LEDWO ZIPIĘ, CHOĆ NIE W MASCE


Strach się bać. Trzecia fala pandemii nie słabnie. W tzw. przestrzeni publicznej coraz bardziej wkurza mnie widok osoby bez maseczki lub z tąż zsuniętą pod brodę. Długo było mi głupio zwracać komuś takiemu uwagę, lecz wreszcie zaczęłam to robić. Dwu- czy nawet trzykrotnie. Oczywiście grzecznie. Skoro mogę ja się osmarkać pod tą maską, ledwo co widzieć przez zaparowane okulary – dlaczego kto inny miałby się uważać za lepszego i zwolnionego z obostrzeń? A uważają się, niestety… 😦
Jednak nie o tym chcę dziś pisać.

Na dworze kwiecień przeplata śniegiem na całego, bo ciepły i wiosenny czas odbył się już w marcu, a nawet pod koniec lutego. Wiosno, wróć!
Lecz o pogodzie też tylko tych kilka słów.

Bo temat główny to HANIA W GALOPIE:
1. Finalizują się sprawy wydawnicze:
a. to tu, to tam coś wyłapie moje lub redaktorskie oko
b. wybór okładki
c. notka taka, notka siaka
d. biogram
e. skład, wlanie, światło
f. obfita wymiana maili – oj, dzieje się, dzieje!
2. Korekty do MPK oraz dla Eugeniusza K. (te robię niemal w biegu).
3. A przecież żyć trzeba.
4. I uważać na siebie! wróg u bram, pandemia wokół…
5. O, znowu śnieg pada.

Czy ja pisałam, że moja powieść „Wbrew pozorom” – to dawne „Maski”? Chyba nie pisałam. Więc piszę.
To już powieść niemaskowa z tytułu (przecież w dobie masek pandemicznych od razu by się kojarzył z covidem!), jednak nadal dawny sens zawierająca. Zresztą mocno już inna niż pierwowzór, bo „na przestrzeni lat” (a zwłaszcza na początku tego roku) nieco, a nawet momentami bardzo się pozmieniała – to znaczy ja ją pozmieniałam sama, a na koniec z uwzględnieniem różnych, raczej drobnych, uwag redaktor Iwonki.

Okładka chyba już ostatecznie została przyklepana, jedna spośród wielu propozycji pana grafika – ale zrobię sobie przyjemność i w następnym wpisie zamieszczę je wszystkie.

Tyle na dziś, bo muszę wracać do zajęć.  😉
PS – Wbrew pozorom to nie jest koniec opowieści masko-wbrewpozorowych, zatem c.d.n.

PPS – Zamieściłam „okładkową orgię”, ale szybko usunęłam, bo to nie było lege artis (info dla Uli; przepraszam, bo jednocześnie usunięte zostały komentarze).

JUTRO POPŁYNIEMY DALEKO

Przed świętami nadeszła przesyłka z kajakiem. Dzisiaj wiosła. Niech no się tylko ociepli, robimy start! Na razie na jezioro. Ale marzy nam się przynajmniej trzydniowy spływik. No i sezon ogniskowy wciąż niezainaugurowany!… Czas najwyższy.

Wiosno, nastąp wreszcie na całego. Trzecia falo zarazy, odpłyń, pandemio, precz. Proszę won!!!

I wiosła w dłoń! 😀

DUET ŚWIĄTECZNY


Przed Wielkanocą malujemy pisanki-wydmuszki, potem wiszą pod lampą do Bożego Narodzenia, wymieniane na aniołkodzwoneczki, te z kolei wiszą do Wielkanocy – i tak w kółko od lat. Kiedyś malowaliśmy te jajka z dziećmi, dziś zwykle w duecie.
Lubię nasz duet. Bardzo! I nie tylko od święta. Lubię te wspólne przygotowania. Jednak szkoda, że przy wielkanocnym stole znów będzie nas tylko dwoje. Opcja duetu jest wygodna, kameralna, spokojna, ale… 😦
To już kolejne takie święta. Pandemio, precz! Trzecia falo, odpłyń czym prędzej! Normalności, wróć!

