ALE KINO

 Kino jest dla nas najważniejszą ze sztuk, jak wyraził się towarzysz Lenin.

Oczywiście nie czuję się związana z ideologią bolszewizmu, ale i dla mnie kino jest ważne. W pojęciu nie tylko ‘film’, ale właśnie: ‘kino’.
Magia ciemnej sali i wielkiego ekranu. Zawsze to lubiłam. W dzieciństwie chodziłam na niedzielne poranki filmowe, w Gubinie do kina Iskra, w Poznaniu do Miniaturki na Łazarzu. Bilet kosztował 2 złote. Jako młodzież – niemal w każdą niedzielę byłam w kinie.
W Gubinie, prócz Iskry, do której miałam najbliżej, funkcjonowały jeszcze dwa kina – Grunwald i Koral. Były czasy! Ale dla małych miejscowości już dawno się skończyły. 😦

Gdy zamieszkałam w Lubniewicach, działało jeszcze kino Wczasowicz. W stosunku do miejsca, w którym wtedy mieszkałam, trochę daleko – na drugim końcu wsi. A kiedy ja zamieszkałam na tymże końcu, kino przeniosło się do tzw. Starego Zamku, i znów miałam daleko. Ale nic to. Ważniejsze było, by uzbierała się przynajmniej minimalna ilość widzów, inaczej seans się nie odbywał.

I oto po ponad dwudziestu latach od zamknięcia kina Wczasowicz zaczęło do Lubniewic przyjeżdżać kino obwoźne. Jak ongi do zapadłych wsi, w tuż powojennych czasach Peerelu. Wtedy publika waliła na film drzwiami i oknami, szczęśliwa, że przyjechała do niej kultura z miasta. Kino Orange parę lat temu tylko na początku zapełniało u nas salę publicznością (widziałam wtedy słynne, oskarowe irańskie „Rozstanie”, innym razem „Drogówkę” Smarzowskiego). Potem zraziło się brakiem frekwencji.

Dziś… A dokładnie wczoraj. Przyjechało kino Visa. Z czterema filmami. Dwa dla dzieci i młodzieży. Potem „Listy do M 3” (dwa seanse) i „Najlepszy”. Owszem, siedzieć przez dwie godziny na krześle jest mniej wygodnie niż w fotelu w prawdziwym kinie. Ale coś za coś. Cena biletu przy płatności kartą Visa – jedyne 8 złotych. I nawet, dla widzów przywykłych do standardów multipleksowych – możliwość zakupienia popcornu. Też ze zniżką. Całkiem jak realizacja idei „sztuka dla mas”.

Ale masy nie przybyły. Na seanse dla dzieci i młodzieży chętny był jeden widz. Seans z „Listami do M 3” w ogóle się nie odbył.
Na moim – na „Najlepszym” (BARDZO dobry film) – było nas troje.

Ale kino. 😦

Reklamy

GROCH Z KAPUSTĄ SPOD CHOINKI

… Czyli różności przedświąteczne w kilku akapitach.

Zareagowałam na apel strony „Recenzje Agi”, by nadsyłać teksty o tematyce świątecznej. Wysłałam swój (napisany w dużym stopniu „na bazie” „Peluni”), ukazał się jako jeden z pierwszych. Ponadto wszystkie bożonarodzeniowe teksty z tej strony zamieszczam na swojej osi czasu na FB. W każdym jest standard – i w każdym też coś nowego, ciekawego.
Mój tekst zamieściłam również tu, w niecodzienniku:https://wp.me/P3waVI-19M

Uszka, pierogi, mięsiwa i co tylko da się zamrozić – uwarzyłam i zamroziłam. Reszta to już na bieżąco. Czyli tuż, tuż. Wigilię będziemy mieli dość licznie rodzinną, już się cieszę.
A co do porządków, za którymi nigdy nie przepadałam – działam z doskoku. Jednego dnia radośnie, drugiego bez zapału, trzeciego wcale. Mężczyźni domowi podobnie. Jeśli w tym tempie nie zdążymy do świąt, też nie stanie się tragedia.

