NO WIĘC PISZĘ


Piszę tę swoją powieść, lecz mam uczucia mieszane. A to mi się podoba jakiś nowo wymyślony fragment, a to inny fragment żenuje i złości, że nie wyszedł taki, jaki się zapowiadał, zanim z głowy przelałam go do pliku.
Męki tfffurcze. Tfu.

A czy ja tu pisałam, że na początku października w MPK ukazał się mój tekst „Krajobraz bez topoli”? Trochę uwspółcześniony tekst sprzed wielu lat (w wersji pierwotnej jest w niecodzienniku).
A czy pisałam, że trochę wcześniej, we wrześniu, też w MPK było moje opowiadanie? To z kolei nówka, napisałam je trochę dlatego, by głowie dać zajęcie inne niż korekta cudzych tekstów, a jeszcze bardziej jako czynność zastępczą, prokrastynując, bo już chodziła po mnie ta nowa powieść, a wciąż odwlekałam start.
Opowiadanie jest tu:

WŁÓŻ GŁOWĘ DO FONTANNY


A czy pisałam, że w MPK ukaże się moja miniatura pt. „Ty?” 😀 Nie pisałam, bo wprawdzie już jest na łamach, lecz na FB będzie udostępniona dopiero jutro. Też tekst sprzed lat – i to ilu! Pierwszą jego wersję stworzyłam, będąc w trzeciej klasie ogólniaka. Potem ją kilka razy poprawiałam, przerabiałam… Ta obecna wciąż nie jest perłą literatury, ale czort z tym. Takie tam wprawki pisarskie…
Miniaturka jest tu:

MINIATURA

A czy pisałam, że nie lubię mglistego, malarycznego listopada?

Fot. pixabay. Nawet zdjęcia drzew koło domu, całkowicie odartych z liści, nie chce mi się zrobić…  😦

GĘSINA Z MODRĄ KAPUSTĄ


Była już kiedyś kaczka niepodległościowa na 11 listopada, a wczoraj – gęsina. Dokładniej – pierś gęsia. Produkt z Biedronki, bardzo udany, wystarczy pół godziny podpiec w piekarniku i można podawać na stół. Z kapustą modrą duszoną – mojej produkcji. Ach, przepyszny był obiadek niepodległościowy. 🙂

W ramach obchodów święta odbyliśmy też piękny spacer po górkach i dolinkach nadariańskich, tym piękniejszy, że dzień się wczoraj trafił bardzo pogodny, słoneczny. No i bez dymu z rac i bez faszystowskich haseł na sztandarach i banerach, jak w Warszawie. Rząd zwiał na obchody do Krakowa, a Marszem Niepodległości w stolicy, o statusie państwowego (!), zawiadywali nacjonaliści, których wódz wykrzykiwał coś o niesieniu krużganka oświaty (na razie dobre choć to, że nie kruchty, acz pod wodzą ministra Cz. i to jest możliwe). Krzyczał też o tym, że Niemcy chcą nam odebrać tożsamość narodową, a nawet płciową.
To by nawet było śmieszne, gdyby nie było straszne. Polsko moja, dokąd zmierzasz? Że już nie wspomnę o tym, co się dzieje na granicy z Białorusią… 😦

A po obiedzie trochę popisałam. Wymyślam tę moją kolejną powieść. I mimo że nadal „wymyślam” jest tu dużo trafniejszym czasownikiem niż „piszę”, jakoś to postępuje, krok naprzód, krok wstecz, i znowu kroczek, pomalutku, pomalutku, ale do przodu. Jest nadzieja, że kiedyś dobrnę do mety. 😀

Jeszcze jeden news z pisarskiej działki. Ogłoszono trójkę nominowanych do Nagrody im. Waśkiewicza. Nie ma mnie wśród nich (zdziwiłabym się bardzo, gdybym była, od początku na to nie liczyłam i wręcz zła byłam na E. K., że mnie zgłosił). Zgłoszeń było w sumie 15, więc to nie aż taka hańba spośród tej piętnastki nie zostać wybranym do wyróżnionej trójki (zwłaszcza że w niej są takie tuzy jak Zosia Mąkosa i nominowany do Nike K. Fedorowicz). No i tyle na ten temat.