Moje pisanki zwykle są banalne, z rzadka tylko mam czas i cierpliwość, by namalować coś ambitniejszego. Za to Janek swoje robi w trymiga, ale nie w tym rzecz, by mozolić się długo, tylko w koncepcji! Już od dawna nudzą go zwykłe kolorowanki. Stara się być na czasie. W ubiegłym roku jeden z pomysłów to był… koronawirus. Kto wtedy by pomyślał, że temat nie odejdzie w przeszłość, tylko spotężnieje?!.. 😦
Sporo się wydarzyło w czasie minionego roku. Pandemia coraz większe zbierająca żniwo, szczepienia, protesty w Polsce, strajki. Nie mogło tego zabraknąć na Jankowych pisankach. 😉 Patrz: zdjęcie główne.

Palma czeka od tygodnia, koszyczek właśnie skończyłam szykować, wszystko przygotowane, jajka, wędliny, sałatka…
Jak każdego roku, choć znów będziemy się dzielili jajeczkiem tylko w duecie. Ale i ciesząc się, że trwamy. 🙂

Z OKAZJI ŚWIĄT (I NIE TYLKO) – ZDROWIA I NADZIEI!

RADOŚĆ WZRUSZAJĄCA

 Zadzwoniła dziś do mnie moja Pani Profesor. Polonistka, która uczyła mnie w liceum, i dzięki której ja poszłam na studia polonistyczne, a potem jako nauczycielka też miałam coś z niej…

Historia naszej znajomości jest następująca:

Pani Stefania D. uczyła mnie przez cztery lata w LO. Była sroga i wymagająca. Ja, średniak licealny, leń do nauki, głównie płynący z prądem i liczący na szczęście, matoł matematyczny itd. itp. – miałam tylko jedną ambicję: być dobra z polskiego. A jeśli się da, to i najlepsza. Długo na to pracowałam. Oceniali nas wtedy cztery razy w roku (tzw. stopnie na okres – trzy razy i ostatni – na świadectwie). Przez cztery lata razy cztery razy na rok żebrałam u pana od matematyki o szansę na poprawienie pały (zawsze na szczęście się litował) i starałam się uparcie o tę piątkę z polskiego. Aż siedem razy wciąż wg pani profesor na nią nie zasługiwałam, nim wreszcie – dostałam ją! Ozdobiła moje świadectwo z drugiej klasy. Mało nie umarłam ze szczęścia, zresztą nie tylko z powodu tej piątki. Również dlatego, że w ogóle zdałam! Miał w tym udział dzwon Zygmunta w Krakowie, którego serca dotknęłam podczas szkolnej wycieczki z dwoma życzeniami: żebym zdała do następnej klasy i żeby mój Pierwszy Największy Ukochany odwzajemnił moje uczucie. Eskalowałam! Dzwonowi wystarczyło łaskawości na spełnienie tylko jednego życzenia – wybrał to pierwsze. Odbierając świadectwo z piątką z polskiego i z tróją z matematyki, byłam tak szczęśliwa, że po uroczystej akademii poleciałam do nauczycieli z aż trzema dziękczynnymi wiązankami róż: dla wychowawcy za całokształt, dla matematyka w podzięce za tę tróję i dla pani od polskiego z wdzięcznością za tę wymarzoną ocenę.

I co? I w trzeciej klasie najpierw nie przeczytałam czegoś tam i się plątałam, odpowiadając na lekcji, więc dostałam pałę, a drugą za to, że solidarnie z całą klasą nie nauczyłam się recytacji jakiegoś wiersza, lecz odpytana miałam być akurat ja! („Mam nadzieję, że przynajmniej ty się nauczyłaś?”!!!). Więc z mojej ukochanej piątki na pierwszy okres w klasie trzeciej zrobiła się trója… Jedyna wśród innych trój, której naprawdę się wstydziłam. Potem już się pilnowałam i miałam wyłącznie piątki, zwłaszcza w czwartej klasie, ale np. gdy któregoś razu wszedł do naszego gabinetu polonistycznego pan od matematyki z tekstem o mnie: „To pani pupilka?” (oj, chyba mnie Pani Profesor nieraz broniła na radach pedagogicznych!…), odpowiedziała ze spokojem: „Bilińska jest dobrą uczennicą”. Tylko tyle! Aż miałam żal… Zbliżała się matura, a ja z tą matmą wciąż byłam na bakier.
Jednak zdałam. Z tróją z matematyki z litości (na egzaminie pisemnym dostałam ściągę, ale na ustnym dałam popis matołectwa) i z piątką z polskiego.

