CHOLERA JASNA!

„Nie straciłam na namyśle
Niepotrzebnym czasu wiele –
Bo ja rzadko kiedy myślę,
Alem za to chyża w dziele”

Zawsze byłam wyrywna, no i proszę. Teraz mi głupio i będę się kajać.
Każdemu, komu wysłałam książkę, wpisałam w niej imienną dedykację, nikogo (z wyjątkiem dwóch osób) nie pytając, czy tego chce.
Nawet komentarz o „Peluni” jako hołdzie dla innych matek mnie nie skłonił do zastanowienia się. Dopiero gdy zobaczyłam przed kilkunastoma minutami post na FB o książkach polecanych na prezenty dla mam z okazji zbliżającego się Dnia Matki… A JEŚLI KTOŚ WŁAŚNIE MOJĄ „PELUNIĘ” CHCIAŁ NA PREZENT, NIE DLA SIEBIE?

Ot, pisarka z Koziej Wólki. Ledwo debiutowała, a już się rozpędziła niczym jakiś tuz literacki na spotkaniu autorskim. Bu! bu! bu! I wrrr.
Od teraz będę się pytać, ale co z tego, skoro dotychczasowego szupłatostwa już nie odkręcę (kto czytał „Pelunię”, ten wie, co znaczy „szupłat”).

Ech, cholera, wcale mi nie do śmiechu.
Bu.

Zdjęcie jest z ubiegłorocznego spływu Obrą podczas spotkania przedspływowego. Przed nami kolejne spotkanie – jutro wyjazd. I także – oby tylko pogoda dopisała, bo są nieciekawe prognozy! – spływ – Piławą.
Przyda mi się reset.

Reklamy

CIĘŻKI JEST LOS WYDAWCY

W lutym br., gdy z okazji stulecia urodzin Peluni postanowiłam wydać moje wspomnienia, pisałam:
OLŚNIŁO MNIE! – że gdy zostanę osobistą sponsorką osobistej książki, nie będę musiała tańczyć, jak mi wydawnictwo zagra (jakieś hipotetyczne, którego łaski może wreszcie bym się dożebrała). Sama sobie będę wydawcą i zrobię z książką, co mi się spodoba!
Myślałam w naiwności swej i niedoświadczoności wydawniczej, że sama sobie będę sterem, żeglarzem… etc., oczywiście przeprowadzona przez ten proces pomocną dłonią redaktora Eugeniusza K., któremu jestem i będę dozgonnie wdzięczna.
Nie wiedziałam jednego: że stając się jednoosobowym wydawnictwem książki z numerem ISBN i z „ZLP” na okładce, mam jak wszystkie wydawnictwa powinności wobec rozlicznych bibliotek w kraju. Taki obowiązek nakłada na mnie stosowne rozporządzenie Ministra Kultury i Sztuki (wraz z wykazem bibliotek). Wydawnictwa mają od tej roboty swoich ludzi, ja musiałam podjąć się tej tyrki w pojedynkę. Więc gdyby jakiś potencjalny samowydawca czytający te słowa tego nie wiedział – właśnie się dowiaduje.
Na szczęście przesyłka „egzemplarzy bibliotecznych” (taki napis trzeba dodać na kopercie) jest bezpłatna, wydatkowałam się „tylko” na koperty z bąbelkami i oczywiście nawypisywałam tych druczków do bólu głowy i oczopląsu.
W poniedziałek byłam na poczcie pięć (!) razy. W dodatku nasza lubniewicka placówka od pewnego czasu jest już tylko punktem pocztowym, filią urzędu w Sulęcinie. W związku z tym posiada tylko jedno czynne okienko, a klientów wciąż moc. W dodatku pani w okienku rozpoczęła tu tydzień pracy oddelegowana z innego działu na zastępstwo za koleżankę…
We wtorek byłam już tylko raz, za to najdłużej. Ale dokonałam dzieła! Tzn. dokonaliśmy – bo bardzo mi pomógł Janek, w adresowaniu kopert, w transporcie. Uff…
Ta epopeja wysyłkowa zasługuje na dokładniejszą relację albo nawet jakieś sprytne opowiadanko, ale jestem tak odmóżdżona, że niczego nie sklecę z polotem, a wyciskać z siebie smętny kit – lepiej nie!

