TĘSKNOTA

Ta pani pośrodku, w ciemnym futrze i futrzanym berecie, to moja mama Pelunia. Jak widać, turnus sanatoryjny, na którym przebywała, odbywał się zimą. Tłem jest zaś to samo, co towarzyszy nam od bez mała trzech tygodni – „spacerniak” Domu Zdrojowego w Świeradowie! Który to może być rok? Pewnie lata sześćdziesiąte. W każdym razie mama była wtedy dużo młodsza niż ja teraz. Nawet nie pamiętałam, że jednym z miejsc jej sanatoryjnych pobytów był Świeradów-Zdrój, dopiero niedawno odkryłam to na dawno już zeskanowanym zdjęciu.
A obok – ciągłość pokoleń, czyli ja w tym samym miejscu.

Tęsknię za mamą…

Coraz bardziej tęsknię też za domem. Oboje z Jankiem odliczamy dni, godziny, ostatnie zabiegi. Już nie możemy się doczekać widoków nad- i zaariańskich, zieloności i kwiatów wokół tarasu, lubniewickich jezior.
I jajecznicy ze szczypiorkiem! 😀

Reklamy

WYPOCZYWALNIA

Po zabiegach radoczynnych pt. kąpiel, basen czy inhalacje, wskazane jest nie wylatywać od razu z zabiegowni, tylko posiedzieć 10 – 20 minut w specjalnym pomieszczeniu. Nazywa się ono wypoczywalnią i jest dość dużą salą z fotelami pokrytymi udającą skórę dermą.
Jako pacjentka pilna i subordynowana, korzystam zawsze z tego pomieszczenia, oddając się lekturze.
Wkurza mnie jedynie, gdy jacyś odpoczywający gadają z sobą niczym u cioci na imieninach, niestety poza przesyłaniem im karcących spojrzeń, które mają wiadomo gdzie, nie mam odwagi prosić, by stosowali się do nakazu zachowywania w wypoczywalni ciszy. Staram się zresztą mieć miłosierdzie i wyrozumiałość dla ludzkich słabości, wszak pogoda ducha to też warunek udanej kuracji.
A jedna pani dziś (w innej zabiegowni, gdzie serwują nam, jak mówi Janek, elektrowstrząsy) drugiej, mocno rozgadanej pani powiedziała: „Proszę tyle nie mówić, potrzebujemy tu relaksu” i tamta się natychmiast zamknęła. Nie wiem, co za pani była tą proszącą, bo leżałam za zasłonką i w okolice kręgosłupa szyjnego walił mi prąd, ale miałabym ochotę jej podziękować. Bardzo sobie cenię te chwile milczącego relaksu w wannie czy na kozetce (w ogóle z wiekiem funkcja milczenia zamiast gadania po próżnicy sprawia mi coraz większą frajdę). W zbiorowisku sanatoryjnym zaś najlepiej w tym względzie jest na inhalacjach, bo tam wszyscy mają w dziobach ustniki i z konieczności nic nie mówią. Z powodu zasłonki nie wiem też, która to pani umilkła dopiero po interwencji. Może ta sama, która jednego razu szczyciła się głośno, że jajka na kolację bez sinych obwódek przy żółtkach to jej zasługa, ponieważ gdy kiedyś podano takie, poleciła kelnerce w jadalni przekazać kucharce, „żeby sobie te jajka sama zjadła”. I w ogóle „jedzenie jest tu beznadziejne” – podczas gdy nie jest. Cóż poradzić – i takich ludzi święta ziemia nosi.

W wypoczywalni przeczytałam już dwie książki, teraz czytam trzecią.
Kolejno to:
„Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego. Wizja roku 1963 w Warszawie, w sojuszu (ale bardziej poddańczym niż równopartnerskim) z Francją, po pogonieniu w 1947 dominacji sowieckiej – czyli coś a’la światy równoległe. Nie ma Pałacu Kultury, za to nad miastem góruje jakiś grzmot w barwach flagi francuskiej. To jeden ze znaków tego innego, równoległego. Wszystkie one pewnie stanowiłyby gratkę dla warszawiaków znających doskonale topografię stolicy. Ja się do nich nie zaliczam, za to byłam w restauracji „Złoty Lin” w Serocku (kto czytał książkę, ten wie, o co chodzi).
Bohaterowie powieści dostają szansę zrobienia tego, na co przed laty się nie zdecydowali, w ogóle poprowadzenia swojego życia inaczej.
Czy mając taką szansę, zdecydowałabym się na „jak nigdy”, czy jednak wolałabym „jak zawsze”?