A propos: news. Zamierzałam napisać tekst o fake newsach. Ale znowu tylko w myślach go „pisałam”. Miał być m.in. o antyszczepionkowości, o cynizmie producentów fake newsów (wszystko dla kasy) i o Stevie Jobsie (o matko, jak to wygląda w zapisie spolszczonym! dobra, poprawię: o znanym na całym świecie panu, który nazywa się Steve Jobs). Pewnie już tego nie napiszę. Poprzestanę jedynie na dwóch sprawach, dla mnie sensacyjnych, bo byłam święcie przekonana, że te informacje są prawdziwe. A nie są!
1. Człowiek wykorzystuje tylko 10 proc. swojego mózgu. Fałsz.
2. Mur chiński widać z kosmosu. Fałsz.

Tyle na dziś. Na jutro w planie zupa krem z dyni. Z imbirem. 🙂

WSPOMINKI, WYPOMINKI

Pamiętam z dzieciństwa, że gdy zbliżał się 1 listopada, czyli Wszystkich Świętych, a w związku z tym świętem tzw. nabożeństwa wypominkowe, Pelunia wypisywała na kartce nazwiska – swoich dziadków, swojej mamy, potem ojca… i różnych innych nieżyjących członków rodziny – i zanosiła tę kartkę do kościoła, gdzie modlono się za dusze zmarłych. Czasem, gdy była zajęta jakąś domową robotą, mnie dyktowała tę listę nazwisk do zapisania na karteczce. Czy je potem słyszała wyczytywane, tego nie wiem, ważne było dla niej, że podtrzymuje tradycję znaną jej z rodzinnego domu.
Ja już jej nie kontynuuję, choć te nabożeństwa kościelne są nadal. A może warto by było, ze względu na pamięć o Peluni
(i nie tylko o niej – dziś o wiele więcej nazwisk na tej wypominkowej kartce musiałabym zapisać…)?…

Czymś w rodzaju takiego spotkania wypominkowego był wieczór pamięci poświęcony Ireneuszowi Krzysztofowi Szmidtowi. Ja i Janek również w nim uczestniczyliśmy. Przybyło sporo ludzi. O zmarłym równo przed pół rokiem mentorze, artyście, przyjacielu opowiadało kilka osób z kręgów kultury Gorzowa i Szczecina, poproszonych o zabranie głosu, wspominano go z szacunkiem, uznaniem, sympatią. Zwieńczeniem wieczoru był spektakl teatralny „Znam Ciebie za mało” – jak napisano w ulotce: dedykowany tym, których już z nami nie ma.

Wcześniej żona Irka, Krystyna Kamińska, napisała do znajomych z prośbą o przesłanie jej wspomnień o Nim. Podobno spora liczba ludzi odpowiedziała na ten apel. Wśród nich – także ja.
Wspomnienie zamieściłam w niecodzienniku:

PAMIĘCI IRKA

JAK TO JEST Z TĄ MIŁOŚCIĄ?

Od rana deszczowo i ponuro, strugi wody spływają po szybach i nosa nie chce się wyściubić – a tu taka niespodzianka! Iwonka, szefowa Silvera, podesłała mi najnowszą recenzję mojej powieści autorstwa pani piszącej na swoim blogu o książkach. Recenzja jest dość obszerna – i pochlebna, z czego się bardzo cieszę.
A jak to jest z tą miłością? – ano bywa różnie. Tym pytaniem, które pozwoliłam sobie zamieścić jako tytuł wpisu, rozpoczyna się recenzja napisana przez „Ejotkowe postrzegania świata”. Fragment zamieszczam w niecodzienniku na stronie z opiniami o mojej książce, a całość jest do przeczytania tu:
https://czytelnicza-dusza.blogspot.com/2021/10/hanna-bilinska-stecyszyn-wbrew-pozorom.html?fbclid=IwAR3d085yMP3OzP_UIjyNNExYGbudveEhOSsz4xZhrJh8pAql1vM30-IUVZ0

