RAPORT O STANIE POGODY

Pogoda atmosferyczna – po nieadekwatnych upałach kwietniowych spore ochłodzenie. Ale deszczu nadal prawie zero.
Susza – straszliwa.
Podlewanie – uruchomione.
Wycieczka do Bawarii – tuż, tuż.
Książka – w drukarni.
Czytelnictwo – krótki przelot przez „Politykę” i „Gazetę Lubuską”. Książkowe – zero.
Twórczość pisarska – wyłącznie mailowa (niewiele) i korektorska (dużo).
Pogoda ducha – dolny poziom stanów średnich.

Reklamy

978-83-946173-8-7

Taki mam numer ISBN. Mój własny. Kiedyś, gdy debiutowałam jako jedna z autorów „A wszystko przez tę książkę”, napisałam, że jestem pisarką z 1/13 ISBN. W antologii „Nikomu się nie śniło” ten ISBN się rozdrobnił na jeszcze większą ilość autorów, bo było nas aż dziewiętnaścioro. A teraz w stu procentach mam go tylko dla siebie. 🙂
Okładka jest już gotowa. Jednak – tak ostatecznie zdecydowałam – nie twarda. Za to ze skrzydełkami i bardzo ładna. A PDF z „Pelunią” wkrótce pójdzie do drukarni. Wprawdzie wczoraj nastąpiły w tej sprawie spore zawirowania, bo mnie rozdarło pomiędzy dwiema ofertami drukarskimi, ale w końcu podjęłam decyzję, by już nie robić żadnych eksperymentów.
Więc sprawy się potoczą i chyba powinnam ponaglić Janka, żeby już się zabrał do rzeźbienia dodatkowego regału na te wszystkie egzemplarze, których nie porozdaję.

Lub nie sprzedam? Gienek podpuścił mnie, podsuwając pomysł spotkania promocyjnego, taki jest zwyczaj, napisał. Toż ja właśnie w tym niepromowaniu się widziałam jedną z głównych zalet samowydawania! Ale ziarno już mi zasiał, już kiełkuje. Ba! Jest niemal pewność, że zaowocuje! To kompletny przypadek: wczoraj pan Stefan z gubińskiego SPZG zadzwonił do mnie w całkiem innej sprawie, więc go zagadnęłam i oto: mam się nie martwić, zorganizują mi spotkanie.
W Gubinie. Bo gdzie, jak nie tam?

Na razie cieszę się najnowszymi „Inspiracjami”, numerem 1 (55) pisma zielonogórskiego UTW – wczoraj była promocja w bibliotece im. Norwida, wczoraj też dostałam ten numer w przesyłce. Bardzo porządne pismo! Właśnie w nim zadebiutowałam – recenzją „Winnego miasta” i gubińskimi fragmentami z „Peluni”.
A gdy o gubińskich sentymentach mowa – w biuletynie „Gubin i Okolice” ma się ukazać tekst „Mój Gubin” (jest tu na blogu, w niecodzienniku, tylko go skróciłam i dopracowałam; zapis mojej rowerowej trasy sentymentalnej po miejscach dzieciństwa i młodości).

Tak się przedstawia raport pisarki domowej na koniec pierwszej dekady kwietnia’ 2019. A teraz raport wiosenny:

„Początek kwietnia, jeden z tych miesięcy, które służą za przejście między zimą i wiosną. Śnieg już zniknął, ale nie ukazała się jeszcze zieloność; drzewa są czarne, trawniki szare i niebo szare: wygląda jak marmur poprzecinany srebrnemi i złotawemi nitkami.”
/ Bolesław Prus, „Lalka”/
130 lat temu zima, jak widać, żegnała się znikającym śniegiem, a zieloność drzew i trawników dopiero przymierzała się do startu. Dziś – jaki śnieg? W ogóle go nie było! Wszystko kwitnie wkoło, jakby to był początek maja. Ba, tulipany i forsycje są właśnie w fazie przekwitania.
Zieloność kwietniowa, nieobecna w „Lalce,” nad Arianką roztacza się gdzie sięgnąć okiem. Choć szkoda, że nie na naszych trawnikach, bo wciąż są nienależycie utrzymywane. Trzeba by się codziennie solidnie namachać z grabiami, a ja tylko parę razy posmyrałam – krótko i po wierzchu. Sił mam coraz mniej, lecz głównie doświadczam braku umiaru alergenów. Pyłki wiosenne (teraz najsilniej pyli brzoza) tak dają mi popalić, że ledwo zipię.