Zamówiłam sobie dziś w Znaku piąty tom najnowszego wydania Dzieł Gałczyńskiego; przypadkiem, dzięki znajomej, się dowiedziałam, że takowy już istnieje. I nie są to, jak w poprzednich wydaniach Dzieł, przekłady pióra poety, tylko całkowita nowość: „Notatnik z Altengrabow” (zapiski z pobytu w obozie jenieckim).
Więc, prócz książkowych mikołajowych spodchoinkowych radości, już wkrótce zapowiada mi się dodatkowa lektura. Tylko kiedy ja to przeczytam? Ubiegłoroczny najnowszy przekład „Mistrza i Małgorzaty” do dziś leży i czeka. Taka ze mnie czytelniczka!

Robię korektę kolejnych rozdziałów najnowszej książki Eugeniusza Kurzawy, tym razem jego własnej – o Regionie Kozła.
Ponadto zapowiada mi się bycie panią od przecinków w jeszcze jednym projekcie, ale o tym na razie tylko tyle, że sprawa ma związek z moim odnalezionym po latach nauczycielem. Bardzo to jest sympatyczne odnalezienie. W liceum świeżo rozpoczynający wówczas pracę Mirosław Kowzan uczył mnie wychowania muzycznego, lecz przede wszystkim zapamiętałam go jako opiekuna zespołu bigbitowego „Kasprzacy” i – ZWŁASZCZA – opiekuna kabaretu „Kasperek”. Bo byłam tego kabaretu członkinią, jedną z tzw. Sióstr Gęgorskich (drugą była Małgocha). Chyba nawet wyprzedziłyśmy Siostry Sisters z kabaretu Lipińskiej!

Ach, jakie to cudne wspomnienia. Mirka odnalazłam po latach jako człowieka wielu talentów i pasji. Autora dwóch książek – „Krzyż na Perczynie” i „ Śladami rodzinnych korzeni”.
A te nazwy zespołu i kabaretu to od Kasprzaka – moje liceum nosiło kiedyś jego imię (potem uznane za niesłuszne i zastąpione Bolkiem Chrobrym – pisałam już tutaj o tym w „Niech tkają swój szalik”).

Przydałyby się jakieś wspominki licealno-kabaretowe… A tymczasem tekst o pierogach wciąż nienapisany, choć (wciąż) mam nadzieję, że to zrobię. Chyba poproszę świętego Mikołaja o dodatkowe lata życia. 😉 Albo może trafię na pieroga z grosikiem, to mi się życzenie spełni.
Albo w Nowy Rok zrobię postanowienie NIE LENIĆ SIĘ, NIE ODKŁADAĆ NA ZAŚ. I może wreszcie go dotrzymam.

Jedną z obowiązkowych potraw na kolacji wigilijnej jest u mnie kapusta z grzybami. Pyszności. Robię ją zawsze tak, jak robiła moja mama (a grzyby zbierał i suszył tato). Teraz ja mam własnoręcznie zbierane grzyby, ususzone przez Janka. Może tę tradycję przejmą kiedyś nasze dzieci?
Zaś wczoraj na lubniewickim wigilijnym jarmarku jadłam kapustę z grochem (przygotowaną przez panie z Klubu Seniora).
Też bardzo smaczna. 🙂

WESOŁYCH, SMAKOWITYCH ŚWIĄT!

DOKUD SE ZPÍVÁ JEŠTĚ SE NEUMŘELO

Polaków śmieszy, że ‘plecy’ to po czesku ‘zad’, a Czechów, że ‘Bank Zachodni’ to ‘Bank Wychodkowy’, bo ‘zachod’ to u nich wychodek, czyli kibelek. Przykładów można by podać więcej, ale nie do tego zmierzam, by tu lecieć stereotypem.
Przeciwnie. Lubię czeskie klimaty, kocham Harrachov, smakuje mi jedzenie i piwo w czeskich knajpach, i nie przeszkadza mi to, jacy są Czesi. Nawet wybaczam im, że kiedyś na naszej wycieczce podczas śniadania w hotelu za nic nie mogli podać kawy ani ostrych sztućców. Nie było i już.