/zdjęcie – Ejotkowe postrzeganie świata/

MÓWCIE, KOMU CZEGO BRAKNIE, KTO Z WAS PRAGNIE, KTO Z WAS ŁAKNIE


„Hajdukowi rzekłeś z cicha:
«Kto tam gościom trąbi w uszy?
Wypędź żebraczkę, do licha.»
Posłuchał hajduk niecnota,
Za włosy wywlekł za wrota!
Wepchnął mię z dzieckiem do śniegu!
Zbita i przeziębła srodze,
Nie mogłam znaleźć noclegu;
Zmarzłam z dziecięciem na drodze.”

Każdego roku gdy zbliżał się 1 listopada, zamieszczałam tu jakiś wpis związany ze Świętem Zmarłych. Zwykle pogodny, przecież to dzień rodzinnych spotkań, ciepły od dobrych wspomnień i płonących na grobach zniczy.
Któregoś razu napisałam o dziadach – obrzędzie przywoływania dusz zmarłych, który jest treścią II cz. „Dziadów” Adama Mickiewicza. W tekście nawiązałam też do szalonej zabawy, poprzez którą czci się zmarłych w dniu Wszystkich Świętych w Meksyku (w  Quauhnahuac) – tej opisanej w powieści Lowry’ego „Pod wulkanem”.
Przesyłając teraz ów tekst do MPK (właśnie się tam ukazał), zmieniłam jego zakończenie. Zamieszczam je tutaj. MPK unika polityki (raz lepiej, raz gorzej, ale taką zasadę ogłosił naczelny), więc  do tekstu nie dodałam fragmentu „Dziadów”, który rozpoczyna ten wpis.
Jakże wymowny i aktualny jest ten cytat… Czy hajducy posłusznie wykonujący polecenia złego pana to przypadkiem nie ci panowie w mundurach na granicy z zasiekami? A ten nieludzki pan wydający rozkazy – któż to taki?
A my?

(…) nasze współczesne Święto Zmarłych, mimo że nie tańczymy przy grobach i przynosimy z sobą tylko kwiaty i znicze, też jest radosne. To przecież okazja do spotkań rodzinnych i do ciepła w sercach, a nekropolie, rozświetlone tysiącami płomyków, też tym ciepłem promieniują. Wspominamy bliskich, którzy odeszli, i jeśli nawet w ciągu roku nie mieliśmy czasu, by o nich pomyśleć, tego szczególnego dnia znowu są z nami.
Jednak kończąc ten zaduszkowy tekst tak pogodnie, nie mogę nie pamiętać o tych jeszcze żyjących – ściganych jak zwierzęta i błąkającym się niczym dusze potępione w poszukiwaniu lepszego losu. Tych, którym ciepło naszych serc przydałoby się dużo bardziej niż „czyscowym duszeczkom”. Czy po chrześcijańsku zapytamy ich: „Mówcie, komu czego braknie, /Kto z was pragnie, kto z was łaknie”? Czy wystarczy nam człowieczeństwa, by ich zaprosić „do gromady”?

Zdjęcie: tygodnik „Polityka” https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/2130685,1,uchodzcy-zakladnicy-granicy-zatrzymani-miedzy-polska-a-bialorusia.read

LUBNIEWICE

Tak wygląda moje miasto z lotu ptaka – tj. z lotu drona. Autorem zdjęcia jest Grzegorz Walkowski. Ta fotografia znajduje się również na okładce monografii autorstwa Alberta Bumbula „Lubniewice. Wydarzenia, komentarze, wspomnienia”. Promocja miała miejsce 10 października w naszym M-GOK „Pod Morwą” (przyszły tłumy), a recenzję książki opublikowała niedawno Krystyna Kamińska.
Zamieszczam, chwaląc się przy okazji, że jest w tej recenzji także kilka miłych słów o mnie.  😀