No i poszłam na polonistykę. Dopiero na egzaminie wstępnym, tzn. na giełdzie przed wejściem na ustny, zorientowałam się, jak jestem obryta! To dzięki lekcjom Pani Profesor, kółku polonistycznemu i mojemu upartemu ku tej piątce dążeniu. A po studiach nie zostałam pisarką ani dziennikarką, tylko zwykłą nauczycielką. Lecz polonistyczno-belferskie ziarno zasiane przez Panią Profesor kazało mi nie być nauczycielką byle jaką i, mam nadzieję, nie byłam nią.

Któregoś razu, już jako polonistka z kilkuletnim stażem, napisałam list do mojej Pani Profesor. Jak polonistka do polonistki. 🙂 Potem się widziałyśmy na uroczystości pięćdziesięciolecia liceum i powiedziała mi, że zachowała ten list… W dużo późniejszych latach spotkałyśmy się na specjalnie umówionym „szczycie” – zorganizowała to spotkanie moja koleżanka z klasy, mieszkająca w Gubinie. Siedziałyśmy we trzy w kawiarni i wspominałyśmy dawne czasy… Umówiłyśmy się na następne. Niestety zostało odwołane z powodu jakichś problemów zdrowotnych czy rodzinnych pani Stefanii.

I znów minęło kilka lat. Gdy w grudniu 2019 wybierałam się na „Peluniowe” spotkanie w Gubinie, zabrakło mi odwagi, by zaprosić na nie Panią Profesor… Właściwie do dziś tego nie rozumiem, ale trudno, stało się. Rok później, czyli pod koniec 2020, naprawiłam ten błąd. Wysłałam Pani Profesor moją książkę w prezencie świątecznym, z dedykacją i z dołączonym do przesyłki listem.

Za jakiś czas dostałam list od niej! Oczywiście też go zachowałam. A chcąc podziękować, zadzwoniłam. Była w domu, odebrała, długo rozmawiałyśmy.
A dzisiaj – ona zadzwoniła do mnie! Z życzeniami świątecznymi, wszak to Wielki Tydzień i zaraz Wielkanoc. Gdy na telefonie domowym wyświetlił się jakiś nieznany mi numer i Pani Profesor się przedstawiła, z zaskoczenia, wzruszenia, radości niemal odebrało mi mowę. Ale szybko się rozkręciłam. Długo rozmawiałyśmy. Już nie jak dawna nauczycielka z dawną uczennicą. Już nie jak polonistka z polonistką. Raczej jak emerytka z emerytką. Jak kobieta z kobietą. Jak dwie panie z bagażem doświadczeń życiowych.
Bardzo to była dla mnie ważna i miła rozmowa. ❤

Moja dzisiejsza największa radość. 🙂

WOREK Z RADOŚCIAMI

Mam nadzieję, że wczorajszym wesołym wpisem otworzyłam worek z radościami. 🙂 Oto co w ramach tych radości napisałam przed chwilą na fejsbuku (bo już nie chce mi się silić na coś nowego):

WBREW POZOROM… 🙂
Wbrew pozorom kobieta domowa, którą jestem, stojąc przy garach (co lubię) i mając zajęte ręce – głowę może mieć twórczą.
Wbrew pozorom emerytka bawiąca się słowem głównie w celu rozciągania mózgu – może zadebiutować jako powieściopisarka.
Wbrew pozorom – ogromnie, przeogromnie się z tego cieszę.!!! 😃
Moja powieść „Wbrew pozorom” ukaże się już 19 maja br., wydana przez Oficynę Wydawniczą Silver.

To pierwszy mój wpis z serii WBREW POZOROM. Będę kontynuować.
Fotka też ta sama, którą ozdobiłam fejsowy wpis – ale zamieszczam ją i tu, bo uważam, że jest przecudna. Zrobiła ją JolaJola podczas ostatniego z naszych spływów litewskich. Mimo że pstryknęła mi ją w momencie, gdy głowiłam się nad jakimś hasłem z jolki, wyglądam na niej bardzo pisarsko, prawda?
😀

NIENAWIDZĘ MIEĆ GORĄCZKĘ

Halo, MAGDA! Dzwonię do Ciebie. Ten wpis, wbrew tytułowi, będzie radosny – na Twoje specjalne życzenie. Faktycznie, trochę ostatnio smuciłam, a przede wszystkim daaawno nie pisałam. Pora to zmienić. 🙂 Radośnie donoszę Ci zatem, że dobrze zniosłam szczepienie. 😀

W reakcjach poszczepiennych najbardziej bałam się wysokiej gorączki. Dla mnie 38 stopni to już kosmos. Nienawidzę jej. Na szczęście tylko przez jedną noc mnie męczyła. Nad ranem pogoniłam ją wreszcie tabletką, a w ciągu dnia już tylko cichutkim pukaniem dobijała się do mnie, ale jej nie otworzyłam i sobie poszła. Dziś już czuję się znakomicie. 🙂

Dedykuję Ci zatem mój wesoły wpis. Mam nadzieję, że Twój tato też w miarę dobrze zniósł szczepienie. Pozdrów go! ❤

19 LUTEGO 2021

44 rocznica naszego ślubu. Obchody pandemiczne – czyli na wynos. 😉 Fotoreportaż.