Podobno język czeski dlatego brzmi w naszych uszach tak śmiesznie czy archaicznie, bo gdy po kilku stuleciach zaczął się odradzać, nie bardzo miał skąd czerpać. Pod panowaniem Habsburgów elity używały tylko niemieckiego, a chłopstwo posługujące się czeskim nie zostawiło dokumentów pisanych. Korzystano więc i z gwary, i z zabytków średniowiecznych. Na mój prosty rozum to trochę tak, jakbyśmy do dziś matki ludzkie nazywali maciorami, tak jak w staropolskim (z XV w.) „Lamencie świętokrzyskim” („Proścież Boga, wy miłe i żądne maciory,/by wam nad dziatkami nie były takie to pozory”). Taką kiedyś usłyszałam ciekawostkę o češtinie i ją tu przy okazji sprzedaję.

Polacy przez długie lata podśmiewali się z Czechów, lecz dziś bardzo się to zmieniło. Nawet wiadomo z jakichś niedawnych badań, że spośród sąsiadów naszego kraju Czechów lubimy najbardziej. A jaką widownię miały kiedyś czeskie seriale, że wspomnę choćby słynną „Nemocnice na kraji města”!
Mam nadzieję, że i w drugą stronę to działa. W każdym razie gdy zaczęliśmy jeździć do Czech na narty, w harrachovskich knajpach wykaz dań, prócz czeskiej, miał tylko wersję niemiecką, z rzadka angielską – a teraz są polskie wersje i kelnerzy mówią w naszym języku.

Uważam, że relacje polsko-czeskie zmieniły się na lepsze również – a nawet w dużym stopniu – dzięki Jaromirowi Nohavicy. Czytaj dalej

LEPIĘ, MYJĘ, ZAMAZUJĘ

 A cośmy tutaj z Czesławem tacy rozmazani?

Mam idiotenfotoaparat, który wprawdzie posiada rozliczne funkcje, lecz lata mijają, a ja nie miałam ochoty ich poznać. Więc nic dziwnego, że aparat, obrażony, robi kuchę za kuchą.
Lecz może to nie on, a ja. Jak wiadomo, jestem znaną lubuską rozmazywaczką zdjęć (może coś na ten temat powiedzieć koleżanka Muszyńska). Lecz ja to i tak pikuś przy Janku. Ten jak rozmaże, to naprawdę z rozmachem.
Ale co się dziwić, skoro pstryka jak karabin szybkostrzelny, z kolana, z biodra i z buta. 😉
I tak te świebodzińskie fotki nie są najostatniejsze, bywają gorsze.  Janek, pompa, sukiennik świebodziński i Czesław Niemen.

Ulepiłam wczoraj wigilijne pierogi z kapustą i zamroziłam – później będzie mniej roboty.
Teraz chodzi mi po głowie tekst o pierogach.

A Jarek Nohavica właśnie śpiewa w Trójce swój najnowszy hit – od razu pierwsze miejsce na trójkowej liście. O nim też następnym razem, bo ruszam do prac przedświątecznych. Cztery okna już za mną, teraz c.d. Ale spokojnie, pomalutku! Jak na stateczny pesel przystało. 😉