Dług spłacony

NIE ZMIEŚCIŁAM SIĘ


Moje opowiadanie „Prawą nogą” nie zmieściło się w najnowszym numerze „Pegaza Lubuskiego”. Szkoda. Uważam je za jedno z moich najlepszych. Ale nawet pomniejszoną czcionką zajmowałoby za dużo miejsca. Może w przyszłym roku, gdy pismo zyska jakąś dodatkową powierzchnię, bo podobno planowane są zmiany… Może.

W spodnie (najczęściej chodzę w spodniach) też się już ledwo mieszczę. Wprawdzie nie notuję jakiegoś dramatycznego przyrostu wagi, jednak o szczupłej sylwetce sprzed lat mogę już tylko pomarzyć.

Zakończyłam gimnastykę mózgu pt. korekta pracy magisterskiej (o płci mózgu!), teraz przerzuciłam się z tą gimnastyką do pliku z początkiem mojej nowej powieści. Bo wreszcie zaczęłam. Na razie to tylko jedna strona wordowska oraz tytuł – nie zdradzę (ale grunt, że spodobał się Iwonce, szefowej Silvera). Czy uda mi się pokleić te wszystkie pomysły i wątki, jakie przychodzą  mi do głowy, tak aby to miało ręce i nogi?

Dziki tak nam znowu zbuchtowały łączkę nadrzeczną, że aż jeden z pni (takich przyogniskowych stoliczków do postawienia talerzyka i szklanki z piwem podczas grillowania) przewróciły! A może pomógł im wiatr? Albo one wiatrowi? Była straszna wichura, na szczęście nasze wierzby ocalały. Bardzo nie lubię tych jesiennych i zimowych wiatrów.

A dopiero co było lato… Wierzyć się nie chce.

/ZDJĘCIE: PIXABAY/

LUDZIE LISTY PISALI

 


Nawet w małej wiosce – że nawiążę do znanej piosenki Skaldów.
Pisali. Bo czas teraźniejszy w tej piosence, „piszą”, dziś chyba już nie ma racji bytu.
Lecz dzisiaj, jak od rana mówią w Radiu Zachód (reżimowe, ale słucham, ze względu na informacje lokalne), jest Międzynarodowy Dzień Pisania Listów. To chyba jakieś kombatanckie święto! Czy dzisiaj w ogóle „ludzie listy piszą”?

Pisałam kiedyś tych listów tłumy. Grubaśnych, dziewczęcych, czasem egzaltowanych. „Intelektualnych”, bo rzecież musiałam się dowartościowywać… Do koleżanek, przyjaciół, do kilku chłopaków. Prowadziłam tzw. bogatą korespondencję. Listów – odpowiedzi na moje mam całą wielką szufladę, właściwie skrzynię (podłóżkową). A jak się na te listy czekało! Jak „czyhało w bramie na listonosza”, jak w tym oczekiwaniu się nie spało po nocach, jak się skakało z radości, gdy list przyszedł!
Ten etap trwał od wakacji po pierwszej klasie liceum do czasu ukończenia ogólniaka, potem jeszcze trochę w czasie studiów. Gdy już pracowałam, odżył na parę lat w związku z obfitą korespondencją z pewnym dziennikarzem (ówcześnie mazursko-suwalskim), a przyjacielem męża mojego i moim. Ale i on się skończył, bo poszłam w pieluchy, smoczki i już na pisanie nie miałam czasu.
Etap kolejny to era Internetu i odnowienie kontaktów z dawnymi znajomymi oraz nawiązanie nowych. I znowu obfite listopisanie. Tak, listo, bo bardzo długo broniłam się przed używaniem „maila”. Tak mocno, że nawet te „listy” wpisałam w adres poczty elektronicznej – i tego adresu nie zmieniłam do dziś. Aczkolwiek epoka mailowych listów, po latach tłustych, też chudnie i zanika. Dziś wszyscy się spieszą. Robią kilka rzeczy na raz. Przewijają fejsbuka, niezbyt często komentują, co najwyżej lajkują, a w okienku czatowym leci pospieszna, urywana „rozmowa” messengerowa, zdarza się, że z kilkoma osobami jednocześnie.
Widać taka jest kolej rzeczy. 😦