„Nieznane więzi natury” Petera Wohllebena.
W Szwecji rośnie drzewo,które ma ponad 9 tysięcy lat. A ludziom jak ja mającym jasną skórę i niebieskie oczy „każdego ranka wymarły gatunek przesyła z lustra ostatnie pozdrowienia”.

Zanim jednak wymrę, powypoczywam jeszcze trochę w wypoczywalni.
W ogóle cały Świeradów się zrobił jedną wielką wypoczywalnią i spacerowalnią. Pogoda nam dopisuje, w ostatnich dniach wręcz letnia, więc na ławkach kilku panów rozebranych do gaci wystawia do słońca swoje brzuszyska. Niby ich brzuchy, ich sprawa, ale dlaczego na oczach ludzkich, na deptaku spacerowym pod Domem Zdrojowym, w jednym z najbardziej uczęszczanych miejsc?
Na szczęście fontanny już działają, akordeoniści wygrywają swoje melodie, pod parasolem w kawiarni na świeżym powietrzu można znaleźć miły cień i schłodzić się zimnym piwem.
Więc niech sobie tacy nieestetyczni brzuchaci panowie zażywają relaksu na swój sposób, skoro tak lubią. Trzeba być dobrym dla ludzkości. Tak jak w opowiadaniach ze zbioru „Moja kochana dumna prowincja” Kornela Filipowicza. To ta trzecia książka; jeszcze jej nie skończyłam, ale zrobię to niebawem – przede mną ostatnie dni wypoczynku w wypoczywalni.

Niby czas kuracji przeleciał galopem, jednak trzy tygodnie to trochę przydługo. Już tęsknimy za domem…

KRYŠTOFOVO PRZYSŁUPOWO

Dom przysłupowy to drewniany lub murowano-drewniany dom łużycki z podziałem na część warsztatową i mieszkalną oraz stajnię. Pierwsze powstały w średniowieczu na terenie Górnych Łużyc, potem rozprzestrzeniły się. Rzemieślnicy zamieszkujący te budynki wraz z rodzinami zwykle zajmowali się tkactwem.
„Tatka tka i matka tka a praczka czka i czkając tka”, jak w Kabarecie Starszych Panów śpiewał Wiesław Michnikowski. Czy tkali tak w domu przysłupowym? Sądząc z tekstu piosenki, jednak nie, bo warsztat nieszczęsnemu dziecięciu tkał nad głową, na poddaszu, a nie na parterze.
Bliscy nieszczęśnika tkali tak lata całe, aż…
…Z biegiem losu zrządzeniem losu pracowity tata zgasł.
Potem mama w ten sam sposób z praczką opuściły nas.
Potem, żona po kryjomu znikła z panem z vis a vis.
Może teraz spokój w domu? Gdzie tam! W nocy straszą i…
Tatka tka i matka tka, a praczka czka i czkając tka.

Nieźle się musiał taki dom tkaczy natrząść i nadrżeć! Żeby pracujący na okrągło warsztat wprawiający w drgania cały budynek nadmiernie mu nie zagrażał, wzmacniano konstrukcję drewnianymi słupami. Spoczywa na nich główny ciężar górnej kondygnacji, stanowią jednocześnie niewątpliwą ozdobę domu.
Najwięcej takich budynków znajduje się na pograniczu Czech, Polski i Niemiec. W Polsce najliczniejsze są w Bogatyni (200 obiektów).

My naszą „przysłupową” trasę rozpoczęliśmy od Wolimierza. Są tam jeszcze pozostałości domów przysłupowych, lecz tkactwa, z którego jeszcze w latach powojennych utrzymywały się całe rodziny, już w nich nie uświadczysz.

