TRYPTYK PRZETWÓRCZY

CZĘŚĆ PIERWSZA 

Król Borowik Prawdziwy szedł lasem
postukując swym jednym obcasem,
a ze złości brunatny był cały,
bo go muchy okrutnie kąsały.
Wreszcie usiadł strudzony pod dębem
i na alarm rozkazał bić w bęben.
– Hej, grzyby, grzyby!
Przybywajcie do mojej siedziby,
przybywajcie, skoro świt, z chorągwiami,
wyruszamy na wojnę z muchami. (…) /Jan Brzechwa/

Gdy chodzę po lesie szukając grzybów, często mam przed oczami obejrzane kiedyś przedstawienie, w którym te wszystkie prześlicznie wystrojone czubajki, surojadki, opieńki i modraczki próbowały się wymigać od pomożenia królowi, dopiero pułk dzielnych muchomorów załatwił sprawę. Kapitalną inscenizację wiersza Brzechwy przygotował dziecięcy teatrzyk z podstawówki w Międzyrzeczu. Obejrzałam ją w czasie wojewódzkiego przeglądu uczniowskich teatrów, na który i ja zawiozłam grupę swoich szkolnych artystów. Ach, dawne czasy. I miłe wspomnienie.
Dziś do leśnej siedziby sporo grzybów przybyło pod nasze nogi. Może nie całymi pułkami, ale w ilościach satysfakcjonujących na pewno. Co smakowicie i sprawnie przełożyło się na kolację grzybową na dziś, zupę ze świeżych grzybów na jutro, pięć słoiczków grzybowej marynaty i jeden sznurek grzybów do suszenia. Jak na inaugurację sezonu – całkiem nieźle.

CZĘŚĆ DRUGA 

Tryptyk porzeczkowy

czarna porzeczka

rzucona garścią przypadku
do mego ogrodu
w czarnych rękawiczkach
trzyma żałobę
w największe upały Czytaj dalej

Reklamy

PRZEKRÓJ

Nie tylko „Przekrojowo” dziś będzie, ale i przekrojowo. Czyli:

Pogodowo.
Lato zdurniało. Funduje nam burze za burzami. To akurat latem żadna sensacja, byleby po nich znów świeciło słońce. Gorzej, że też walą w nas deszcze za deszczami, całonocne, całodzienne, ulewne.
Albo susza i Niemen nie puszcza, albo nadmiar wody. Nic pośrodku. Przyrodo, miejże umiar! Jeśli taka pogoda będzie w czasie naszego spływu, chyba się zapłaczę i żadna „Lithuania” nie pomoże

Sekretnie.
Drzewa przejawiają zachowania rodzinne i społeczne. Przekazują sobie informacje, ostrzegają przed niebezpieczeństwami, chronią towarzyszy, wzajemnie sobie pomagają i wychowują w karności potomstwo. To i jeszcze sporo ciekawych rzeczy o drzewach wiem z książki Petera Wohllebena „Sekretne życie drzew”.
Autor – wielki miłośnik przyrody, z zawodu leśnik – ma pod swą pieczą las, w którym każde drzewo żyje po swojemu i nikt mu nie przeszkadza ani nie „pomaga”, rodzą się, rosną i umierają bez ingerencji człowieka, a umarłych i powalonych się nie usuwa, bo też są potrzebne w lesie.
Może nasz „poprawiający” puszczę minister raczyłby wreszcie skorzystać z tych wzorów?

Duchowo.
Drzewa kombinują, ale zwierzęta idą jeszcze dalej. Doświadczają całej gamy uczuć. Czytaj dalej

POWROTY

„Z Hamburga do Lubniewic wróciłem wozem drabiniastym.
Dziś wydaje mi się to zabawne, lecz wtedy nie było mi do śmiechu. Kiedy ze strzępów cudzych relacji i własnej pamięci posklejałem tę historię, refleksję miałem tylko jedną – że na stare lata będzie co opowiadać wnukom.”
Tak zaczyna się moje opowiadanie w „Nikomu się nie śniło”.
Jest jednym z dziewiętnastu tekstów będących efektem projektu „Wykup słowo”. Ze słów, które wykupiono i których mieliśmy użyć w tekstach, ja wybrałam między innymi Ildefonsa, miłość, radość, podjadka, raniuszka, rozchełstanie, a także wolność i demokrację.

Pisząc ze świadomością, że opowiadanie będzie wydane drukiem, chciałam przy jednym ogniu upiec kilka pieczeni. Prócz szlachetnego zamiaru wspomożenia wybudzonego ze śpiączki strażaka, prócz nadziei, że tekst spodoba się temu czy owemu czytelnikowi, chciałam sobie zrobić prezent. Nawet kilka prezentów, tak jak w opowiadaniu jest kilka powrotów. Nie tylko „powrót wozem drabiniastym”, jako końcówka pewnej podróży. Kto czytał, ten wie.