Zaiste – kombatanckie święto!
Pozostaje mi jedynie uczcić je zacytowaniem ukochanych ongi „listowych” wierszy Pawlikowskiej Jasnorzewskiej. I oczywiście zalinkowaniem „Medytacji wiejskiego listonosza” równie ukochanych ongi Skaldów.

/Ilustracja na początku wpisu: pixabay/

*
Jest li­sto­pad czar­ny, tro­chę zło­ty,
mo­kre lu­stro trzy­ma w ręku zie­mia.
W oknie domu pła­cze żal tę­sk­no­ty:
Nie ma li­stów! Li­sto­no­sza nie ma!

Już nie przyj­dzie ni we dnie, ni w nocy,
zło­te płat­ki za­wia­ły mu oczy,
wiatr mu tor­bę otwo­rzył prze­mo­cą,
list za li­stem po dro­dze się to­czy!

Li­sto­no­sza za­sy­pa­ły li­ście,
serc i trą­bek zło­ci­sta ule­wa!
ach i prze­padł w za­mę­cie i świ­ście
list, liść bia­ły z ko­cha­ne­go drze­wa!…

*
Pani traci już wszelką powagę:
Czyha w bramie na listonosza!
Patrzy smutno, uśmiechem go błaga
jak ranny leżący na noszach.

Dni tej pani bez listów toną,
idą na dno w żalu bez granic…
aż się dziwi zmartwiony listonosz:
„Ja bym tam napisał do pani”…

*
Do pieca, miłosny zeszycie!
Do pieca, listy – stos cały!
A żeście z ognia powstały,
więc w ogień się obróćcie!

*
Może kiedyś, nieoczekiwanie,
przyjdzie list ten. I nic się nie stanie.
Tylko patrząc w oczy Panu Bogu
rzeknę z cicha: „za późno, mój Panie!”

JUŻ PAŹDZIERNIK


Ten wpis miał być zatytułowany „Skarpetki dla małych dziewczynek”, tak jak tytuł wiersza – o czym za chwilę. Lecz zrezygnowałam z tego pomysłu po najświeższej wymianie maili z kol. Eugeniuszem K. Oto ona:

Gienek: Tej, już październik…
Ja: Tej, ale o co chodzi?
Gienek: Idzie o to, że już październik (a nie „Już wrzesień”).

Poczułam się zatem przywołana do porządku i należytej dyscypliny. I piszę.
Najpierw o tym, że czekaliśmy bardzo, aż urodzi się nam druga wnuczka. I jest! Październikowa. 😀 – przyszła na świat 1 października. Ma na imię Pola.
Następnie o tym, że mi chodzi po głowie kolejna powieść (jak gdyby druga część „Wbrew pozorom”, ale z dotychczasowymi bohaterami na drugim planie, a z rozwinięciem losów innych postaci). Tylko czy ja ten pomysł przetransportuję z głowy na klawiaturę i do pliku? Wciąż mi coś stoi na przeszkodzie – albo sama sobie te przeszkody wymyślam.
Trzecia sprawa to te skarpetki. Oto mój wiersz:

Skarpetki dla małych dziewczynek

Nie zamierzam się tak łatwo poddawać
W siatkę zmarszczek
łowię słońca jesienne okruchy
jak słonecznik

Nie zamierzam się tak łatwo poddawać
Schodom jeszcze
gram na nosie jak na strunach poręczy
choć już z górki