W związku z „lepiej” powinnam napisać jakiś lepiej, bo właśnie trwa przedwyborcza akcja lepiejnicza. Już ładnych kilka dni temu widzowie „Szkła kontaktowego” zaczęli przysyłać swoje wierszyki, jest jakaś specjalna strona lepiejowa, znani aktorzy wygłaszają lepieje… A ja, której kiedyś lepienie lepiei przychodziło o wiele łatwiej niż lepienie pierogów, wręcz wytrząsałam je raz, dwa spod małego palca, nie jestem teraz w stanie wymyślić niczego fajnego! To najlepiej świadczy o moim odmóżdżeniu.

Prócz wysyłek obowiązkowych zrobiłam też co nieco wysyłek prywatnych. Teraz odpoczywam, bo na horyzoncie nie widzę następnych chętnych do nawiązania bliższej znajomości z „Pelunią”. Jeśli jednak by się pojawili – zapraszam do kontaktu.

Na zdjęciach – wyprawa nad Lubniewkę, gdzie nie byłam już ze dwa lata i dokąd wyciągnęła mnie Bożenka, a ku uczczeniu mojego sukcesu wydawniczego wzięła z sobą piersióweczkę z miłą zawartością domowego porto… 🙂

MAM JĄ!!!

Wczoraj, wskutek niespodziewanej a błyskawicznej akcji: upoważnienie do odbioru z drukarni UZ przez Lidkę (żona Gienka) – odbiór – nasz przedwieczorny wyjazd po odebrane książki – wizyta u państwa Kurzawów – stałam się właścicielką 150 egzemplarzy dzieła pt. „Pelunia”.

A więc dokonało się. 🙂

 Bagażnik pełen „Peluni”

 Wiszące ogrody.  Janek stąpa w przestworzach, Lidka i ja w „domku na drzewie”.

Po zwiedzeniu pięknych włości Lidki i Gienka redaktor Kurzawa ogłosił mnie prawdziwą pisarką i uhonorował butelką szampana.
Wracając z Wilkanowa (tam się znajduje Ogród Sztuk i dom Kurzawów – klimaty takie, że od razu widać, że artyści), zajechaliśmy jeszcze na kwadrans do naszych Młodych w Zielonej Górze (rzecz jasna z książką) – i około północy wróciliśmy do Lubniewic.

I teraz mamy dom pełen „Peluni”.  To znaczy – jeszcze bardziej zapeluniony. 😀

„Pelunia” ze skrzydełkami…

SZÓSTKA (ALE NIE W TOTKA)

Dzisiaj – szósta rocznica mojego blogowania.
Jednak nie ma się czym chwalić, bom ostatnio bardzo mało blogująca. O rocznicy też bym nie pamiętała, gdyby nie fejs, który codziennie robi różne przypominajki, a dziś wśród nich zamieścił którąś z rocznic sprzed lat.
Swoją drogą – proporcje blog:FB coraz bardziej przechylają się na stronę FB. Kiedyś zapiski blogowe udostępniałam na fejsie, dziś mam ochotę te z fejsa zalinkować tutaj. Np. zdjęcia (z dość obszernymi opisami) z wycieczki do Bawarii w dniach 1 – 5 maja. Myślałam, że i tu coś napiszę o wycieczce (bardzo udanej!), ale już mi się nie chce.
Się porobiło!

Jednakowoż jubileusz należy jeśli nie uczcić, to przynajmniej odnotować, więc z okazji szóstej rocznicy istnienia „Kobiety domowej” skaładam jej autorce najlepsze życzenia. 😉

/zdjęcie z wycieczki – Bamberg/

RAPORT O STANIE POGODY

Pogoda atmosferyczna – po nieadekwatnych upałach kwietniowych spore ochłodzenie. Ale deszczu nadal prawie zero.
Susza – straszliwa.
Podlewanie – uruchomione.
Wycieczka do Bawarii – tuż, tuż.
Książka – w drukarni.
Czytelnictwo – krótki przelot przez „Politykę” i „Gazetę Lubuską”. Książkowe – zero.
Twórczość pisarska – wyłącznie mailowa (niewiele) i korektorska (dużo).
Pogoda ducha – dolny poziom stanów średnich.

978-83-946173-8-7

Taki mam numer ISBN. Mój własny. Kiedyś, gdy debiutowałam jako jedna z autorów „A wszystko przez tę książkę”, napisałam, że jestem pisarką z 1/13 ISBN. W antologii „Nikomu się nie śniło” ten ISBN się rozdrobnił na jeszcze większą ilość autorów, bo było nas aż dziewiętnaścioro. A teraz w stu procentach mam go tylko dla siebie. 🙂
Okładka jest już gotowa. Jednak – tak ostatecznie zdecydowałam – nie twarda. Za to ze skrzydełkami i bardzo ładna. A PDF z „Pelunią” wkrótce pójdzie do drukarni. Wprawdzie wczoraj nastąpiły w tej sprawie spore zawirowania, bo mnie rozdarło pomiędzy dwiema ofertami drukarskimi, ale w końcu podjęłam decyzję, by już nie robić żadnych eksperymentów.
Więc sprawy się potoczą i chyba powinnam ponaglić Janka, żeby już się zabrał do rzeźbienia dodatkowego regału na te wszystkie egzemplarze, których nie porozdaję.

