TRZEBA CELEBROWAĆ

Snuł mi się po głowie dłuższy tekst na ten temat, ale nie miałam kiedy go zapisać i uciekł. Już go nie odtworzę, co najwyżej pozbieram jakieś resztki. Powroty z dziczy do cywilizacji nie są proste, jak zawsze po długiej nieobecności w domu nie wiadomo, w co ręce wsadzić, i jeszcze sporo czasu minie, nim się człowiek ogarnie.

Więc może choć po łebkach. Podróż zaczęliśmy w poniedziałek, 23 lipca. Pierwszy punkt: niezapowiedziane zajechanie na kawę do Zofii („Cierpkie grona”!) i Tadeusza, bo na trasie ich Liny (między Babimostem a Kargową) wypadły nam po drodze. Piękny ogród, chleb (wypiek Zosi), miód (z pasieki Tadeusza), brzoskwinie na drogę. Pisarkę natchnęliśmy pomysłem, żeby akcję swojej następnej powieści umieściła w Lubniewicach – i kto wie…
Nasz „docel” tego dnia: Węgry koło Opola. Do środy przemiło spędziliśmy tam czas w gościnie u naszych przyjaciół, Eli i Mietka. Jedna z atrakcji: graliśmy w ping-ponga w ogrodzie! Elka dała nam baty, ale nic to.
Środa i kawałek czwartku – Sandomierz. Od czwartku do soboty – Kazimierz Dolny. W obu tych miastach byłam wielokrotnie, w Sandomierzu kilka razy, w Kazimierzu chyba z dziesięć, i wciąż uważam je za miejsca magiczne. Zwłaszcza Kazimierz jest taki. Nasze ulubione widoki rynkowe i nadwiślańskie, lokale, szlaki i smaki… Napawaliśmy się i celebrowaliśmy.
W sobotę po długiej jeździe – spotkanie naszej bandy spływowej w Sztabinkach (!), następnego dnia wyjazd z Maćkowej Rudy na Litwę. Spływ kajakowy od 29 lipca do 10 sierpnia. Niestety bezwackowojolowy, ale poza tym bardzo udany. Bezgzowy, bezosowy, małokomarowy, pięknopogodowy. Cud natury po prostu!
Powrót do domu, po całonocnej jeździe, w sobotni ranek 12 sierpnia. I zamiast wirów rzecznych – wir domowy. Sto pralek prania, garkuchnia, ogród. W dodatku masa tekstów do korekty, bo znów się zobowiązałam, nieszczęsna ja.

Trzeba celebrować. Tak zawsze mówi Janek, gdy na spływie siedzimy przy ognisku, gapiąc się na purpurowe od zachodzącego słońca blaski nadjeziorne, teatr chmur nad wodą i w niej odbity, wielkie gwiazdy na niezanieczyszczonym światłem litewskim niebie. Celebrujemy. Napawamy się. Na rzece, czystej i przezroczystej aż do dna, w bezludnej ciszy, „mimowolnie odkładając wiosła” podczas płynięcia. W wędrówkach po zarośniętych mchami pięknych lasach. W biczach w SPA. Wcinając kurki i jagody, sącząc litewskie trunki (w tym roku bardzo umiarkowanie!), rozkoszując się luzikiem-rajtuzikiem.
Celebra celebrę celebrą pogania. 😀 Zwłaszcza że latka lecą i to się czuje na grzbiecie (i w kolanach) – i nie wiadomo, czy za rok znów się uda….
Trzeba celebrować.

Nad Arianką na razie tylko chwilkę posiedziałam na ławeczce, bom wciąż w pędzie. Ale lato nadal jest upalne i lada moment nadejdzie ten czas. Będziemy celebrować.
Na razie Janek celebruje koszenie i przycinanie winorośli, a ja – prasowanie w stu odcinkach. Mam taki stos lumpów, że chyba będę celebrować aż do grudnia!…

SANDOMIERZ I KAZIMIERZ:

SPŁYW:

Reklamy

CZYNNOŚCI ODWLEKAJĄCE

Nawet nie wiem, czy nie zamieściłam tu już kiedyś tekstu o takim samym tytule. Nie zdziwiłabym się, bo jak co roku o tej porze – czynności owe czynię uparcie, choć rajzefiber mi rośnie z każdą minutą.
Starcy tak mają. Bu.
Już przedwczoraj powyjmowałam rzeczy do zabrania, leżą i czekają na spakowanie – i wciąż ten sam dylemat: zmieszczą się do wora czy nie zmieszczą? Grubych ubrań wziąć więcej czy lekkich? Pogoda dopisze czy nie?
A jeszcze w dodatku noga mnie boli! No, piękna perspektywa kilkunastokrotnego w ciągu każdej doby kucania w plenerze! Wskakiwania do kajaka i wyskakiwania zeń. Wczołgiwania się do namiotu i wypełzania z tegoż. Co ja zrobię z taką awarią?
O matko. Chyba stres mnie tak pierdyknął w kręgosłup.

A przecież to ma być nasz dziesiąty spływ. Jubileuszowy, z szykanami.
Liczę na to, że gdy już wyruszymy (najpierw w podróż po Polsce, jak zawsze, potem ku Litwie), adrenalina (wespół z lekami) mnie naprawi niczym muśnięcie czarodziejskiej różdżki. I będzie dobrze. Musi być.

Trzymajcie kciuki!


„Pre Żejmenos” w Kaltanenai (Kołtynianach). Znów będziemy się tam radować, jedząc chłodnik i cepeliny! 😀

NIEDZIELECZKA

” Moczyk proszę odstawić na półeczkę, wyniczki będą jutro” (prof. Jan Miodek cytujący laborantkę).

Nadużywanie zdrobnień to okropna maniera. Wiem, choć czasem sama nadużywam. Dziś, gdy zdarzyła się tak udana niedzieleczka, mam ochotę na nadużycie tym bardziej. 😉
Zatem – parę foteczek i kilka słóweczek komentarza.

Rzeczka, ławeczka i czarna porzeczka.

Potem była rowerowa wycieczka i pyszna rybeczka (bez zdjęć).

Po powrocie – na tarasie kaweczka.

Na początku wpisu – o moczyku, na koniec –  o meczyku. Nie! O pięknym MECZU – finał mundialu: Francja – Chorwacja. Zwyciężyli Francuzi. Zasłużyli na złoto, choć my kibicowaliśmy dzielnym Chorwatom. No cóż, srebrne medale też nie od macochy. A scena, gdy w ulewnym deszczu przemoczeni do nitki prezydent Francji i pani prezydent Chorwacji wyściskali wszystkich jak leci, równie przemoczonych, zawodników obu drużyn, z pewnością przejdzie do historii.

O czym radośnie doniosła Haneczka, ilustrując wpis jeszcze jednym zdjęciem – z naszej podróży do Chorwacji, bo się godzi! 🙂

Też kaweczka – i kamienna ławeczka – w Splicie. 🙂

OGÓRKI W SŁOJACH SIĘ KISZĄ

Ale w knajpie dorożkarskiej,
róg Kpiarskiej i Kominiarskiej,
idzie walc „Zalany słoń”;
ogórki w słojach się kiszą,
wąsy nad kuflami wiszą,
bo w tych kuflach miła woń.

Wąsy Janka zawisną nad kuflem ewentualnie wieczorem (ja się skuszę raczej na szprycerka z białego wina), oczywiście nie w knajpie dorożkarskiej, tylko na tarasie czy raczej przed telewizorem, i nie w takt walca, tylko podczas transmisji z kolejnego meczu mundialowego.

Tylko ogórki się zgadzają. 🙂

Na zdjęciach jest nasz dzisiejszy ogórkowy plon, a poza tym napisałam nowy tekst do niecodziennika – o ogórkach i nie tylko.
Zapraszam:https://wp.me/P3waVI-1gM

MOJA PRZESTRZEŃ

1. Wkrótce debiutuję w piśmie Moja Przestrzeń Kultury, w którym jestem korektorką (stopka głosi nawet: Korekta i redakcja) i do którego napisałam parę tekstów (oraz z tytułu którego zgapiłam pomysł na tytuł tego wpisu, mam nadzieję, że mi to Naczelny wybaczy).
Jako korektorka, w ostatnim czasie niemal codziennie poprawiam w tekstach te różne przecinki (i nie tylko) lub choćby „rzucam okiem”. Które to rzucanie też bynajmniej nie jest ledwo strzepnięciem palcami.
W 2 numerze Mojej Przestrzeni Kultury (we wrześniu br.) ma się ukazać mój tekst „Melancholia Wokulskiego” (fragmenty tego, który onegdaj zamieściłam w niecodzienniku) oraz dwa drobiazgi o Warszawie.