Głównym celem naszej wycieczki była jednak inna miejscowość: Kryštofovo Údolí w Czechach, w powiecie Liberec.
W całej Republice Czeskiej znajduje się ok. 3600 domów przysłupowych. Wieś Kryštofovo Údolí z pewnością znajduje się w czołówce ich listy. Malowniczo położona w dolinie rzeki Rokytki, w dawnych wiekach była osadą węglarzy i przemytników. Czy oni przy okazji tkali, tego nie wiem, lecz miejscowość słynie z dużej ilości domów przysłupowych. Ma też sporo innych obiektów wartych zobaczenia, m.in. dwa piękne wiadukty, XVII-wieczny drewniany kościół św. Krzysztofa (jak nazwa wskazuje, patrona miejscowości – w jego imieniny odbywają się we wsi słynne jarmarki), muzeum jasełek i… wodopój w postaci sikającego psa (jego pomysłodawca Martin Chaloupka stwierdził, że skoro europejska Bruksela ma sikającego chłopca, to może europejska Kryštofovo Údolí mieć takiego psa) .

Przetuptaliśmy wczoraj sporo kilometrów, ale warto było! Napstrykaliśmy masę zdjęć, zamieszczam tylko kilka z nich. A na finał oczywiście było české jidlo a pivo. 😀

/Zdjęcie z Wolimierza – znalezione w necie, fot. Morgan2005, pozostałe – moje/

LIEBESFROSCH (NA DRZEWOMARMELADASKRZYNCE)

… czyli zapiski wesołej kuracjuszki.

Kiedy jako licealistka zakochałam się w Gałczyńskim i czytałam jak leci wszystko, co napisał, zaśmiewając się przy „Zielonych Gęsiach”, natrafiłam też i na to:

Hitler:
(chodzi szybko po schronie; czasem przystaje ni w pięć, ni w dziewięć i zamyśla się)
Ewa Braun:
(siedzi na skrzynce od marmolady; patrzy w Publiczność):
Rosenberg miał rację. Hat recht gehabt. My jesteśmy mitem XX wieku. My, to znaczy ja i (gest oczami w stronę Hitlera)
on. Miłość! Die Liebe. Adolf, czy chcesz, żebym ci się oddala na tej drzewomarmeladaskrzynce? Po raz ostatni? A może cyjankali chcesz? To przecież koniec.
Detonacje. (…)
Adolf, proszę cię, usiądź się na tę drzewomarmeladaskrzynkę. Jeżeli skrzynka będzie kaputt iść, to co my możemy na to? Wszystko jest los. Alles ist Schicksal. Nie? Masz glowaból? Nie masz żadnego? Ty jesteś bohater. Słodki świniopies ty. Czy masz mnie zawsze jeszcze chętnie?
(śpiewa)
Du bist so stolz und fern
und hast mich doch so gem,
wenn ich in deine Augen schaue
ganz insgeheime,
ganz insgeheime.
(patrzy na zegarek)
Pięć zegar. Podwieczorek robić. Adi, chcesz kawę i kuchen? Powiedz, że chcesz. Ja chcę. Ale gdzie jest nasz kawadzbanek? Nie widzę żaden. Goebbels?
(złodziejski ruch ręki)
Nie, to nie przychodzi w pytanie. Mały doktor hat sich już sam wykończył. Der schlane Fuchs. Ale kawa mu przez to ostygła.
A my po kawie…
(gest oznaczający samobójstwo)
Ciemność, detonacje.

Koniec
„Ewy Braun i Hitlera”

To fragmenty „Zielonej Gęsi” pt. „Ewa Braun i Hitler” (całość można przeczytać tu: http://www.kigalczynski.pl/inne/ewabraun.html).
Niewątpliwie tekst jest wyrazem dość czarnego humoru, a mnie szczególnie śmieszyły te niemieckie kalki w postaci marmeladaskrzynki, kawadzbanka czy kaputt iść.