ROZCIĄGAM

Niedawno fejsbuk przypomniał mi mój dawny wpis blogowy – „Pociąć jak tasiemca”. https://kobietadomowa.wordpress.com/2015/11/22/pociac-jak-tasiemca/
Udostępniłam go ponownie, bo moje zdanie na temat długości zdań w książkach jest nadal aktualne.
Aczkolwiek… Udostępnienie opatrzyłam takim oto komentarzem:
„>>Niech ja sobie będę taka staroświecka. Taka not trendy i lubiąca długie zdania<< – właśnie fejsbuk mi przypomniał, com tu głosiła.
Wbrew upływowi lat (właśnie od tego wpisu minęły dwa) zrobiłam się staroświecka ciut mniej. Przycinam, choć nie jak tasiemca, zdania, dzielę całość na nowo, wyodrębniając znacznie krótsze fragmenty.
A przecież nie mam przekonania (bez żadnej kokieterii to piszę!), że wydam kiedyś wiekopomne dzieła. Więc czemu to ma służyć?
Myślę, że wyłącznie ćwiczeniom mózgowym”.

Otóż to. Ćwiczenia mózgowe. Główny powód mojego emerytalnego pisania.

Rankami przez 15-20 minut na karimacie rozciągam ciało (od poniedziałku do piątku, w weekendy robię sobie wolne). A w godzinach późniejszych przy komputerze rozciągam mózg. Są i minusy, cała moja przykomputerowa higiena pracy znowu poszła się paść.

Skupmy się jednak na plusach. Rozciąganie mózgu realizuję ostatnio głównie poprzez rozciąganie tekstów. Tu dopiszę zdanko, tam akapicik i tym sposobem plik pt. „Ballada” ma już co najmniej 10 stron więcej. A jestem dopiero w połowie. Wcześniej do „Peluni” dopisałam trzy nowe rozdziały, sporo akapitów w rozdziałach już istniejących, a też to nie jest moje ostatnie słowo. Gdy skończę, wezmę się za „Maski”. Wprawdzie niedawno zostały poważnie rozciągnięte, lecz nie zaszkodzi dorzucić im paru tysięcy nowych znaków (ze spacjami!).

Czy ilość znaczy jakość? Trudno mi orzec. Lecz nie ustaję. „Rozciągać trzeba jak cholera, czyśmy to jacy tacy”, że tak strawestuję słowa jednej z moich ulubionych Zielonych Gęsi (o tym, jak to książę Pepi zrezygnował z zamiaru wskoczenia do Elstery i w zamian przeniósł się na Ziemie Odzyskane).

Mózg porozciągałam sobie ostatnio również w ramach odpowiedzi na apel „Recenzji Agi” (na fejsbuku, rzecz jasna, wszak gdy cię tam nie ma, to nie istniejesz) – by nadsyłać teksty z refleksjami i wspomnieniami dotyczącymi świąt Bożego Narodzenia. Trochę przepisałam z „Peluni”, trochę dopisałam nowego, opatrzyłam starutkim zdjęciem, na którym rodzice trzymają mnie i brata na rękach, a w tle – choinka w naszym mieszkaniu, w domu mojego dzieciństwa nad Lubicą… I wczoraj Aga zamieściła mój tekst, już go można czytać na fejsie.
A ja zamieszczam go tu: https://nietypowerecenzje.blogspot.com/2017/12/spotkanie-swiateczne-z-hanna-bilinska.html

O STRYJEŃSKIEJ I SŁOWIKU

Za oknem późnolistopadowa mgła, a ja się naprzepisywałam. Przez dwa popołudnia, skwapliwie wyszukawszy wcześniej stosowne fragmenty, wklikiwałam je do komputera, by zamieścić w niecodzienniku. O, tu: https://wp.me/P3waVI-19e

