790 ROGÓW

„Mój ślimaku, pokaż rożki,
Dam ci sera na pierożki.”

Ale ślimak się opiera:
„Nie chcę sera, nie jem sera!”

„Pokaż rożki, mój ślimaku,
Dam ci za to garstkę maku.”

Ślimak chowa się w skorupie.
„Głupie żarty, bardzo głupie.”

„Pokaż rożki, mój kochany,
Dam ci za to łyk śmietany.”

Ślimak gniewa się i złości:
„Powiedziałem chyba dość ci!”

Ale żona, jak to żona,
Nic jej nigdy nie przekona,

Dalej męczy: „Pokaż rożki,
Dam ci za to krawat w groszki.”

Ślimak całkiem już znudzony
Rzecze: „Dość mam takiej żony,

Życie z tobą się ślimaczy,
Muszę zacząć żyć inaczej!”

I nie mówiąc nic nikomu,
Po kryjomu wyszedł z domu.

Lecz wyjść z domu dla ślimaka
To jest rzecz nie byle jaka.

Ślimak pełznie środkiem parku,
A dom wisi mu na karku,

A z okienka patrzy żona
I wciąż woła niestrudzona:

„Pokaż rożki, pokaż rożki,
Dam ci wełny na pończoszki!”

Ślimak jęknął i oniemiał,
Tupnął nogą, której nie miał,

Po czym schował się w skorupie
I do dziś ze złości tupie.

/Jan Brzechwa/

Zanim ostatniej nocy przeszły nad nami zarąbiaste burze, najpierw przedwieczornie pokropił ziemię przelotny deszcz. A i ta niewielka ilość wilgoci pozwoliła ślimakom powyłazić ze swoich kryjówek.
Z ciekawości, jakie zasoby ślimacze kryją się w naszych zielonościach, zrobiłam rundkę naokoło domu. W ciągu niespełna pół godziny zebrałam do wiaderka aż 395 sztuk ! – w tym sporo winniczków.
Nim zakończyłam zbieranie, te sprytniejsze okazy już się pchały w górę wiaderka, by opuścić ślimakowisko i znaleźć się na wolności. Podobno ślimak, symbol powolności i guzdrania się, jest w stanie poruszać się z prędkością 7 km na godzinę! 

Nie miałam wobec nich zamiarów konsumpcyjnych. Czytaj dalej

MACIEJKOWE WIECZORY

 Matthiola longipetala, maciejka, naukowo zwana lewkonią dwurożną. Od kiedy mam taras, jest dla mnie symbolem lata i nieodzownym elementem długich czerwcowych wieczorów. Niepozorne, od dołu pokręcone chude badylki z pokurczonymi płatkami małych kwiatków. Przez cały dzień zbierają siły, żeby wieczorem dać koncert. Zniewalać zapachem, który roślince zapewne rekompensuje mizerny wygląd, a nam sprawia taką przyjemność.
Wysiewam ją co roku pod tarasem. Jeden tylko sezon – ubiegłoroczny – się nie udał, mimo kilkukrotnych usiłowań. Słabo wschodziła, zakwitł tylko jeden badylek i szybko sczezł. Dopiero teraz wiem, że w dotychczasowym miejscu maciejka miała coraz więcej cienia, a lubi słońce. Tegoroczna, z innej strony tarasu, już w pełni prezentuje swoje możliwości.

Telewizji nawet zimą nie oglądam za wiele, a latem tym bardziej nie. Teraz, gdy są takie długie, jasne wieczory, naszą telewizją są dookolne zieloności. Siedzimy, sączymy coś chłodnego, zachwycamy się. Jedyne, co nas smuci – że ten czas tak szybko upływa. Wczoraj był najdłuższy wieczór, po nim najkrótsza noc i dziś już mamy pierwszy dzień lata…

Jeszcze jeden jego symbol to robaczki świętojańskie, ale tych na razie nie widać. Może za parę dni, w noc świętojańską, pojawią się nad Arianką.
Kiedyś – miałam wtedy siedemnaście czy osiemnaście lat – spacerowałam leśną ścieżką oświetloną niczym seledynowymi lampkami tłumem tych roziskrzonych drobinek. Taki widok już pewnie mi nie grozi, ale ucieszy nawet pojedynczy okruszek .