Dlaczego przypomniała mi się ta właśnie sceniczna miniaturka? Ponieważ jej bohaterka podobno bywała tu, gdzie właśnie ja przebywam. Tak w każdym razie głosi legenda. Że panna Braun przyjeżdżała do Świeradowa (który oczywiście nie był wówczas Świeradowem, tylko Bad Flinsbergiem).
Do dyspozycji miała okazałą willę o nazwie Rezydencja Marzenie.
Jak informuje tablica na ogrodzeniu, jest to „wspaniała willa krajobrazowa łącząca stylową architekturę modernizmu z dzikim parkiem pejzażowym”. Niezły zameczek, prawda? Powstała w 1901 roku, fundatorem był berliński przemysłowiec Juliusz Pintsch, wykonawcami – firma budowlano-architektoniczna Cremera i Wolffensteina z Berlina (ta sama, której dziełem jest Dom Zdrojowy).
Obiekt został zbudowany w modnym pod koniec XIX w., charakterystycznym dla uzdrowisk stylu „szwajcarskim”, a na terenie otaczającego go parku umiejscowiono też fontannę.
Poszliśmy oczywiście na spacer „tropem willi”, wszak podczas pobytu w uzdrowisku spacery stanowią element nieodzowny. Niestety, zza ogrodzenia, wśród otaczających rezydencję mocno już rozrośniętych zdziczałych drzew i krzaczorów, niewiele widać, a wstępu na teren rezydencji obecny właściciel zabrania; zresztą w chwili obecnej w willi nie widać śladów życia.


Nie wiem, kto tę rezydencję posiada i jakie ma plany, oby tylko nie czekał jej taki los jak naszego lubniewickiego „Zamku”, obecnie będącego własnością Lubomirskich (ale to już osobna historia).
Czy zresztą Ewa Braun naprawdę w niej zażywała życia kuracjuszki? Stuprocentowej pewności nie ma. Wiele miejscowości uzdrowiskowych lubi się szczycić sławnymi ludźmi. Na przykład Krynica – Janem Kiepurą. Zaś w Karpaczu (to jest niemieckim Krummhübel) rezydował Hermann Göring – jednak już to, czy jego rezydencją był Zameczek, czy jakieś inne domiszcze, też nie jest takie pewne.

 Od legendarnych willi przechodzę więc do legendy o żabie.
Żaba, uwieczniona tu w wielu miejscach – w postaci np. wybrukowanego obrazka będącego fragmentem chodnika czy metalowych figurek zdobiących fontannę na pograniczu parku zdrojowego i deptaka – jest rozpoznawalnym znakiem Świeradowa. Podobno na początku XVI wieku berliński lekarz Leonard Thurneyssen, po obserwacji spoczywających w jednym ze źródeł doskonale zakonserwowanych zwłok żaby, odkrył wspaniałe, lecznicze właściwości tutejszych wód. Stąd upamiętnienie żabki jako efektu cudownego działania świeradowskich zdrojów. 

Ba! Dziś wiadomo, że nawet agawy licznie zdobiące taras spacerowy przed Domem Zdrojowym (właśnie po zimie je wyniesiono na zewnątrz), podlewane tą wodą – kwitną! Zdarzyło się już kilka takich przypadków.
Ani chybi, po radoczynnych kąpielach, basenach i inhalacjach, zakwitniemy i my! 

Choć śladów Ewy Braun w Świeradowie już się nie uświadczy, zbitki typu drzewomarmeladeskrzynka nadal mają się tu dobrze. A to za sprawą kuracjuszy niemieckich, których pełno w uzdrowisku. I bardzo dobrze, bo dzięki temu kwitną nastawione na niemieckich klientów sklepiki, miasto się bogaci i pięknieje (żeby nie robić nadużyć czy przekłamań – ponoć rozkwit Świeradowa to głównie zasługa operatywności obecnego burmistrza, a także, to widać – pozyskiwania funduszy unijnych).
Na deptaku i w Domu Zdrojowym słychać zatem często język niemiecki. Ceny w tutejszych lokalach gastronomicznych i sklepikach też są „niemieckie” (chyba mi rozum odebrało, gdy płaciłam 7 zł za szmatkę do rąk wielkości kartki papieru!).
Prócz niemieckiego słychać też rosyjski (rosyjskojęzyczny kuracjusz zagadnięty w windzie „Atkuda wy?”, powiedział, że z… Niemiec – i faktycznie, mówią po niemiecku z rosyjskim akcentem, czort ich znajet, skąd są).