Pizza b. smaczna Diabolo i Capriciosa z baru Hawaje Beach w ośrodku nadjeziornym Magic Camping. Wino Rijoja Gran Familia.

Mieliśmy w zamiarze wyjazd rocznicowy do Łagowa i tam jakiś wypas w restauracji Zamkowej – ale przecież wszystko pozamykane, bo pandemia nadal rzuca kłody. Więc po co jechać – po jakąś kawę i ciastko na wynos? Lepsza miejscowa pizza przy własnym stole.
Ponadto wczoraj i dziś przepisywałam z pamiętniczka zapiski rocznicowe – są w niecodzienniku, jeśli kogoś to interesuje, zapraszam: https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/kazdego-roku-jest-19-lutego-czyli-kilkadziesiat-wyimkow-z-naszych-rocznic/

Mam nadzieję, że ciąg dalszy tych notatek jubileuszowych nastąpi. 🙂

CIEKAWOSTKA GUBIŃSKO-GUBEŃSKA

Albo bardzo długo nie piszę, albo od razu dwa teksty jednego dnia.
Ale bo też przypadkiem natrafiłam w moich „szkicach” (nawet nie pamiętałam, że coś takiego tam ukryłam) na ciekawostki gubińskie.
Zamieściłam je więc w niecodzienniku – „Było, minęło…” Zapraszam. 🙂
https://wp.me/P3waVI-1bv

PS – Gubin – przed wojną Guben – był perłą Łużyc! Zdjęcie pokazuje centrum ze zwartą zabudową, ale miasto otaczały wzgórza, sady, winnice, liczne winiarnie… Ach. Długo mogłabym wymieniać. Se ne vrati. 😦  Dobrze, że dzięki pasjonatom piękno tego miasta, ocalone na licznych fotografiach, wciąż może cieszyć nasze oczy.
Zdjęcie ze strony na FB, z grupy „Gubin/Guben jakiego nie znamy, historia to nasza pasja”.

ŚNIEGOWO, LODOWO…

Sądziliśmy, że „lute zimy” to już przeszłość, zwłaszcza po tym braku zim w poprzednich latach. A tymczasem przymroziło, przyzimniło, że ho, ho!
Mamy ten luksus (luksus lepiej brzmi niż „przywilej starości” 😉 ), że nie musimy, a możemy. Nie musimy co rano, gdy jest minus piętnaście i kopny śnieg, wychodzić z domu i iść pod wiatr. Co najwyżej – poodśnieżać przed domem (Janek), ale to bardziej przyjemność niż mus.
Możemy sobie wdzięcznie i bez pośpiechu pójść na wieczorny spacerek po pustych uliczkach albo – jak przedwczoraj – walentynkowo pospacerować po zamarzniętym jeziorze. Lód jest bardzo gruby, zachęca. Niestety do łyżwowania nie bardzo. Gdzie te tłumy dzieciaków i hokejowe i ślizgawkowe zabawy na tafli jeziora, jak w czasach dzieciństwa naszych synów? Pojedyncze osoby przemykały na łyżewkach w dal – nawet nie dzieci, tylko gdy byliśmy na tej przechadzce – dwójka dorosłych.
Dzieci podobno muszą siedzieć w domach do szesnastej, a potem… też pewnie wolą rzucać wirtualnymi śnieżkami i zjeżdżać na wirtualnych sankach na ekranie smartfona… 😦

Narzekam i marudzę, jak każde stare pokolenie wspominające „a za moich czasów!…”…
Więc tylko jeszcze dla porządku dodam meldunek z „twórczości”. Napisałam w ostatnich czasach dwa teksty do MPK, jeden się ukazał wczoraj (recenzja książki Miry Marcinów „Bezmatek”), drugi – wywiad z Zosią Mąkosą – czeka na publikację. Kiedy Red. Nacz. go puści, nie mam pojęcia. Dla mnie wszak istotne jest samo pisanie, bo to ruszanie mózgiem, a publikacja… Owszem, miło, gdy jest, ale stosownie do lodowatego zimna za oknem – też się nie napalam. 😉
Obydwa teksty, jakby co, zamieściłam w niecodzienniku, więc jakby co, miłej lektury Zaglądającym. Jakby co. 😉
Licznik bije, czemu się wciąż nie mogę nadziwić, już jest 109 237 wejść.
Kochani Zaglądający, dziękuję Wam. ❤
Powinnam częściej coś tu pisać, zamiast się tak intensywnie (niestety) fejsbukować!