Witaj, lato.

SIELANKA NADARIAŃSKA

 Niedługo minie 13 lat od czasu gdy 30 lipca, przewożąc jedynie najkonieczniejsze graty, wprowadziliśmy się do jeszcze nie całkiem wykończonego domu.
Po pierwszej nocy postanowiłam zrealizować moje wielkie marzenie związane z „na swoim”: zjeść śniadanie na tarasie. W piżamie!
Janek ustawił na jakichś pachołkach pobudowlane dechy w charakterze prowizorycznego stołu, powynosiliśmy talerze, sztućce, kubki z kawą i cały ten śniadaniowy majdan, zasiedliśmy, rozkoszując się pięknem letniego poranka.
Nawet chwastowiskiem wokół, bo jeszcze mieliśmy zero ogrodu. Krajobrazem za rzeczką, wtedy jeszcze nie nazwaną Arianką.
I ciszą.

Nim zaczęliśmy spożywać, poranną sielankę zakłóciły nam osy. Śmiało zaatakowały nasz stół i nie zamierzały się poddawać. Ewakuowaliśmy się więc czym prędzej, przenosząc się z tymi deskami i pachołkami do wnętrza domu. Śniadanie na tarasie zastąpiło śniadanie w tzw. ryzalicie – też z widokiem, ale przez szybę.

Tyle lat minęło, a my nie wracaliśmy już do pomysłu z tarasowym śniadaniem. Nawet nie wiem, czemu. Owszem, dopicie na tarasie śniadaniowej kawy tak, czasem jakiś podwieczorek czy kolacja, często wieczorne sączenie piwa czy wina. Ale śniadanie już nie.
Aż do wczoraj. Czytaj dalej

ŻEBY NIE BYŁO

Żeby nie było, że coś nazmyślałam (w poprzednim wpisie) z tym Miłoszem i przypisami. Mam wydania Dzieł Gałczyńskiego z różnych lat i oto co jest w nich:

1. Konstanty Ildefons Gałczyński, Dzieła w pięciu tomach, Czytelnik 1957-60,
Poezje, tom 2, Czytelnik, 1957.
Weryfikacja tekstu Natalia Gałczyńska. Przypisy Andrzej Stawar.
Str. 844:
„Poemat  dla zdrajcy – Pierwodruk: „Nowa Kultura”, r. 1952; nr 3. Poza treścią moralno-polityczną motywy powstania wiersza są następujące: Gałczyński kochał malarstwo bizantyjskie, często czytał prace prof. Wiktora Łazariewa i oglądał fotografie mozaik i ikon. Szczególnie lubił jedną, przedstawiającą dwóch aniołów jako moce niebiańskie. Mówił, że chciałby napisać utwór jak ta ikona – wyraźnie w dwóch tonacjach: jasnej i ciemnej. Jasną tonacją jest „szara wiklina”, „sianokosy i śniegi”, słowem ojczyzna, ciemną – zdrajca.”
Jeszcze ani słowa o Miłoszu! Za to pojawia się rosyjski (czyli wówczas radziecki) historyk sztuki, profesor uniwersytetu w Moskwie.

2. Dzieła w pięciu tomach, Warszawa Czytelnik 1979, Poezje tom 2.
Brak informacji o autorze przypisów.
Str. 859:
„Poemat dla zdrajcy – Pierwodruk: „Nowa Kultura”, r. 1952, nr 3. Wiersz powstał w związku z odmową Czesława Miłosza powrotu do kraju. Poza treścią moralno-polityczną – poeta uważał, Czytaj dalej

PALERMO I TAORMINA

 Zuza jest na Sycylii, na warsztatach – w Palermo i Taorminie. Zgłębia tajniki sztuki fotograficznej i zanurza się w klimaty sycylijskich nocy.