Ale co tam. Wiosna jest radosna i tego się będę trzymać. 😀

KOBIETA OHUKNIĘTA ORAZ ZADYMIONA

Ja pierdziu. Niby sprawy z wydaniem „Peluni” już są z górki, a wciąż nie. Redaktorzy się wkurzają, skladacz kazał mnie ohuknąć i w ogóle mam się ogarnąć.
No przecież ja PIERWSZY RAZ wydaję sobie książkę! I się nie znam na procesie wydawniczym! I błędy, które popełniam, wynikają z mojej niepewnośći, niedoinformowania i może też z niepotrzebnej (przez co irytującej) nadgorliwości. Bu.

Dymy, dymy. I dymki. Od kolejnego sczytywania już mnie mdli.
W dymkach nanoszę sugestie w PDF-ie. Dymi mi w głowie. W bardzo bezmózgiej już głowie. Podpisy pod zdjeciami, jakie zaproponowałam, są żenująco bezpolotowe. W ogóle „Pelunia” wydaje mi się w tej chwili słabiutka literacko niczym wypociny pilnej, lecz niekoniecznie utalentowanej uczenniczki klasy ósmej. W ogóle gdybym miała napisać ją od nowa, zrobiłabym to mocno inaczej.

Może lepiej. A może lepsze byłoby tylko wrogiem dobrego.
Nie wiem. Na razie próbuję się ogarnąć.

TRZEBA JEŚĆ ORZECHY!

Ze wskazań endokrynologicznych jem trzy orzechy brazylijskie dziennie. Pomagają tarczycy. A co z mózgiem? Powinnam go wspomagać orzechami włoskimi, lecz zwykle o tym zapominam, bo pamięć mi słabnie. 😦 Zapominam i o stu innych rzeczach. Na przykład po co otworzyłam lodówkę lub szłam do spiżarni. Albo zapowiadam w mailu, że dołączam plik, którego nie dołączam.

Przy okazji przypomniała mi się”mózgowa” piosenka z ukochanej onegdaj płyty grupy Pink Floyd:
The lunatic is on the grass.
The lunatic is on the grass.
Remembering games and daisy chains and laughs.
Got to keep the loonies on the path…
Niemal jak z wizji pewnego kolegi! Postanowił zadbać o wyłożenie ścieżek ogrodowych wygodnymi płytami, by żonie po równym było łatwiej pchać go na wózku w stronę altany, gdzie będzie sobie siedział i już o niczym nie wiedział.

Oczywiście to wizja przyszłości, nie wiadomo jak odległej. Również mojej.To może być nawet miłe i sielankowe, wśród tych wspomnień, dawnych śmiechów, zabaw i stokrotek. Tylko że u nas tyle nierównego naokoło domu! Tyle schodów, coraz bardziej wręcz schodzisk, tyle skarp! Co pocznie ze mną biedny Janek?
Śmieję się, że powinien zepchnąć mnie ze skarpy prosto do Arianki, choć nie bardzo mi do śmiechu.

O mózgu – niby jeszcze na fleku, choć już coraz starszym, napisałam tu: https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/dwadziescia-cztery-i-z-gorki/

„And if the dam breaks open many years too soon”?…

ŚWIATŁO

Cóż, kocham światło. Promieniem,
jak umiem, wiersze obdzielam.
O gdym mógł, tobym zmienił
cały świat w jeden kandelabr. (K. I. G.)