Historia miłości Ildka i Igi Czytaj dalej

KULINARNIE

 To nie jest blog o jedzeniu, choć czasem i taki wątek tu wrzucam. Lubię czytać blogi kulinarne, zwłaszcza gdy ktoś porady, jak przygotować daną potrawę, ozdabia nie tylko smakowitą fotografią czy filmikiem, ale przede wszystkim jakąś ciekawą opowieścią.
Zawsze też lubiłam czytać przepisy kulinarne. I je zbierać. Najpierw w postaci wycinków z gazet oraz kartek z przepisami zapisanymi przeze mnie i przez moich znajomych. Mam tych szpargałów cały stos, niektóre liczą sobie ze czterdzieści lat, gdybym dobrze poszperała, znalazłabym może i coś napisanego ręką Peluni. Wielokrotnie myślałam, że trzeba by to wszystko przepisać do jednego zeszytu, ale nigdy tego nie zrobiłam i tak się ten stos rozpycha w kuchennej szufladzie.
Mam w niej też sporo książek i poradników kucharskich. Jedno z najciekawszych wydawnictw, z czasów PRL-owskiej biedy i słabo zaopatrzonych sklepów – to cienka broszura, wydana przez lubniewicki Ośrodek Doradztwa Rolniczego, z poradami z zakresu WGD (Wiejskiego Gospodarstwa Domowego). Do dziś robię wzięty stamtąd „Chlebek drobiowy”.

Najstarsza moja – choć nie od początku była moją własnością – książka kucharska to „Kuchnia warszawska”. Praca zbiorowa, wydanie III. Nie ma informacji, z którego roku, ale chyba z połowy lat sześćdziesiątych, bo w przedmowie znajduję taki przypis: „Z dniem 23. XII. 1966 r. skrót dkg zostanie zmieniony na dag.”
Prawie czterdzieści lat temu dostałam tę książkę od teściowej. To był jej prezent imieninowy od bratowej. Na pierwszej stronie widnieje dedykacja: „W Dniu Imienin Jasi – Aniela. 24. VI. 68.”
Potem ona tę książkę podarowała mnie. Z początku, nim doszłam do kuchennej wprawy, to była dla mnie rzeczywiście cenna pomoc.
Dziś zaglądam do niej po wielu latach. Czarno-białe ilustracje, pożółkłe, wylatujące kartki. Między stronami książki znajduję karteluszki z ręcznymi zapiskami. Mamy Janinki – na przykład na „Piernik cygański”, na kawałku kartki w kratkę. Nigdy go nie upiekłam. Albo niebieska karteczka z przepisem mojego starszego syna na ciasto do pizzy – też go nigdy nie wykorzystałam (Jaś jest pizzowym specjalistą, w tym stosie przepisów mam jeszcze ze trzy pisane jego ręką).

Bo ja UWIELBIAM czytać o jedzeniu, ale większość tych potraw – z przepisów w książkach, na odręcznych kartkach czy ostatnimi czasy w komputerowym pliku – zrobiłam tylko raz, a niektórych nigdy. Co nie znaczy, że jestem kiepską kucharką! Tylko, mając męża tradycjonalistę (żadne tam smaki słodko-kwaśne czy mięso z ananasem!), rzadko robię „eksperymenty”. 😉

Lecz potrawę z przepisu na ostatniej stronie „Kuchni warszawskiej”, gdzieś przeze mnie chyba usłyszanego i zanotowanego ołówkiem – z pewnością wykonałam i to niejednokrotnie. „Kotlety faszerowane z kury”. Tak samo jak wspomniany na początku „Chlebek drobiowy”.
Bo z braku innego mięsa trzeba było posiłkować się drobiem.
O czym – i nie tylko o tym – snując kurczakowe reminiscencje, napisałam dziś w niecodzienniku:
„O drobiu nie tylko Więckowskiej”.
Zapraszam:http://wp.me/P3waVI-14Q

790 ROGÓW

„Mój ślimaku, pokaż rożki,
Dam ci sera na pierożki.”

Ale ślimak się opiera:
„Nie chcę sera, nie jem sera!”

„Pokaż rożki, mój ślimaku,
Dam ci za to garstkę maku.”

Ślimak chowa się w skorupie.
„Głupie żarty, bardzo głupie.”

„Pokaż rożki, mój kochany,
Dam ci za to łyk śmietany.”

Ślimak gniewa się i złości:
„Powiedziałem chyba dość ci!”

Ale żona, jak to żona,
Nic jej nigdy nie przekona,

Dalej męczy: „Pokaż rożki,
Dam ci za to krawat w groszki.”

Ślimak całkiem już znudzony
Rzecze: „Dość mam takiej żony,

Życie z tobą się ślimaczy,
Muszę zacząć żyć inaczej!”

I nie mówiąc nic nikomu,
Po kryjomu wyszedł z domu.

Lecz wyjść z domu dla ślimaka
To jest rzecz nie byle jaka.