A bywa, że koło świeradowskiej fontanny (jak widać na fotce, jeszcze przedsezonowej, bez wody) przechadzają się również emeryci mówiący po czesku. Też nie wiem, czy świeradowscy kuracjusze, czy raczej wycieczkowicze, wszak granica z Czechami znajduje się o krok.
W każdym razie cztery żabki na tej fontannie, takie do głaskania, na miłość, zdrowie, szczęście i bogactwo, mają tabliczki z napisami w kilku językach. Po niemiecku oczywiście informacje mają postać jednowyrazowych zrostów, tak jak ta marmeladeskrzynka czy głowaból.
Żeby nie być gołosłownym (przepisuję z fontanny):
лягушка к  любви  – Liebesfrosch
żabka na zdrowie – Gesundheitsfrosch
The Frog for Happiness  – Glückfrosch
Žabička pro bohatstvi – Geldfrosch

Ale ja to mam doch so gern! 😀
Zaś w sanatoryjnej szafie mam aż dwie sukienki wisieć. Zabrałam je tutaj, wszak tańczenie na wieczorkach tanecznych, prócz zabiegów, klimatu, spacerów i wód, jest też elementem uzdrowiskowej kuracji, co pamiętam z mojego poprzedniego pobytu sanatoryjnego w Cieplicach. Lecz Janek nie tancor i się nie kwapi, a i we mnie już coraz mniej z dawnej tanecznicy, która w czasach szkolnych czy studenckich nie była w stanie opuścić choćby jednego tanzabendu.
Więc zrobiłam pochop z tymi sukienkami. Co najwyżej w niedzielę w którejś z nich się udam do jadalni sanatoryjnej na obiad. Bo zapędy tańcujące chyba będą kaputt iść. 😉

RESURREXIT

Dzwony biją stare:
„Mateusz” i „Marek”,
dzwony strojne, strojniejsze niż lira;

w kadzidłach, w muzykach,
w szkłach, w modlitewnikach
światło dźwięczy, a w domu śpi Kira.

Kira, moja mała córeczka,
Kira, moja smagła córeczka.

Boże zmartwychwstały,
udziel nam swej chwały,
wszystkim święto daj w hiacyntach, w dzwonach…

Miałam zamiar jeszcze przed świętami zamieścić tu nowy tekst – o niedawno przeczytanym „Notatniku z Altengrabow” Gałczyńskiego. Ale nie zdążyłam. Nawet już zaczęłam go pisać – lecz tak się rozględziłam, że nim dotarłam do Altengrabow z czasów wojny, powędrowałam trochę (jak przed laty, w roku 1976) po innych okolicach Magdeburga.
A tu już święta, konieczność zintensyfikowania prac, zaś zaraz po Wielkanocy wyjazd na dłużej… Może wrócę do tego tekstu po powrocie.

Dziś więc Gałczyński nie w wersji zapisków z dziennika, tylko w wierszach. Wielkanocnych, rzecz jasna.
Wraz z życzeniami dla wszystkich:
radości, zdrowia i – wbrew dzisiejszej aurze i prognozom – pięknej wiosennej pogody! ❤

Nie Kalwaria, nie Golgota,
ale chmura szczerozłota
i wiatr skory;

nie noc i cierń, ale słońce
i blaski się wplatające
w kędziory.

Na tej szczerozłotej chmurze
fruniesz – zwycięski – ku górze,
„Sprawca zachwytów”;

lśni marszczona wiatrem szata,
a z szaty na Polskę spada
woń hiacyntów.

Za te cuda oczywiste
jakże ja Cię uczczę, Chryste?
Wierszem chyba.

Lecz patrząc na Twoją chwałę,
stanąłem i oniemiałem,
jak ryba.

Bo trudno ziemskim inkaustem
sprawy opisać przepastne:
wiatr i złoto –

chyba tylko oczy zadrzeć,
zasłuchać się i zapatrzeć
w szum odlotu.

Spójrzcie: nad Wieżą Mariacką!
Spójrzcie: już mały jak cacko
leci.

Wirują złociste koła.
Zieleń gra. Purpura woła.
RESURREXIT.