Palermo i Taormina. Te nazwy coraz mocniej zaczęły pobrzękiwać mi w głowie Gałczyńskim, tylko nie mogłam sobie przypomnieć, skąd to. Ale już wiem – z „Poematu dla zdrajcy”, napisanym w 1951 roku, gdy Czesław Miłosz wybrał wolność na Zachodzie, występując o azyl polityczny w Paryżu.

Gdy jesienią 1980 roku Miłosz otrzymał literackiego Nobla, byłam młodą polonistką nauczającą w wieczorowym LO. Właśnie szłam na zajęcia, gdy radio podało tę wiadomość. Wypadało moim uczniom coś powiedzieć o nobliście – ale co, skoro do tej pory był na niego w PRL-u szlaban? Więc ja, młoda pani magister krótko po studiach polonistycznych, na chybcika odgrzebałam z pamięci tylko tyle, że katastrofista, i że należał przed wojną do wileńskiej grupy awangardowej „Żagary” (i tak dobrze, że mi te „Żagary” w głowie utkwiły). Więcej nic! Tak nas uczyli na tych studiach, nie douczając. O tym, że Gałczyński przed znalezieniem się w obozie Altengrabow przebywał w niewoli sowieckiej w Kozielsku, też nam nie mówiono… O Miłoszu powojennym, że dyplomata w Paryżu, że Zachód, że „Który skrzywdziłeś człowieka prostego” czy inne ”Campo di Fiori”, że potem wykładowca na Berkeley w Stanach – zero! Dopiero po informacji, że dostał Nobla, media Czytaj dalej

SPOTKANIE ZAMAŁOKLASOWE

Trzy razy to już nadmiar? Nasze pierwsze spotkanie klasowe po latach (tylko mojej klasy – „B” z LO im. M. Kasprzaka w Gubinie – dziś im. B. Chrobrego) odbyło się z licznym udziałem koleżeństwa. Zorganizowaliśmy je dzięki zaangażowaniu kilkorga osób oraz dzięki prężnie wówczas działającemu portalowi „Nasza Klasa”, za pośrednictwem którego się skrzykiwaliśmy.
Parę lat później, na spotkaniu pod hasłem „40-lecie matury”, już nas było (i to z udziałem koleżeństwa z klasy równoległej – „A”) ciut mniej niż za pierwszym razem.
Spotkanie pod hasłem”45 lat po maturze” – w sobotę, 20 maja br. – frekwencję miało żenująco niską. Tylko cztery (!!!) osoby. Zbyszek 1, Zbyszek 2, Piotr i ja (ponadto towarzyszyła nam żona Zbyszka 1, z klasy o rok młodszej). Kilka osób się usprawiedliwiło z niemożności przybycia. Reszta nie dopisała. Trudno. Widocznie raz i wystarczy, drugi raz na siłę, trzeci już całkiem jak kulą w płot. Ludzie nie są ciekawi, co tam u kogo po latach, było, minęło… Przekazałam propozycję niemogącego przybyć kolegi Krzyśka, by spotykać się (tak na luzie, na zasadzie, kto będzie chciał i mógł) co roku, a nie co pięć lat – lecz mam obawy, że to już całkiem się nie uda.

Naszej czwórce było miło się spotkać, posiedzieć w restauracji Retro, powspominać, pospacerować po gubińskich, a nawet trochę po gubeńskich zakątkach. Wyspa Teatralna (tam chodziliśmy kiedyś na wagary), ulica Piastowska (przy niej znajduje się nasze liceum), a na finał – już tylko ja i Piotr, po wyjeździe Zbyszków – piwo w fajnej knajpce w Guben.

Gubin majowy jest taki ładny, zielony. Im jestem starsza, tym większym sentymentem darzę miasto mojego dzieciństwa i szkolnych czasów. Może nie wszyscy mają taką potrzebę, lecz ja lubię tam wracać.

Co dzień nas gna
W nowe strony zadyszany czas.
Sto dat, sto spraw
Wciąga nas, gna nas.

