JAKO WIELE POMYSŁÓW, KTÓREŚ DOŚCIGAŁ WŁÓCZNIAMI

 Na zdjęciu – z grupą przyjaciół w mieszkaniu Eli Sy, za chwilę będziemy słuchać płyty Niemena.

Czesław Niemen wielkim artystą był.
Wczoraj i dziś, z okazji 80 rocznicy urodzin, w Trójce grano masę jego piosenek. I te z początków jego kariery, i późniejsze, do tekstów Norwida, Asnyka, Iwaszkiewicza, Tuwima. Kompozycje do filmów i teatru. Eksperymenty muzyczne. Fascynacja muzyką Wschodu. Fragmenty koncertów.
Uczta dla fanów. Podróż sentymentalna dla takich jak ja – od wczesnej młodości towarzyszyły mi te utwory, wychowałam się na nich.

„Bema pamięci żałobny rapsod” – znam niemal każdy dźwięk i każde słowo utworu. Słuchając go wczoraj (nadano tę dłuższą, kilkunastominutową wersję), pomyślałam, że jej kompozytor i wykonawca nie był zwykłym piosenkarzem. Nie był nawet pieśniarzem. Był – zjawiskiem pt. Czesław Niemen. Twórcą – paradoksalnie, bo przecież taki znany – osobnym, nie dla wszystkich.

Lecz artyście nie zależało na łatwej popularności. Nawet nie na międzynarodowej sławie. Podobno mógł być solistą grupy Blood, Sweat and Tears (miał taką możliwość) – czy jednak wówczas pozwolono by mu realizować wyłącznie własne wizje? Przypominano archiwalne wypowiedzi Niemena na temat jego kariery. Niektóre dosyć gorzkie. Pytany, czy jest zadowolony z tego, co osiągnął, odpowiedział: tak i nie. Miał świadomość, że publiczność na koncertach chciałaby słuchać przebojów w rodzaju „Płonącej stodoły”, a on wolałby nie schlebiać czyimkolwiek gustom. Był artystą bezkompromisowym. Takim zawsze najtrudniej.
Dziś wprawdzie uważany jest za klasyka, a „Dziwny jest ten świat”, z wciąż aktualnym przesłaniem, bił i bije rekordy popularności – a jednak, tak jak kiedyś długo nierozumiany i niedoceniany Norwid, również Niemen ze swoją muzyką nie doczekał się należytego uznania.
Może jego spuściznę doceni dopiero „późny wnuk”.

Reklamy

COŚ SIĘ ZACZYNA DZIAĆ

Luty. W Lubniewicach niezimowy, pogoda malaryczna. Człowiekowi nie chce się ruszać z domu ani ruszać głową. Ale się zmuszam i trochę ruszam. Do lasu. A głową – ostatnio nawet dość intensywnie. Dopisuję coraz to nowe kawałki do „Peluni” i dniami i nocami miele mi się w głowie niczym w tym młynku na fotografii. Choć coraz mocniej się obawiam, że to już ględzenie starej ględy…
(a młynek jest nasz domowy, przedwojenny, „poniemiecki”)

Ponadto czytam „Winne miasto” i napisałam haniową recenzję-nie-recenzję. Ale na razie ciii, bo to się ma ukazać w „Inspiracjach” Eugeniusza Kurzawy i zapewniłam redaktora, że prócz kilku osób na mój blog nie zagląda pies z kulawą nogą. Jednakowoż gdyby kto był ciekawy, tekst znajdzie w niecodzienniku:
https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/miasto-win/

Poza tym dzieje się „coś” w jeszcze innej sprawie „literackiej”, tzn. po przymiarkach wstępnych jestem u progu podjęcia decyzji, żeby ruszyło z kopyta. Na razie jeszcze większe ciiii, żeby nie zapeszyć!

IRYTACJA PISARKI DOMOWEJ

Czytam „Rok królika” Joanny Bator. Właściwie należałoby powiedzieć: brnę przez „Rok królika”. Przedzieram się z irytacją przez te wszystkie surrealizmy i fantasmagorie, co rusz się potykając, i a to się zachwycę, a to skrzywię nos. Ale zacisnę zęby w tym pościgu za królikiem i doczytam do końca, bo chcę poznać wyjaśnienie Tajemnicy – choć wiem, że autorka zostawi mnie z „a interpretuj sobie, jak chcesz”.

