PERSEIDY NA DZIESIĘCIOLECIE

perseidy_20356089

Wczoraj wieczorem usadowiliśmy się nie na tarasie, a na balkonie – żeby mieć bliżej do gwiazd. Zamierzaliśmy obserwować „deszcz meteorów”, a gdy już z tej okazji nalaliśmy wina do kieliszków, przypomniało się nam, że niedawno, 30 lipca, była dziesiąta rocznica naszego wprowadzenia się do domu nad Arianką. O mały włos, a zapomnielibyśmy to uczcić!
No więc uczciliśmy należycie, długo w noc gapiąc się na niebo i wspominając różne wyimki z naszego tu szczęśliwego dziesięciolecia.
Perseidy, choć niezbyt tłumnie, zapalały nam na niebie jubileuszowe fajerwerki…

Reklamy

DAWNYCH WSPOMNIEŃ CZAR

Tak zatytułowałam tekst w „Opowiadaniach” – który jednak opowiadaniem nie jest. Przeniosłam zatem tekst do niecodziennika. To wspomnienia związane z naszym przyjacielem. Jego żona na jubileusz 60-lecia wymyśliła mężowi prezent w postaci jednoegzemplarzowej książki zawierającej wspomnienia jego znajomych. Jubilat to Eugeniusz Kurzawa, poeta i długoletni zielonogórski (już były, obecnie wolsztyński) dziennikarz. Na jego imprezie jubileuszowej, która miała miejsce w styczniu i była (wraz z książką) dla niego wielką niespodzianką, byliśmy i my.
A ja, dzięki pomysłowi ze wspomnieniami, debiutowałam drukiem książkowo! 😉

Tekst w książce wprawdzie sfotografował się kiepsko, ale innego świadectwa mojego „debiutu” nie mam…

jubileusz 035

LUBIĘ LUBNIEWICE

Lato w pełni. W naszej miejscowości sporo turystów. Cieszę się, że Lubniewice znowu kwitną.

LCE
Trafiłam tu przed laty, sprawdzając anons na uczelni. Janek był wtedy w armii po studiach i od pewnego czasu szukaliśmy miejsca na osiedlenie się. Góry odpadły. I dobrze. Zawsze wolałam wodę. 🙂
Szkoła w Lubniewicach chciała zatrudnić nauczycieli o naszych specjalnościach, oferowała mieszkanie, a nawet kilka do wyboru.
Przyjechałam tu autostopem. Był 25 maja, piękny, słoneczny dzień. Zanim trafiłam do dyrektora szkoły, przewędrowałam przez całe niemal miasteczko. Właściwie wtedy jeszcze wieś, bo prawa miejskie odzyskały Lubniewice w r. 1994. Uliczki z kocimi łbami, nierówne chodniki, stara poniemiecka czerwona szkoła… Ale co tam! DWA JEZIORA! (a trzecie tuż obok). Miejscowość malowniczo położona pomiędzy nimi. Szłam zachwycona i takoż zachwycona, po dogadaniu się z dyrektorem, relacjonowałam potem Jankowi moje pierwsze wrażenia.
Tak przedstawia się historia naszych lubniewickich początków. Dziś jesteśmy starymi, zakorzenionymi lubniewiczanami, wciąż zachwycającymi się urodą tego miejsca.
O lubieniu Lubniewic napisałam w ub. roku tekst, dotąd niepublikowany (choć są pewne zajawki…). Zamieszczam go na stronie „Opowiadania”.

WOLĘ TARAS

taras

Porannie – kawa i słońce z lewej, przebijające się przez pergolę obrośniętą winoroślami. Wieczornie – piwo i słońce z prawej, pomału znikające za domem sąsiadów. Naokoło żółtawa zieleń ligustrów i brunatna czerwień berberysów okalających taras. Daleko na wprost: sad, pola zielone, las…

W ciągu dnia – ogród. Odchwaszczanie, wycinanie, przesadzanie. Przedwieczornie – podlewanie kwiatów i winorośli.
To są teraz moje zajęcia. W pewnym sensie kreatywne i artystyczne nawet, mimo że nie pisarskie. Moja wena gdzieś sobie odleciała, ale nie martwi mnie to wcale. Wolę taras.
Dziś sączyliśmy wieczorne piwo ze świadomością, że jutro będzie najdłuższy dzień w roku, potem już poleci w dół…