Ślimak pełznie środkiem parku,
A dom wisi mu na karku,

A z okienka patrzy żona
I wciąż woła niestrudzona:

„Pokaż rożki, pokaż rożki,
Dam ci wełny na pończoszki!”

Ślimak jęknął i oniemiał,
Tupnął nogą, której nie miał,

Po czym schował się w skorupie
I do dziś ze złości tupie.

/Jan Brzechwa/

Zanim ostatniej nocy przeszły nad nami zarąbiaste burze, najpierw przedwieczornie pokropił ziemię przelotny deszcz. A i ta niewielka ilość wilgoci pozwoliła ślimakom powyłazić ze swoich kryjówek.
Z ciekawości, jakie zasoby ślimacze kryją się w naszych zielonościach, zrobiłam rundkę naokoło domu. W ciągu niespełna pół godziny zebrałam do wiaderka aż 395 sztuk ! – w tym sporo winniczków.
Nim zakończyłam zbieranie, te sprytniejsze okazy już się pchały w górę wiaderka, by opuścić ślimakowisko i znaleźć się na wolności. Podobno ślimak, symbol powolności i guzdrania się, jest w stanie poruszać się z prędkością 7 km na godzinę! 

Nie miałam wobec nich zamiarów konsumpcyjnych. Czytaj dalej

MACIEJKOWE WIECZORY

 Matthiola longipetala, maciejka, naukowo zwana lewkonią dwurożną. Od kiedy mam taras, jest dla mnie symbolem lata i nieodzownym elementem długich czerwcowych wieczorów. Niepozorne, od dołu pokręcone chude badylki z pokurczonymi płatkami małych kwiatków. Przez cały dzień zbierają siły, żeby wieczorem dać koncert. Zniewalać zapachem, który roślince zapewne rekompensuje mizerny wygląd, a nam sprawia taką przyjemność.
Wysiewam ją co roku pod tarasem. Jeden tylko sezon – ubiegłoroczny – się nie udał, mimo kilkukrotnych usiłowań. Słabo wschodziła, zakwitł tylko jeden badylek i szybko sczezł. Dopiero teraz wiem, że w dotychczasowym miejscu maciejka miała coraz więcej cienia, a lubi słońce. Tegoroczna, z innej strony tarasu, już w pełni prezentuje swoje możliwości.

Telewizji nawet zimą nie oglądam za wiele, a latem tym bardziej nie. Teraz, gdy są takie długie, jasne wieczory, naszą telewizją są dookolne zieloności. Siedzimy, sączymy coś chłodnego, zachwycamy się. Jedyne, co nas smuci – że ten czas tak szybko upływa. Wczoraj był najdłuższy wieczór, po nim najkrótsza noc i dziś już mamy pierwszy dzień lata…

Jeszcze jeden jego symbol to robaczki świętojańskie, ale tych na razie nie widać. Może za parę dni, w noc świętojańską, pojawią się nad Arianką.
Kiedyś – miałam wtedy siedemnaście czy osiemnaście lat – spacerowałam leśną ścieżką oświetloną niczym seledynowymi lampkami tłumem tych roziskrzonych drobinek. Taki widok już pewnie mi nie grozi, ale ucieszy nawet pojedynczy okruszek .

Witaj, lato.

SIELANKA NADARIAŃSKA

 Niedługo minie 13 lat od czasu gdy 30 lipca, przewożąc jedynie najkonieczniejsze graty, wprowadziliśmy się do jeszcze nie całkiem wykończonego domu.
Po pierwszej nocy postanowiłam zrealizować moje wielkie marzenie związane z „na swoim”: zjeść śniadanie na tarasie. W piżamie!
Janek ustawił na jakichś pachołkach pobudowlane dechy w charakterze prowizorycznego stołu, powynosiliśmy talerze, sztućce, kubki z kawą i cały ten śniadaniowy majdan, zasiedliśmy, rozkoszując się pięknem letniego poranka.
Nawet chwastowiskiem wokół, bo jeszcze mieliśmy zero ogrodu. Krajobrazem za rzeczką, wtedy jeszcze nie nazwaną Arianką.
I ciszą.

Nim zaczęliśmy spożywać, poranną sielankę zakłóciły nam osy. Śmiało zaatakowały nasz stół i nie zamierzały się poddawać. Ewakuowaliśmy się więc czym prędzej, przenosząc się z tymi deskami i pachołkami do wnętrza domu. Śniadanie na tarasie zastąpiło śniadanie w tzw. ryzalicie – też z widokiem, ale przez szybę.

Tyle lat minęło, a my nie wracaliśmy już do pomysłu z tarasowym śniadaniem. Nawet nie wiem, czemu. Owszem, dopicie na tarasie śniadaniowej kawy tak, czasem jakiś podwieczorek czy kolacja, często wieczorne sączenie piwa czy wina. Ale śniadanie już nie.
Aż do wczoraj. Czytaj dalej