(Wiersze to fragment „Wielkanocy mojej córki” z r. 1937 i „Pieśń paschalna” z 1948)

MŁYNARSKI & MŁYNARSKI

Kapuśniak to jedna z najlepszych zup na zimę. Według mojego męża robię ją przepyszną. Tak jak dziś (zdjęcie jest z netu, lecz moja wygląda równie smakowicie).

Zaczynam od kapuśniaku, ale będzie też o żurku.

Wczoraj była pierwsza rocznica śmierci Wojciecha Młynarskiego.
Z tej okazji cały dzień spędziłam z dwoma Młynarskimi.
Od rana Trójka nadawała piosenki Wojciecha – w jego i cudzych wykonaniach, a co jedna, to wiadomo: mistrzostwo (wszystkich napisał ponoć ok. 2000).
Wieczorem zaś w trójkowym koncercie gospodarzem-gościem-głównym wykonawcą był Jan Młynarski, syn Wojciecha.
Ten to jest dopiero multi! Zaprezentował się w aż trzech produkcjach muzycznych:
– z piosenkami ojca – Młynarski Plays Młynarski ( wykonawczyni dwóch piosenek – Gaba Kulka)

– z Jazz Bandem Młynarski-Masecki – przedwojenny polski jazz, swingujące big bandy międzywojnia

– z zespołem Warszawskie Combo Taneczne (śpiewał z tą samą „warsiawską” manierą co Stasiek Wielanek)

BOMBA!

A wracając do piosenek Wojciecha Młynarskiego – kultowe, dowcipne, mądre, genialne, ponadczasowe, jeszcze paru przymiotników można by użyć. Gdyby kazano mi wskazać tę jedną jedyną, najlepszą spośród nich – nie umiałabym wybrać. Wczoraj w Trójce najczęściej grano „Żniwną dziewczynę”, ze dwa razy też „Leszczynę”, ze trzy razy „Przyjdzie walec i wyrówna”, tyleż samo „Balladę o tych, co się za pewnie poczuli” (ach, ileż wydźwięków aktualnych!), a i bardziej „lyryczne” też były, jak „Och, ty w życiu”…

Zaś wczorajszy wieczorny koncert zainaugurowano odtworzeniem piosenki „Żurek” w wykonaniu samego Mistrza. https://www.youtube.com/watch?v=gY9o4K9OysM

Tekst, ponad wszelkie aktualności aktualny, przytoczę w całości:

Jakaś przykrość nawet nieduża
Pech przypadek zły losu traf
Innych ludzi od razu wkurza
Wciąga niby w błotnisty staw
Zaś gdy mną zły los zakolebie
Chcąc mnie wprawić w psychiczny niż
To ja wszystko to biorę w siebie
A na zewnątrz marmur i spiż
W środku wulkan na Filipinach
Co udaje tylko że śpi
A na zewnątrz ironia kpina
Lekkie ramion wzruszenie i
Krok do domu kieruję prędki
i gdy z nerwów trafia mnie szlag,
ściany mojej skromnej kuchenki
są cichymi świadkami jak…

Marcheweczkę ciach-ciach-ciach,
pietruszeczkę ciach-ciach-ciach
porek i selerek trach- siekam.
I nastawiam gaz na full,
rosołeczek bul bul bul,
a ja siadam jak ten król-czekam.
Śmietaneczka- tak tak tak,
zasmażeczka- co za smak,
kiełbaseczka sucha jak wiórek.
Tak gotuję sobie przez
dłuższy czas, aż gotów jest
najwspanialszy lek na stres- żurek!

Aż się nasze życie ponure
odmieniło tak nagle, że
nie musiałem uciekać w żurek,
chociaż nerwy wciąż żarły mnie
Rok osiemdziesiąty dziewiąty
czerwiec radość i w oczach blask
I nadziei promyczek złoty
że się zaczął wspaniały czas
A po chwili potwarz, obmowa
W polskim piekle ślina i żółć
A kto z kotła wychyli głowę
Zaraz inni ściągną go w dół
I gazeta leci mi z ręki
I nerwowy trafia mnie szlag
I znów ściany mojej kuchenki
Są cichymi świadkami jak…

Marcheweczkę ciach-ciach-ciach….