Lub nie sprzedam? Gienek podpuścił mnie, podsuwając pomysł spotkania promocyjnego, taki jest zwyczaj, napisał. Toż ja właśnie w tym niepromowaniu się widziałam jedną z głównych zalet samowydawania! Ale ziarno już mi zasiał, już kiełkuje. Ba! Jest niemal pewność, że zaowocuje! To kompletny przypadek: wczoraj pan Stefan z gubińskiego SPZG zadzwonił do mnie w całkiem innej sprawie, więc go zagadnęłam i oto: mam się nie martwić, zorganizują mi spotkanie.
W Gubinie. Bo gdzie, jak nie tam?

Na razie cieszę się najnowszymi „Inspiracjami”, numerem 1 (55) pisma zielonogórskiego UTW – wczoraj była promocja w bibliotece im. Norwida, wczoraj też dostałam ten numer w przesyłce. Bardzo porządne pismo! Właśnie w nim zadebiutowałam – recenzją „Winnego miasta” i gubińskimi fragmentami z „Peluni”.
A gdy o gubińskich sentymentach mowa – w biuletynie „Gubin i Okolice” ma się ukazać tekst „Mój Gubin” (jest tu na blogu, w niecodzienniku, tylko go skróciłam i dopracowałam; zapis mojej rowerowej trasy sentymentalnej po miejscach dzieciństwa i młodości).

Tak się przedstawia raport pisarki domowej na koniec pierwszej dekady kwietnia’ 2019. A teraz raport wiosenny:

„Początek kwietnia, jeden z tych miesięcy, które służą za przejście między zimą i wiosną. Śnieg już zniknął, ale nie ukazała się jeszcze zieloność; drzewa są czarne, trawniki szare i niebo szare: wygląda jak marmur poprzecinany srebrnemi i złotawemi nitkami.”
/ Bolesław Prus, „Lalka”/
130 lat temu zima, jak widać, żegnała się znikającym śniegiem, a zieloność drzew i trawników dopiero przymierzała się do startu. Dziś – jaki śnieg? W ogóle go nie było! Wszystko kwitnie wkoło, jakby to był początek maja. Ba, tulipany i forsycje są właśnie w fazie przekwitania.
Zieloność kwietniowa, nieobecna w „Lalce,” nad Arianką roztacza się gdzie sięgnąć okiem. Choć szkoda, że nie na naszych trawnikach, bo wciąż są nienależycie utrzymywane. Trzeba by się codziennie solidnie namachać z grabiami, a ja tylko parę razy posmyrałam – krótko i po wierzchu. Sił mam coraz mniej, lecz głównie doświadczam braku umiaru alergenów. Pyłki wiosenne (teraz najsilniej pyli brzoza) tak dają mi popalić, że ledwo zipię.

Ale co tam. Wiosna jest radosna i tego się będę trzymać. 😀

KOBIETA OHUKNIĘTA ORAZ ZADYMIONA

Ja pierdziu. Niby sprawy z wydaniem „Peluni” już są z górki, a wciąż nie. Redaktorzy się wkurzają, skladacz kazał mnie ohuknąć i w ogóle mam się ogarnąć.
No przecież ja PIERWSZY RAZ wydaję sobie książkę! I się nie znam na procesie wydawniczym! I błędy, które popełniam, wynikają z mojej niepewnośći, niedoinformowania i może też z niepotrzebnej (przez co irytującej) nadgorliwości. Bu.

Dymy, dymy. I dymki. Od kolejnego sczytywania już mnie mdli.
W dymkach nanoszę sugestie w PDF-ie. Dymi mi w głowie. W bardzo bezmózgiej już głowie. Podpisy pod zdjeciami, jakie zaproponowałam, są żenująco bezpolotowe. W ogóle „Pelunia” wydaje mi się w tej chwili słabiutka literacko niczym wypociny pilnej, lecz niekoniecznie utalentowanej uczenniczki klasy ósmej. W ogóle gdybym miała napisać ją od nowa, zrobiłabym to mocno inaczej.

Może lepiej. A może lepsze byłoby tylko wrogiem dobrego.
Nie wiem. Na razie próbuję się ogarnąć.