Jak wspominałam wcześniej, autorka książki o Zofii Stryjeńskiej obficie ilustruje biografię zapiskami samej Zochy.
Fragmenty przepisałam według chronologii. Bez trudu daje się z nich wyczytać biografię malarki, jej poglądy, wybory życiowe i artystyczne, postrzeganie świata, opinie o bliźnich.
Zachwycił mnie język Stryjeńskiej, miała nie tylko talent plastyczny, ale i łatwość pisania. Dowcipnie i lekko, choć z upływem lat coraz bardziej zgryźliwie. Tak, życie miała bujne i niełatwe, a często wręcz karkołomne. Jednych to hartuje i uczy pokory, innych zatruwa coraz większą goryczą. Stryjeńska to ten wariant kobiety, która z upływem lat robi się coraz bardziej zgorzkniała.
Ciekawe, jaka ja będę. Właściwie – już jestem.  Nie miałam karkołomnego życia, więc łudzę się, że z pyskatej, zadziornej, głośnej Hanki stałam się już tylko małym toporkiem o stępionym ostrzu. Że z wiekiem łagodnieję, jak moja mama Pelunia. Ale czy tak jest w istocie?

„Słowik” to powieść Kristin Hannah, którą właśnie skończyłam czytać. Nie wiem, czy to wielka literatura, ale ja wciąż jestem pod wrażeniem.
Słowik (Rossignol) to nazwisko jednej z bohaterek, a zarazem kryptonim wojenny. Niby wszystko to od dawna znane: Francja podczas drugiej wojny światowej, wielka miłość, francuski ruch oporu, obóz koncentracyjny, tchórzostwo i heroizm, okrucieństwa Niemców i ratowanie Żydów. Napisane najzwyczajniejszym językiem, bez podniebnych lotów zawiłej metaforyki, a jak wciąga.
Chciałabym TAK UMIEĆ PISAĆ.

ACH, ARTYŚCI

ACH!!! To nie jest kraj dla starych ludzi.
Świat się kończy, a co najmniej wariuje. Właśnie nabiła mnie w butelkę telefonia Orange. Ja z kolei dałam tejże telefonii nabić trochę kabzę, wydzwaniając interwencyjnie do jej konsultantów, z próbą wyjaśnienia sprawy. Onegdaj miły pan (bodaj trzeci, któremu wreszcie udało się mnie podejść) w ramach przedłużenia umowy abonenckiej obiecywał mi przez telefon cuda wianki, a po kilku dniach w przesyłce kurierskiej dostałam siano. Szczegółami mojej epopei nie będę zanudzać. Sprawa jest na etapie odstąpienia od umowy (wysłałam stosowne kwity), a co dalej, zobaczymy.
Swoją drogą, ci państwo konsultanci – jakaż maestria. Jaka sugestywność w przekonywaniu, ileż uprzejmości, ileż gołosłownego wdzięku, ile potem sprytu w odsyłaniu od Annasza do Kajfasza, z jaką cierpliwością, empatią wręcz! Profesjonaliści. Ba, artyści.

Ach, „Stryjeńska, diabli nadali”.
Skończyłam czytać biografię Zofii Stryjeńskiej, pióra Angeliki Kuźniak.
Bohaterka książki to artystka stuprocentowa, rozdarta pomiędzy pracą twórczą (niekiedy ciężką fizyczną harówką), a obowiązkami matki (pełnionymi zresztą, przynajmniej jak na dzisiejsze standardy, w sposób co najmniej kontrowersyjny). Kobieta o niebanalnej urodzie, piekielnie inteligentna i zdolna, obiekt podziwu mężczyzn – zamknięta samotnie w zimnej pracowni lub, co gorsza, w szpitalu dla umysłowo chorych. Bywalczyni kawiarni i salonów przedwojennych elit artystycznych i towarzyskich – i umordowana lawirantka ciągle walcząca o byt (kombinacje, jak zdobyć kolejną pożyczkę, w jaki sposób odroczyć termin spłaty czy wręcz uciec przed wierzycielami – niczym w powieści sensacyjnej).
Dla mnie też dodatkowy smaczek – są w książce spore fragmenty dziennika Stryjeńskiej. Zocha świetnie malowała, ale jak ona pisała! Z jakim wdziękiem i mistrzostwem słowa. Nim odniosę książkę do biblioteki, muszę wynotować co celniejsze perełki.

Ach, Odessa.
W piątek byłam w teatrze. Czytaj dalej