Trzeba celebrować takie chwile.
I tyle na dziś. 🙂

01-08-08_171812

W ŻAR EPOKI UŻYCZĄ WAM CHŁODU TYLKO DRZEWA, TYLKO LIŚCIE

areianka„Ze wszystkiego, co żywe na świecie, najbardziej bezbronne są rośliny. Cierpią w milczeniu i za to je kochamy. Bez wołania o pomoc znoszą wyrywanie z korzeniami, obcinanie kwiatów i zrywanie owoców. Nauczyć się tego samego jest najlepszym wyjściem człowieka.
Jeżeli masz kawałek ziemi – masz szansę. Obcując z roślinami, staniesz się jak one niezależny i spokojny w cierpieniu i w szczęściu. Posiądziesz tajemnicę istnienia, którą one posiadają.
W oddaleniu od chaosu tonącego świata schronisz się w miłości do twoich kwiatów, drzew i owoców. W ich cieniu możesz bez wstydu płakać i śmiać się. Otoczą cię cichą opieką barw, które lubisz i kształtów, które podziwiasz. Rośliny są doskonałe zarówno w prostocie, jak i w bogactwie.
Siedząc w zielonym schronie, jesteś Bogiem twoich roślin. Modlą się do ciebie każdym nowym, delikatnym jak niemowlę liściem. Wdzięczne za wodę w czasie suszy, za troskliwość podczas choroby, wypłacą ci uspokojeniem i wyciszeniem wewnętrznego rozdygotania zabijającego twoją istotę.
Pieląc chwasty, pielisz zło w sobie.
Jesteś Bogiem twoich roślin, a one są twoim Bogiem.
Bóg jest ogrodnikiem istnień, a ty jesteś podobizną Boga.
Tylko tak rozumując, możesz pojąć istotę świata i krótką teraźniejszość przed powrotem tam, skąd przyszedłeś. (…)
Bez nienawiści pomyśl o ziemi, która cię przykryje.”
Słowa te trzysta lat temu napisał Pers, Abdul Assad Saadi Salman. Nawet nie wiem, czy istniał naprawdę, czy tylko wymyśliła go Krystyna Kofta, nieistotne. Znalazłam te słowa w jej książce  „Ciało niczyje” i prawie w całości tu przytaczam.
Nie jestem rozdygotanym dzieckiem betonowego miasta. Aż do matury mieszkałam w arkadyjskim miejscu nad rzeką, nad którą rosły wierzby płaczące i bzy.  Miejsca mojego życia to małe miejscowości – pomijając pięć lat studiów w mieście wojewódzkim średniej wielkości, zresztą też bardzo zielonym…
Nie ma też we mnie – chyba – wielkiego zła. A może wypleniam je z siebie, pieląc chwasty? Nigdy nie lubiłam ogrodowych prac, ani w dzieciństwie, ani potem, gdy sama stałam się właścicielką ogrodu. Otoczenie domu jednak musi jakoś wyglądać, więc coś tam grzebałam z konieczności przy kwiatach i krzakach. Odchwaszczanie to była moja największa zmora.
Ale od jakichś dwóch, trzech lat zauważam zmiany. Coraz bardziej lubię „ryć w polu”. I radość z posiadania ogrodu mam coraz większą. Paradoksalnie zresztą – bo sił do tego rycia coraz mniej… Pomalutku, pomalutku jednak – codziennie choć trochę, codziennie coś.
A nad Arianką drzewa i liście, jak w piosence Jonasza Kofty, udzielają nam schronu, szczególnie teraz, gdy nastały upały. Zresztą i wokół domu, i wokół tarasu coraz bujniej, coraz zieleniej. Coraz piękniej.
Może to zabrzmi  zbyt górnolotnie – ale myślę, że od tej zieleni, od tych zachwytów dla oczu i serca – piękniej i we mnie.

KRÓLIK W SZPARAGACH – DANIE ODGRZEWANE

Na konkurs „Kobiecym okiem”, zorganizowany kiedyś przez nasz DK (pisałam już o tym), napisałam dwa opowiadania. Pierwsze, „Mam na imię Nadzieja”, mówiło o relacji synowa-toksyczna teściowa. Odgrzałam potem ten pomysł i rozbudowałam w powieści „Maski”.
Drugie opowiadanie bynajmniej nie było „kobiecookie”, bo wymyśliłam mu męskiego narratora – po nieporozumieniach z dziewczyną przypadkiem z metropolii trafił na prowincję sielską-anielską i zaczął odkrywać jej uroki. Tytułowe „Miłowice” to trochę moje miasteczko i jego okolice, bohaterowie oczywiście są fikcyjni (choć nie całkiem i nie wszyscy…).
To opowiadanie odgrzewałam dwa razy. Najpierw – trochę tę historię zmieniłam i przede wszystkim – skróciłam do 18000 znaków, bo takie były wymogi kolejnego konkursu („PIN i zielonym” – pisałam już o tym). Tak powstał „Królik w szparagach”.
Po raz drugi odgrzałam „Królika”, tym razem już bez istotnych zmian, w trakcie trwania konkursu „romansowego” na FB. Bo przecież ta historia jakieś tam romansowe treści zawiera.
Zamieszczam to opowiadanie na stronie „Opowiadania”. Może spodoba się komuś, kto tak jak ja kocha jeziora i małe miasteczka.  Zapraszam do lektury.

szparagi