Nie zamierzam się tak łatwo poddawać
Wciąż na stopach
mam skarpetki dla małych dziewczynek
w żółte kropki

To było przed kilkoma dniami. Poranek zapowiadał resztki późnowrześniowego słońca, zakładałam skarpetki (i choć one w wierszu stanowią pewien symbol, ja rzeczywiście z powodu posiadania małych stóp kupuję skarpetki w dziecięcych rozmiarach), październik stał już na progu. I tak jakoś… Naszło mnie. Zaczęłam kleić te zwrotki niczym tarczę w obronie przed październiczeniem (powiedzmy zresztą wprost: przez starczym zgnuśnieniem i zniedołężnieniem).
Stojąc już przy garach, posklejałam całość i czym prędzej zamieściłam na FB – gdyż jak wiadomo, gdy cię tam nie ma, to nie istniejesz. No i zaistniałam. Z całkiem dobrym odbiorem zresztą. 😀
A co do żółtych kropek – powstały na potrzeby wiersza. Bo mam skarpetki w kropki seledynowe oraz w różowe i pomarańczowe, jednak te przymiotniki posiadają za dużą liczbę sylab i zakłóciłyby rytm wiersza. Zaś „żółte” pasowały w sam raz. Zwłaszcza że to jeden z moich ulubionych kolorów.
W prozie zaś zrealizowałam się na łamach MPK w postaci tekstu „Krajobraz bez topoli” – znowu idąc na łatwiznę, tj. wykorzystując tekst sprzed lat, który już tu jest w niecodzienniku, jedynie go trochę aktualizując.

Mamy dopiero początek października, a zatem istnieje spora nadzieja, że odwiedzę mój blog jeszcze w tym miesiącu, a nie dopiero w listopadzie…

Fotografia (fot. M. Kobiałka, zdjęcie z grupy fejsbukowej „Kazimierz Dolny dla każdego”) przedstawia ścianę pewnego budynku na ulicy Krakowskiej. Ach, ile wspomnień!…
Mocno żałuję, że w tym roku nie byliśmy w Kazimierzu. Tak się złożyło. A bardzo, bardzo za nim tęsknię.

JUŻ WRZESIEŃ…


Tak rzadko tu zaglądam, że nie wiem, czy uda mi się zaraportować, choćby najkrócej, wszystkie zaległości.
Poza tym mam poczucie, że wypaliła mi się czy też coraz bardziej wypala dawna fascynacja blogowa. Nigdy nie byłam systematyczna, jednak dużo częściej niż obecnie dbałam, by ten blog żył. Dziś zaledwie cichutko popiskuje, wyparł go fejsbuk, tam zaglądam codziennie, melduję o różnościach, zamieszczam fotki, linki, komentarze, a często też – niestety! – marnuję czas…
Kończące się lato to okres jednak dosyć intensywny, „wyjazdowy”, bardziej zapełniony. Czy w tzw. długie jesienne i zimowe wieczory pisać tu będę częściej? Nie wiem… 😦