2. Na przydomowej przestrzeni nadariańskiej gościliśmy w piątek Zofię i Tadeusza (o którym ona mówi „pan Tadeusz”) – więc jasne, że na pierwsze danie zaserwowałam, jak w epopei Adama Mickiewicza, „chołodziec litewski” i śmy go „żwawo jedli”, choć nie „milczkiem”, tylko tocząc miłe rozmowy.
Po obiedzie poszerzyliśmy przestrzeń, udając się do lubniewickiej biblioteki, gdzie odbyło się „Spotkanie z pisarką”, czyli właśnie z Zofią – autorką „Cierpkich gron”. Pisałam o tej powieści z entuzjazmem w niecodzienniku („Gdy winnica umarła”), zamieściłam tam też komentarze autorki.
Podobnie entuzjastycznie powieść została przyjęta przez innych lubniewickich czytelników obecnych na spotkaniu (kilka osób już powieść przeczytało, co bardzo Zofię ucieszyło).
Ja, wcześniej poproszona o to przez szefową biblioteki, byłam osobą od zadawania pytań. Nie przygotowywałam ich, by nie trzymać się zbyt sztywno schematu, postanowiłam, że będę podążać tropem wypowiedzi pisarki i w ten sposób potoczy się rozmowa. Miałam sporą tremę, wszak nigdy dotąd nie prowadziłam spotkania z pisarką. Jednak wszystko poszło dobrze.
Przyjemność sprawiły mi też relacje naszego gościa na FB, nawet dwie, bo jedna bardziej prywatna, zamieściłam je na swojej fejsbukowej stronie.
Zosia napisała już drugą część „Wendyjskiej winnicy”, na rynku ukaże się ona prawdopodobnie jesienią. Ja już znam tytuł i tekst, bo mi Zosia podesłała, ale na razie ani pisnę! No, chyba że o tym, iż akcja będzie się toczyła w latach 1945-1948 w Zielonej Górze, bo to zdradziła na spotkaniu sama autorka.

3. W sobotę zaś nasza przestrzeń nadariańska, grillowa i ogniskowa, gościła kilkoro członków rodziny (dokładnie 4 osoby + pies), którzy przyjechali nas odwiedzić z niezbyt odległego Łagowa, gdzie spędzali weekend. Czyli z jednej perły Ziemi Lubuskiej przybyli do drugiej, wszak Łagów i Lubniewice konkurują z sobą pod względem tej „perłowości”.
Tylko w ten upał, gdy przyjemnie i bez zakłóceń mógł nas chłodzić cień pod wierzbami nad rzeczką, z ogniskiem chyba jednak Janek przesadził!

4. W niedzielę poszerzyłam moją przestrzeń kultury o lubniewicki DK „Pod Morwą”, gdzie rodzice przedszkolaków wystąpili w dorocznym spektaklu, już bodaj piątym z rzędu. Wszystkie dotychczasowe – pierwsza klasa, to najnowsze – „O królu Ciapciaku” – również. Jak zawsze – z przekazem edukacyjnym dla najmłodszych i smaczkami dla dorosłych, brawo!
Ponadto moją niedzielną przestrzeń stanowił głównie taras – z gazetami, kawą i luzikiem. Jednak wieczorem przestrzeń z tarasowej zmieniałam na okołodomową (podlewanie i co 10 minut przesuwanie podlewaczki) oraz przytelewizorną (mecze mundialowe).

NIETAKT METEOROLOGICZNY

Upał w raju

Nie tylko źle jest na ziemi,
w raju jest też niewesoło:
Patrzcie – kroplami wielkiemi
pot z twarzy spływa aniołom.

Nic im się nie chce – wiadomo –
ogłupia straszliwy upał.
Nawet ów motyl z Kiplinga
w upał by także nie tupał.

Mój Boże, i Bóg Staruszek
dzień cały wodę sodową
trąbi, miotełką od muszek
machając sobie nad głową.

I małpki pomizerniały,
i szyje schudły żyrafom.
Piotr Żydów wpuszcza i robi
gafę, panie, za gafą.