Nie budzi we mnie grozy miasteczko grozy Frankenstein vel Ząbkowice Śląskie. Nie fascynuje mnie ekscentryczność i symbolika rodem z „Alicji w Krainie Czarów”, choć gdy byłam dzieckiem, Disneyowska „Alicja” bardzo mi się podobała.
Kompletnie nie potrafię się utożsamić z bohaterką. Nie czuję się częścią jej – naszego? mojego nie! – świata.

A może irytuję się, bo zwyczajnie zazdroszczę autorce, że ja tak nie umiem? Z taką szaleńczą wyobraźnią, tak wielopiętrowo pod względem językowym i nawet interpunkcyjnym opisać samotność człowieka (bo chyba to jest powieść o zagubieniu i samotności?!).

Wyżej Bator też nie podskoczę. 😉 Lecz czy naprawdę chciałabym tak umieć, ja, pisząca staroświecko i po bożemu pisarka domowa?
Choć przecież wiem, że dziś najlepiej sprzedaje się to, co „odlotowe” (bohaterka „Roku królika” namiętnie zbiera sensacje z tabloidów i ma już całą kolekcję tytułów w rodzaju „Z biedy użyła ziemniaka jako antykoncepcji. Kartofel wypuścił korzenie.”). Nawet podejrzewam, że Joanna Bator sobie kpi z wydawców i czytelników, którzy z rozkoszą łykną najgorszy chłam, byle stanowił sensacyjną podnietę. Laureatce Nike wolno, zwłaszcza gdy się ma taki talent.

A ja cóż? Mojej napisanej po bożemu „Peluni” nie chciał dotąd nikt, choć podesłałam tekst co najmniej kilkunastu wydawcom. Więc może irytuje mnie także i to, że zbyt łatwo stałam się autorką podciętoskrzydłą i zaniechałam dalszych prób?
Od dawna nawet nie zajrzałam do przygotowanej ongiś listy wydawnictw.
Prokrastynuję, wykonując działania odwlekające i zastępcze. Niektóre może i nawet z pożytkiem, jak np. korekta tekstów do MPK (numer już gotowy, ukaże się pod koniec lutego) czy legend do kolejnej książki kolegi E.K. Ale już stworzenie paru nowych rozdziałów do „Peluni”, prócz „grą na czas”, czym jest? „Ubogaceniem” tej historii czy jedynie świadectwem zapędów grafomańskich jej autorki?

Moja mama urodziła się 24 lutego 1919 roku, niedługo będzie więc „stulecie Peluni”. Coś by trzeba faktycznie zrobić z tymi wspomnieniami o niej. Ale jak pomyślę, że może jedyny kierunek to „selfpublishing”, czuję taką blokadę, jakby mnie osznurowano niczym baleron, unieruchomiając wszystkie członki.

A najbardziej zirytowało mnie – ba, wkur… o! – to, że musiałam calutki ten tekst pisać ponownie, bo znowu, jak już nieraz bywało, kliknęłam w coś nie tak i tekst przepadł w odmętach wordpressu. Już sobie po ostatniej takiej wpadce przysięgałam, że będę pisać na brudno – i proszę, jaka jestem zgniła i niereformowalna.
Choć może z tego ponownego pisania też jest jakiś pożytek: w tzw. międzyczasie spokojnie dokończyłam szykowanie obiadu niedzielnego (dziś kaczka!). A poza tym gimnastyki głowowej nigdy za wiele. 😉

ZAROBIUNO

Czyli „zarobiona, zapracowana”. Tak z poznańska wzdychała czasami moja mama Pelunia, przemęczona nadmiarem obowiązków.
Niespełna miesiąc temu była kolejna rocznica jej śmierci, lecz – także „zarobiuno” (w grudniu przedświątecznie, teraz korekcyjnie), nie miałam głowy i czasu na wspomnienia, choć oczywiście one i tak są we mnie.
Za to którejś nocy mama mi się przyśniła. Staliśmy nad nią w kilkoro, leżącą w łóżku, martwą, przykrytą kwiatami i czymś w rodzaju dywanika z równo przystrzyżoną zieloną trawą. Leżała bokiem, nie na wznak. Poszwa na widocznej wśród tej żywej roślinności kołdrze, w malutkie niebieskie kwiatki na białym tle – to była ta sama, jaką mam do dziś, mocno już spraną, uszytą kiedyś rękoma Peluni.
Spod kołdry wystawała stopa mamy, chciałam ją wepchnąć pod przykrycie, otulić. Stopa była ciepła! A moje dotknięcie spowodowało, że mama ożyła. Podniosła lekko głowę, zaczęła się w tym łóżku przekręcać na drugi bok, coś mówić. Zamiast wziąć ją w ramiona, przytulić się do niej, poleciałam szukać lekarza, który potwierdziłby zmartwychwstanie mamy. Nawet znalazłam jakiegoś – grubasa w okularach – ale nim zdążyłam z nim wrócić do Peluni, sen się urwał.
W sumie – całkiem sympatyczny, prawda?