I chyba widać już światełko w tunelu…  😀

Ostatnio niczym pan prezydent (nie napiszę „nasz”, bo na niego nie głosowałam) stale się czegoś uczę. Nauka ma związek z toczącym się już procesem wydawania „Peluni”.

Na przykład layout, blacha, dymki i wakat vel światło. No, aż taka nadgorliwa w tej nauce nie jestem, layouta jeszcze nie sprawdziłam, bo co, jeśli się naszukam i „zostanę z tym angielskim jak głupia”? (to powiedzonko przypisuje się wielu osobom, ja je znam w wykonaniu Jana Nowickiego). Blachy też nie szukałam, ale się domyślam z kontekstu, że to pusty jeszcze ciąg dalszy wizerunku książkowych stron w pliku pdf. A dymki w tymże pliku (czyli okienka na dopisanie uwag) rozkminiłam i zastosowałam wczoraj – po raz pierwszy w życiu!

Wakat zaś to niezadrukowany kawałek strony bądź ona cała przed kolejnym rozdziałem (którego początek – zawsze po prawej stronie). Kol. Redaktor E. K. nazywa wakat światłem, co bardzo mi się podoba. Miałam zdecydować, czy druk ma być ciurkiem, czy z wakatami. Oczywiście że wybrałam ten drugi wariant, nawet jeśli pomnoży to ilość stron (i koszty). Chcę mieć światło w „Peluni”!  ❤

Muszę też decydować o innym tym i owym. Wdzięczność moja względem Gienka i jego opieki merytorycznej rozrasta się w wielkie morze, ale oczywiście trochę marudzę, bo jakiś wentyl bezpieczeństwa mieć muszę. Gdyż oprócz tonięcia we wdzięczności tonę też w stresie. W ogóle stresu w naszym domu ostatnio full. Janek ma szkolny, albowiem został zawezwany na ratunek do szkoły, na pilne zastępstwo. I ratuje, już drugi tydzień. Po tylu latach luziku w emeryckich kapciach! Nigdy nie znasz dnia ani godziny.

Czy okładka (wracam do swoich stresów) ma być miękka ze skrzydełkami? Czy sztywna bez skrzydełek? Gienek kusi sztywną. Korci mnie takowa, lecz – nawet pomijając koszty – czy to nie będzie wyglądało jak (powiedzonko Peluni!): Na wierzchu strój, a pod spodkiem gnój? Mikra zawartość w pięknej oprawie?

Ach, chrzanić te rozdarcia wydawnicze! W końcu to ja jestem „nakładcą” i najprawdopodobniej pierwszy i ostatni raz wydaję sobie książkę, więc niech „Pelunia” ma piękną okładkę.
I dużo światła. 🙂

ŁO MATKO

Gdybym wiedziała, ile to roboty z tym dobieraniem zdjęć do „Peluni” (zwłaszcza dla takiego szpotawca jak ja), to może nigdy bym się nie odważyła rzucać się w głębokie wody samowydawania.
Za późno się do tego zabrałam, idzie mi jak krew z nosa i wciąż nie jest z górki.
Ale nic to. Powiedziałam „a”, to przeczołgam się po następnych literkach alfabetu, ile ich tam będzie trzeba…
Kolega Gienek K. zapewne ma sto procent racji, mówiąc mi, żebym nie szła w kierunku tworzenia „albumu rodzinnego”, bo kogo prócz najbliższych to obchodzi? Gdybym była jakąś celebrytką albo Pelunia skandalistką, to co innego.  😉  A w ogóle to powinnam określić „krąg odbiorców” (jest z mojej półki i nie używa określeń „grupa docelowa” czy tym bardziej „target”).
Ło matko!