Wydarzyło się sporo, zarówno na polu kobiety domowej jak i pisarki domowej, na rodzinnym i towarzyskim też. Postaram się w skrócie zrobić bilans ostatniego – już ponad! – miesiąca. Znowu nie pamiętam, jak to było według chronologii, ale co tam! No to lecę:
1. Kuchnia (o niej pisałam ostatnio, więc od niej zaczynam) jest pięknie odmalowana. Janek się bardzo postarał. Salon wciąż czeka.
2. Skończyłam korektę „lubniewicką” oraz „wojcieszowską”.
3. Od pewnego czasu param się korektą pewnej pracy magisterskiej. Oczywiście nie merytoryczną! Językową, stylistyczną, bo w tym aspekcie praca pozostawia wiele do życzenia. Jest o płci mózgu i o mózgu społecznym. Ależ wyzwanie! Podjęłam się, bo mojemu mózgowi taka gimnastyka też powinna dobrze zrobić.
4. Napisałam opowiadanie do MPK – „Włóż głowę do fontanny”. Już się ukazało. Zamieściłam je też tutaj, w zakładce „Opowiadania”. Takie sobie.
5. W wałkach na głowie i w peniuarze z epoki wystąpiłam jako jedna z Dulskich (były trzy) w narodowym -lubniewickim czytaniu „Moralności pani Dulskiej”. Świetna to była zabawa, stroje wypożyczone z teatru, a oprawa sceniczna – wnętrze zamku Lubomirskich-Lanckorońskich, dawniej von Waldowów.
6. Byliśmy w Nadarzycach na spotkaniu spływowym z naszą bandą. Dojechaliśmy tam na kilka dni, reszta bandy już tam była. Codziennie pływali. My z nimi dwa razy – odcinkami na Gwdzie (super) i Piławie – też super, ale zbyt jeziorowo; najpiękniejszy fragment trasy: las namorzynowy. Patrz – zdjęcie (fot. JolaJola).
7. Wystąpiłam, zaproszona przez red. Bogusię Patalas, w jej „Radiowieczorze” w Radiu Zachód. Nie byłam przepytywana w studiu, tylko przez telefon, ale na żywca, bo nasza rozmowa od razu szła na antenie. Bogusia rozmawiała ze mną jako z tą pisarkę lubuską (ma ideę promowania lokalnych twórców). Z emocji potem nie mogłam spać i musiałam wspomóc się prochem, wciąż mi się miesiło w głowie, jak powinnam odpowiadać mądrzej, głębiej, a ja jedynie (aż?) byłam sobą… Lecz gdy po paru dniach już na spokojnie odsłuchałam zapis tej audycji, stwierdziłam, że mój debiut radiowy można uznać za udany. No i sporo osób mnie słuchało i też dobrze odebrało – a to najważniejsze.
8. Nasza śliczna wnuczka skończyła dwa lata i byliśmy na uroczystościach urodzinowych w Zielonej Górze, a teraz czekamy na narodziny drugiej, pod telefonem i na walizkach, bo lada moment możemy być wezwani.
9. O, jeszcze coś zielonogórskiego! Pod koniec sierpnia byłam w ZG gościem Krysieńki i dzięki niej-organizatorce i z nią na fajnym spotkaniu z dwoma Andrzejami, N. i G., bliskimi znajomymi ze studenckich czasów. Bardzo to były miłe, przechichotane i pełne wspomnień godziny (w ogódku restauracji Retro – mimo nazwy dla mnie nowość, blisko dworca PKP; nawet nie wiem, co się znajdowało w tym miejscu w dawnych czasach).
10. 1 września w ramach tradycyjnego czczenia inauguracji roku szkolnego pojechaliśmy do Łagowa przecudnego, gdzie akurat odbywało się Lubuskie Lato Filmowe, więc prócz przyjemności dla ciała (mniam jedzonko) mieliśmy też przyjemności dla ducha: obejrzeliśmy dwa filmy, czeski dokument „Utracony brzeg” (potem dostał Brązowe Grono) i polską fabułę „Śniegu już nigdy nie będzie”.
Rozpoczęcie (i zakończenie) roku szkolnego zawsze czcimy, jednak cieszymy się, że w dzisiejszych, „czarnkowych” czasach oświaty polskiej nie jesteśmy już nauczycielami czynnymi.
11. Stenia (o niej też wspominałam w poprzednim wpisie) zadzwoniła do mnie niedawno z wieścią, że już napisała o tych nauczycielkach swojego życia i tekst ukaże się w jej kąciku w „Wiadomościach Gubińskich”, a w okienku z poezją – mój dawny wiersz o jesieni, który podarowałam jej, gdy chodziłyśmy do liceum.

Jeśli coś mi uciekło z głowy, trudno, może przypomni się później; w tej chwili „już więcej grzechów nie pamiętam”.
Kończę zatem wpis wrześniowy. Oby następny pojawił się tu nie później niż w październiku. 🙂