W przerwach w zarobieniu trochę się fejsbukuję, trochę czytam. W tej chwili – „Rozdartą zasłonę” (następne przygody detektywistyczne profesorowej Szczupaczyńskiej; ach, te krakowskie smaczki…).
Niedawno zaś skończyłam „Ucho Igielne”, najnowsze mistrzowskie dzieło Wiesława Myśliwskiego. O nim – w niecodzienniku:https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/opowiesc-o-schodach-zycia-ucho-igielne-wieslawa-mysliwskiego/

(Zima na zdjęciu – z lutego ub. roku;  bo obecnie wciąż czekamy na śnieg)

UWA MUWA

Albo może oowa moowa. Lub ówa mówa? 😀 Dziwnie to wygląda zapisane „po polsku”. Chodzi mi o niezrozumiałe słowa wypowiadane przez Marka Knopflera z grupy Dire Straits w piosence „Money for nothing”. W każdym razie DLA MNIE niezrozumiałe. Po drugiej zwrotce i refrenie, na tle tej swojej obłędnej gitary Knopfler w pewnym momencie mówi to „uwa muwa”.
To był wielki, jeden z największych przebojów zespołu (choć słuchacze Trójki dużo wyżej notują „Brothers in Arms”, co roku I albo II miejsce) –  i w ogóle wielki szlagier tamtych czasów – czyli w roku 1985. Aż 39 tygodni na liście przebojów Trójki (dotarł do drugiego miejsca)! Słuchając Trójki co dzień, oczywiście wciąż słyszeliśmy tę piosenkę na antenie. Rozróżnialiśmy oczywiście poszczególne słowa, zwłaszcza te z refrenu, choć nie bardzo mieliśmy pojęcie, o co chodzi – tyle, że to coś o MTV i muzykach, którzy biorą pieniądze za nic i jeszcze jakieś „cziks” za darmo, nie od razu kojarząc, że chiks to laseczki.
Nasz syn Jasiek miał wtedy roczek z kawałkiem, więc nie rozumiał tym bardziej. Ale słuchając radia wraz z nami, bezbłędnie rozpoznawał tę piosenkę. „Uwa muwa” – cieszył się, gdy ją nadawano i wręcz czekał, by wraz z solistą wypowiedzieć te słowa. Od tamtej pory i dla nas utwór „Money for nothing” nosi tytuł „Uwa muwa”.
A nasz syn został anglistą.

„Uwa muwa” w dzisiejszym, 25 Trójkowym Topie Wszech Czasów zajęła 59 miejsce. Czyli – w połowie stawki. Na miejscu drugim – „Brothers in Arms”.
Zaś na pierwszym miejscu – co za niespodzianka! – „Bohemian Rhapsody”! Super. Że aż przypomnę mój wpisik z listopada 2016 roku:https://kobietadomowa.wordpress.com/2016/11/24/bohemian-rhapsody/

Do zwycięstwa tego utworu w dzisiejszej edycji topu z pewnością przyczynił się wyświetlany właśnie na naszych ekranach film „Bohemian Rhapsody”. Jeszcze go nie widziałam, może czas to nadrobić.

ZIMA STULECIA

40 lat temu mieszkaliśmy w Płotach koło Czerwieńska, w maciupkim mieszkaniu służbowym: kuchenka + pokój. Zaopatrzeni szczęśliwym trafem w spadku po poprzednich lokatorach w tzw. licznik dwutaryfowy, kuchnię ogrzewaliśmy wielkim piecem akumulacyjnym – też ten spadek po poprzednikach – a czasem także dwupalnikową kuchenką elektryczną po mojej babci, ale używanej rzadziej, bo jeszcze wtedy za bardzo nie umiałam gotować. W pokoju zaś w kaflowym piecu zamontowane były grzałki elektryczne (również ten spadek).
Na sylwestrową noc przyjechali do nas z Zielonej Góry Ala i Marek. Do dziś pamiętam, że na kolację mieliśmy pieczonego kurczaka zakupionego w delikatesach na zielonogórskim deptaku (już nie istnieją), odgrzanego na w/w kuchence z dodatkiem dużej ilości śmietany. Smakował wybornie.