Od rana aż do wieczora
anioły wzdychają, wzdychają,
pokotem leżą na łąkach
i piwem się polewają.

Opustoszały jezdnie,
a w kramach święci rozliczni
mruczą: – Uff, to już jest nie-
takt meteorologiczny.
/K.I.G./

Afrykańskie upały w maju i na początku czerwca to istotnie nietakt meteorologiczny, lecz miały i swoje plusy. Siedzieć w domu w jakim takim chłodku było przyjemniej i bezpieczniej, niż wychodzić na ten skwar.
Więc siedziałam – głównie przy komputerze.
I skleciłam wreszcie tekst zaczęty jeszcze w marcu – o Gałczyńskim, jego notatniku z Altengrabow koło Magdeburga i trochę też o mnie. Zamieszczam w niecodzienniku:

https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/io-sono-un-poeta/ ‎

 

WHEN I’M SIXTY FIVE

Trójka rano podała, że urodziny obchodzi dziś Jaromir Nohavica. Mój rówieśnik, zaledwie o miesiąc ode mnie starszy. Wszystkiego najlepszego, Jaromirze!

Kiedy byłam w podstawówce, Beatlesi śpiewali „When I’m Sixty Four”.

Byłam wówczas tak daleka od wyobrażenia sobie siebie jako kobiety po sześćdziesiątce, że między moją nastoletniością a tak poważną dojrzałością widziałam odległość niemalże lat świetlnych.
A jednak te lata przeleciały nie wiadomo kiedy, z roku na rok w coraz większym pędzie, a ostatnio, mam wrażenie, galopem.
Ba! Nawet sixty four już za mną. Ale wspomnę o tym, bo to były nader sympatyczne „obchody”.

Tu najpierw informacja, że nigdy nie świętowałam urodzinowych rocznic, a od dnia, gdy skończyłam trzydziestkę, nie świętowałam ich wręcz ostentacyjnie. Moim świętem był tylko dzień patrona. To znaczy patronki. 26 lipca zawsze kiedyś w kalendarzach figurowało: Anny, Hanny, Grażyny, Mirosławy. W ostatnich latach, jak zauważyłam, Hannę przesunięto na styczeń, lecz ja nadal jestem Hanną lipcową i nie zamierzam tego zmieniać.
Zmienił się natomiast mój stosunek do kolejnych rocznic mojego przyjścia na świat. W końcu ileż można udawać, że 6 lipca to taki sam dzień jak każdy inny, a bywało, że całkiem o tej dacie zapominać.
Było tak: Gdy przed rokiem umówiłyśmy się z koleżankami na wycieczkę rowerową do rezerwatu „Janie”, tuż przed wyjazdem uświadomiłam sobie, że to będzie w dniu moich sixty four. Zajechawszy więc najpierw do Dino, zapakowałam na bagażnik pudełko truskawek, plastikowe kubki i butelkę białego wina.
Dopiero na postoju przy mostku na Lubniewce ujawniłam zawartość bagażnika i wyjawiłam, jaką to okazję będziemy czcić w tak pięknym miejscu na łonie przyrody.
I uczciłyśmy ją należycie, a do tego z sesją fotograficzną w wykonaniu Bożenki i jej aparatu foto.
Bardzo, bardzo to był udany dzień!

Rok przeleciał jak meteor i oto wkrótce będę miała sixty five. Sześćdziesiąt pięć. Matko święta, wierzyć mi się nie chce. Chyba sobie zaśpiewam, bo piosenka na tę okoliczność też istnieje. W ramach dawnej mody na polskie wersje anglosaskich przebojów (polskie, czeskie, niemieckie…) również song Beatlesów doczekał się polskiej kopii. „Gdybym na przykład miał, rzecz niezwykła, lat sześćdziesiąt pięć”, wyśpiewywał… Marek Perepeczko. Tak, tenże. Znany niedługo potem jako przystojny zbójnik z „Janosika”. Ze śpiewaniem też mu nieźle szło.
Sześćdziesiąt pięć, bo „cztery” ma o jedną sylabę więcej i nie zmieściłoby się w muzycznym wersie tak zgrabnie jak „pięć”.

A że to nie całkiem zgodne z oryginałem – oj tam, oj tam, jeden rok w tę czy w tę, jaka to różnica?