Matko, mamo, mamuniu Peluniu – chrzanić targety. Zęby zatnę, a doprowadzę rzecz do końca. Najwyżej zostanę z tymi książkami jak głupia. Janek mi dorobi dodatkową półkę i okej. 😀

ŚWIĘTA MARCOWE

„Dziś jest 11 marca. W kalendarzu już od dawna próżno szukać pod tą datą imienin Pelagii, ale mama twierdziła, że przed wojną zawsze je obchodzono tego dnia – i tylko ta data była dla nas jej świętem. Kończę więc pisać w dniu imienin Peluni. To mój ostatni prezent dla Niej.” I pod spodem: „Lubniewice, 11 marca 2013.”

Tak zakończyłam wspomnienia w roku 2013.
Teraz mamy rok 2019 i znowu jest 11 marca. Kalendarz podaje: Benedykta, Konstantego. Według Peluni obok Konstantego figurowało też jej imię. Więc co roku pod Konstantym dopisuję w kalendarzu: Pelagii.
Konstantego jest kilka razy, m.in. w styczniu, lutym, marcu, sierpniu, listopadzie. Imię pochodzi od „constans” – stały, niezmienny. No, no, no. Czy to pasuje do poety? Najsłynniejszy znany mi Konstanty to przecież Gałczyński. Zapewne stałość i niezmienność równoważył sobie walecznym indywidualistą Ildefonsem. 😉

Kalendarz imion pokazuje, że Pelagię też można znaleźć kilkakrotnie, nawet i w marcu, ale nie 11, a 23, ponadto 9 czerwca, 11 lipca i 8 października. Ba! Według strony internetowej imienniczek.pl również 19 i 21 października – choć nasze domowe kalendarze tego nie potwierdzają.
Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, gdzie podziała się Pelagia z 11 marca.

A jakie informacje o tym imieniu znajduję w necie? Otóż patronką mojej Peluni była żyjąca w II wieku święta Pelagia z Antiochii, która poniosła męczeńską śmierć za panowania cesarza Dioklecjana. Ale jeszcze ciekawsze jest to, że imię wywodzi się od greckiego słowa „pelagios”.
Czyli „marynarz”!!!
No, no, no, no, no!!! Marynarz! Był taki w życiu Peluni i to jak ważny! Ale na imię miał Florek…
„Kiedy bratu i mnie już się wyprostowały wczesnodziecięce kędziorki (szczególnie Andrzej miał sporo tych loczków), mama wzdychała czasem ni to żartobliwie, ni to z żalem: »Ach, gdybym wyszła za Florka, mielibyście kręcone włosy…« Wszyscy się oczywiście śmialiśmy z tego. Tata Bilinek również. Uważał te Pelunine sentymenty za nieszkodliwe.”

Gwoli sprawiedliwości dziejowej, marcowo – imieninowej, sprawdźmy też Józefa. O, ten to jest popularny – aż piętnaście razy w kalendarzu! W marcu dwa razy – 1 i 19. A patron Józków, wiadomo, nie byle kto – święty Józef z Nazaretu.
Mój tato obchodził imieniny 19 marca, chyba w najpopularniejszy z tych dni „ku czci”. Urodził się 17 marca, to i nic dziwnego, że mu babcia Stasia przydzieliła tak sławnego patrona.
Niedługo będzie 103 rocznica jego urodzin, a dwa dni później imieniny.

„Najczęściej jednak kupowałam Peluni kwiaty. Doniczkowe! Bilinkowi też. Marzec zapamiętam na zawsze jako miesiąc trzech świąt: imienin Pelagii, Józefa oraz Dnia Kobiet.”
Dzień Kobiet już za nami, ale dzisiejsze imieniny mamy i pozostałe święta marcowe – mojego taty – czczę tym wpisem.

Bilinki kochane, gdziekolwiek jesteście, Wasze zdrowie! ❤  ❤

PS – Hura, hura, hura! Wacek właśnie mi podesłał zdjęcie „Kalendarza Warszawskiego na rok 1773”.
„Ten kalendarz mam w domu. Zauważ, że to jedyne imię tego dnia” – napisał.
I co? BYŁO PELAGII 11 MARCA? Było! Tylko potem gdzieś ją wcięło.

Wacuszko, dziękuję, jesteś kochany!