Tu wam dogram na wspomnień strunie
Myśl niegłupią która tak brzmi
Że ten żurek przeciw komunie
Jakby lepiej smakował mi
Dziś mój żurek i to mnie smuci
Nie bulgocze jak złoty sen
Jakich przypraw bym nie dorzucił
to smak psiakrew jakiś nie ten
I tak marzę by w swoim domu
Wreszcie życie normalne wieść
Nie jeść przeciw czemuś lub komuś
No po prostu usiąść i zjeść
Złość nie wraca najmniejszym echem
i ucichło pretensji sto,
jest w porządku, mądrze, jest w dechę,
a ja wtedy co robię? Co?

Marcheweczkę ciach-ciach-ciach,
pietruszeczkę ciach-ciach-ciach,
porek i selerek, ach, sieknę,
i nastawię gaz na full,
rosołeczek bul-bul-bul,
popróbuję jak ten król – świetnie!
Śmietaneczka tak-tak-tak,
zasmażeczka – co za smak,
kiełbaseczka sucha jak wiórek….
W krąg normalnie, miło jest,
a ja jestem bliski łez,
że to nie jest lek na stres
tylko ciach-ciach z marcheweczka,
rosołeczkiem, zasmażeczką,
kiełbaseczką i włoszczyzną,
wyznam panstwu, szczerze wyznam,
jakem Polak i mężczyzna,
że to, z pieprzem i śmietaną,
moja zupa ukochana,
którą mogę jeść od rana:
żurek!

Oj, tak, gdy nas coś wkurza, to wspaniałym lekiem na stres jest „marcheweczkę ciach, ciach, ciach, pietruszeczkę ciach, ciach, ciach, porek i selerek trach – siekać”. Nie tylko przeciw komunie czy obecnie nam panującym. Mnie dziś wścieka, że znów ta stara sklerotyczka zima, co z braku pamięci nie pozimiła w grudniu ani w styczniu, teraz, w pełni marca przypomniała sobie, że trzeba by śniegiem sypnąć, wiatrem świsnąć, mrozem ścisnąć. Bu!!!

Więc posiekałam ciach i trach i ugotowałam garnek kapuśniaku.
Na to zimnisko równie dobry lek jak żurek. 😉

OSTRA JAZDA, CZYLI ŚMIECH TO ZDROWIE

Z okazji Dnia Kobiet – jak co roku wycieczka socjalna, wczoraj (sądząc z tłumnie wypełnionej sali gorzowskiego teatru, chyba takich wycieczek – z przewagą pań – było tego dnia więcej).
Sztuka: komedia Norma Fostera „Ostra jazda”.

Parę momentów (według mnie) na granicy przegięcia, ale całość: komediowy majstersztyk. Bardzo śmieszne, brawurowo zagrane i z doskonałym odbiorem publiczności, czyli huraganami śmiechu i braw. Cóż lepszego i bardziej wyluzowanego może się trafić w marcowy, przedwiosenny dzień, niż tak się pośmiać, niemal non stop?
Spektakl warszawskiego teatru Komedia, aktorzy: Julia Kamińska, Magdalena Wójcik, Jan Jankowski, Przemysław Sadowski i Mirosław Baka. Wszyscy przezabawni, w tak komicznych rolach (wszak to aktorzy znani głównie z seriali tv) ich jeszcze nie widziałam, a Mirosława Baki zwłaszcza!

Jak powszechnie wiadomo, śmiech to zdrowie. Wygimnastykował mi mięśnie twarzy, ramion, przepony, brzucha. Pomógł strawić zjedzony przed spektaklem obiad (to też coroczny punkt programu). Spalił mi sporo kalorii (podobno minuta śmiechu pozwala spalić ich ok. 12, więc cóż dopiero cały spektakl, trwający prawie 2 godziny!).

Nie tylko ja (w wyniku tego spalenia) wróciłam szczuplejsza, uszczuplił mi się również portfel. Między obiadem a przewiezieniem naszej wycieczki do teatru była bowiem ponad godzina na włóczenie się po galerii handlowej. I choć naprawdę nie lubię łażenia po sklepach, uległam zachowaniom stadnym. I choć absolutnie nie zamierzałam kupować czegokolwiek, wyszłam z „Reserved” ze ślicznym niebieskim paltocikiem.
A, co tam, żyje się raz! 😀