Za oknem coraz bardziej dochodziła do głosu groźna zima, ale graliśmy radośnie w brydżyka i nie obchodziło nas to. Aż do czasu gdy wysiadł prąd i piece zaczęły nam stygnąć, a sąsiad z dołu przyszedł z wieściami z radyjka tranzystorowego, że w Polsce szaleje wybuch zimowy i władze zaraz po Nowym Roku ogłosiły przyspieszone ferie.
Wiadomość o feriach nas ucieszyła, brydż przy świecach, mimo konieczności wdziewania na siebie coraz większych warstw ubrań, wesoło toczył się dalej. Nie pamiętam już, w jaki sposób nazajutrz nasi goście wrócili do Zielonej Góry. Czy kursował jeszcze jakiś podmiejski autobus, czy może pieszo przedzierali się przez zwały śniegu…

Bo przecież tej nocy pociągi stawały w polu w zaspach i ludzie Nowy Rok witali w zimnych przedziałach lub na dworcach. W ten sposób – w pociągu – spędził sylwestra na przykład nasz kolega Eugeniusz K. (tyle że on sobie tego nie przypomina, więc może to był Andrzej W. lub całkiem kto inny – bo przecież sobie tego nie wymyśliliśmy!).
Mimo śnieżno-mroźnego horroru władze nie ogłosiły stanu klęski żywiołowej, choć niewątpliwie ten atak śniegu i mrozu nią był. Tę zimę nazwano natychmiast zimą stulecia, a Filip Bajon nakręcił potem o wydarzeniach końca grudnia 1978 roku film „Bal na dworcu w Koluszkach”…

Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi! – jakby zawołał Villon w swej „Balladzie o paniach minionego czasu”, niekoniecznie tylko zjawiska atmosferyczne mając na myśli… Ja także zimę stulecia wplotłam do mojej „Ballady”. A ponieważ tęsknimy za dawno już niewidzianą białą zimą (byle umiarkowaną!), zamieszczam te fragmenty w zakładce „Opowiadania”:https://wp.me/P3waVI-1nZ

Wszystkim zaś życzę w roku 2019 roku zimy zimowej, wiosny wiosennej, lata ciepłego, jesieni złotej – ale z umiarem i bez horroru!
DO SIEGO ROKU! 🙂

ANTYGONA ODNOWIONA

Na zdjęciu (fot. Bartek Warzecha) scena ze spektaklu w Teatrze Ateneum, na podst. fragmentów „Antygony” w przekładzie Roberta R. Chodkowskiego; Antygona – Paulina Gałązka, Hajmon – Adrian Zaremba (a Kreona gra Przemysław Bluszcz, zaś Ismenę Katarzyna Ucherska).

Spektaklu niestety nie widziałam, za to dziś w  Trójce w audycji literackiej słuchałam rozmowy z Antonim Liberą na temat przełożonych przez niego tragedii Sofoklesa.
Antoniego Liberę znałam dotąd głównie jako pisarza, autora „Madame” (czytałam, mam własną, kto nie czytał, polecam). A jest on także reżyserem teatralnym, tłumaczem, znawcą Becketta (przełożył i wydał wszystkie dzieła).
Nowe przekłady Sofoklesa wydane zostały w dwóch tomach; mnie szczególnie zainteresował ten pierwszy, „tebański”, zawierający „Króla Edypa” „Edypa w Kolonos” i „Antygonę”.
Może uczniom zmuszonym do czytania „kanonu lektur” (i nie tylko im), dzięki uwspółcześnionym językowo przekładom, łatwiej będzie zrozumieć tragedie i wybory bohaterów, spisane przez Sofoklesa przed dwoma i pół tysiącami lat, a jednak wciąż aktualne…

Audycja sprowokowała mnie do refleksji i wspomnień, o czym słów kilka tu: https://wp.me/P3waVI-1nr