140 DDL

Dziś rano (piszę po obiedzie) ogłosiłam na FB, że „już tylko 140 Dni Do Lata”. Odliczanie, wzorem Wacka, który czyni to od dawna i non stop, w tym roku rozpoczęłam już 1 stycznia. Ozdabiam je zdjęciami z minionych dni świetności spływowej (a od czasu do czasu też eskapadowej w ogóle).
Tylko jaki pożytek z tego odliczania? I bez niego lato się przybliży tak jak co roku. Zresztą mam wrażenie, że z każdym rokiem coraz szybciej… A potem znowu coraz krótsze dnie i coraz bliżej jesień i zima. Taki pejzaż… 😦

No dobra. Dni, z odliczaniem czy bez, mam dosyć szczelnie wypełnione (nawet bez bywania na FB, gdyż wpadam tam teraz na znacznie krócej). Powody główne są dwa. Raz, że w charakterze kobiety domowej już nie jestem przy garach czy tp. taka prędka jak kiedyś. Dwa, że wciąż coś czytam, piszę albo „sczytuję”. A więc:
– korekty do MPK
– nieporozumienia z redaktorem (no, te w redakcji być muszą)
– dwa nowe moje teksty do MPK: jeden już poszedł, o Gałczyńskim z okazji kolejnej rocznicy urodzin, drugi czeka – nie tylko o K.I.G. Obydwa są w niecodzienniku („Znowu o Gałczyńskim…” i „Może za pięćset lat?”)
– korekty nowych rozdziałów Wackowych, tj. wojcieszowskich (na razie tylko rzuciłam okiem, muszą poczekać)
– przerabianie „Masek” 😀 – w ub. roku bawiłam się z „Balladą”, najpierw ją całą przerabiając na czas teraźniejszy, a potem apiać na czas przeszły; w tym roku rozwijam i „ubogacam” „Maski” – lecz czy bardziej im pomogę, czy zaszkodzę? okaże się 😉
– czytam „Dżentelmena w Moskwie” Towlesa, choć na razie odłożyłam, bo się wzięłam za książkę Miry Marcinów „Bezmatek”; bardzo ciekawa (to debiut prozatorski Miry M., rocznik 1985), a autorka dostała za nią niedawno Paszport „Polityki”; coś więcej napiszę o „Bezmatku” niebawem, bo chcę to zrecenzować do MPK.

Zaś w sprawach mniej wzniosłych:
– nadal mamy problemy piecowo-grzaniowe – i to teraz, gdy mróz na dworze! (dziś w nocy było minus 12, całe szczęście, że mamy kominek)
– nadal mam problemy spaniowe (ale to już moja norma i karma)
– nowość: nawalił nam głos w telewizorze, tzn. telewizor niewinien, bo w telewizji naziemnej głos mamy, tylko w satelitarnej only obraz.
No cóż, na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą, aż się boję, co na nas skoczy jeszcze. Telewizji prawie nie oglądam, niemniej – sama bym chciała decydować, czy wystarczy mi sam obraz, czy jednak głos chcę mieć także. 😦

Jeszcze o TVP: „Wiadomości” tam i w ogóle programy informacyjne to straszna szczujnia, jednak nie jestem aż takim ortodoksem, by calutką tiwi reżimową sobie odpuścić. Oglądamy zatem w niedzielne wieczory serial „Osiecka”. Podoba się nam, choć początkowe odcinki podobały się bardziej.
Owsiaka & finał WOŚP oglądaliśmy w TVN24, bo czywiście telewizja publiczna, transmitująca msze z wystąpieniami prezesa, Rydzyka i inne tego typu „widowiska”, ani się zająknęła, że wczoraj po raz 29. grała WOŚP.
Wsparliśmy, choć w Lubniewicach nie było proste znalezienie wolontariusza.
Uzbierała się kwota ponad 120 mln. ❤

A poza tym zima trzyma.
Pandemia niestety też.