, niedługo będzie więc „stulecie Peluni”. Coś by trzeba faktycznie zrobić z tymi wspomnieniami o niej. Ale jak pomyślę, że może jedyny kierunek to „selfpublishing”, czuję taką blokadę, jakby mnie osznurowano niczym baleron, unieruchomiając wszystkie członki.

A najbardziej zirytowało mnie – ba, wkur… o! – to, że musiałam calutki ten tekst pisać ponownie, bo znowu, jak już nieraz bywało, kliknęłam w coś nie tak i tekst przepadł w odmętach wordpressu. Już sobie po ostatniej takiej wpadce przysięgałam, że będę pisać na brudno – i proszę, jaka jestem zgniła i niereformowalna.
Choć może z tego ponownego pisania też jest jakiś pożytek: w tzw. międzyczasie spokojnie dokończyłam szykowanie obiadu niedzielnego (dziś kaczka!). A poza tym gimnastyki głowowej nigdy za wiele. 😉