I moje dni
Wszechobecny pośpiech, czasu znak
Naznaczy mi,
Może przez to tak lubię:

Lubię wracać tam, gdzie byłem już
Pod ten balkon pełen pnących róż,
Na uliczki te znajome tak…

PS – dosłownie w sekundę po tym jak wkleiłam tu fragment z piosenki Zbigniewa Wodeckiego, radio podało wiadomość o jego śmierci. Jakie to smutne…
I aż się prosi na tę wieść i w refleksji po naszym spotkaniu zamałoklasowym sparafrazować Jana Twardowskiego:
Śpieszmy się spotykać z ludźmi, tak szybko odchodzą…

KOKTAJLOWO, MALINOWO (Z KOMARAMI W TLE)

 Czytam właśnie książkę, która niedawno sprezentowała mi Zuza – „Dom na skraju” Kasi Bulicz-Kasprzak. Zaczęłam lekturę tuż przed spotkaniem w Osieku Łużyckim i gdy zmierzaliśmy w tamte strony, a wiedziałam już, że historia w książce dzieje się na Dolnym Śląsku, po podpowiedziach mijanych po drodze tablic drogowych zorientowałam się, że powieściowy Rubiń z rzeczką Młynówką to zapewne jest Lubań. Klimatów dolnośląskich, o które parę dni temu się otarłam, jest więcej. Taki chociażby, że jedliśmy w Radomierzycach obiad w podobnej restauracji (z dawnej obory czy stajni uczynionej), jak ta, do której Olgierd zaprosił Sylwię.
W powieści roi się od intryg, tajemnic z przeszłości, rozwalonych dawnych związków i prób wchodzenia w nowe, i jak to w romasidle, wszyscy szukają szczęścia (rzeczownika „romasidło” nie użyłam pejoratywnie!). Czyta to się dobrze i szybko.

Ale ja piszę o tej powieści nie z powodu tropów romansowych czy dolnośląskich. Nigdy w życiu nie przypuszczałabym, że tak mnie może zaciekawić „wątek ogrodniczy”!
Na ulicy Różanej wszyscy mają ogrody. Pielęgnują róże, wkopują do ziemi mieczyki i aksamitki, chrupią marchewki, urządzają z lepszym czy gorszym skutkiem rabatki, kwietniki, tarasy. Tak to jest napisane (Kasiu – czy oprócz biegania kochasz też ogrody?), że po powrocie do Lubniewic (zwłaszcza że pogoda się wreszcie poprawiła) rzuciłam się i ja w wir prac ogrodniczych. Ja, która przez lata całe nie przepadałam za nimi!

Mało tego. W powieści niektórzy (niektóre) prócz kwiatów sadzą też pomidory. Tak na stare lata zdewiowałam, że kupiłam dziś na targu sześć pomidorowych krzaczków! Dwa wsadziłam do wielkich donic na tarasie, koktajlowy i malinowy – żebym miała je pod ręką bez latania do nowo utworzonej grządki, gdzie posieję cukinię i gdzie dziś posadziłam też jeden krzaczek koktajlowy i jeden malinowy. A pozostałe dwa (koktajlowe) wsadziłam do nerki kwiatowej. Oczywiście wszystkie stanowiska najpierw z pomocą Janka odpowiednio przygotowałam (dołek, kompost, woda, sadzonka, ziemia ogrodowa, woda – niemal identycznie jak to robiły Marta z Leokadią).

Teraz będę latać do moich pomidorów nadariańskich (całe szczęście, że Arianka jest łagodniejsza niż Młynówka, to tak przy okazji). Podlewać je, pilnować, pielęgnować, a jeśli się uda – jeść własne. Z krzaczka wprost do ust lub jak w powieści – ze śmietaną i cebulką, ewentualnie z małym dodatkiem czosnku i pieprzu ziołowego.
Ja, nieposiadająca przez tyle lat żadnych grządek warzywnych, dla której dotąd nawet rycie w ziemi przy krzaczkach i kwiatkach było jak za karę!!!

Widzisz, Kasiu, coś narobiła?

Nasiona cukinii wysiałam już jakiś czas temu, ale przez to zimnisko słabo powschodziły. Jutro dosieję, bo dziś ledwo się uporałam z tymi pomidorami, tak mnie zaatakowały komary.
Wiosna na całego. 🙂