RAPORT WAWRZYNOWY

Raportuję, że „Pelunia” znalazła się na liście nominowanych do Lubuskiego Wawrzynu Literackiego, z którego to powodu skakałam do sufitu z radości.
Werdykt miał być ogłoszony 20 bm. i trwałam w postanowieniu, by do tego czasu nie zaglądać na stronę organizatorów konkursu, lecz listę podano już 17 bm. O czym powiadomiła mnie Zosia Mąkosa, jej „Winne miasto” też jest na tej liście, gratulacje!
Zgłoszeń (w obu kategoriach, poezja i proza) jest ok. 40, więc odpaść z takiej ilości nie byłoby aż takim wielkim wstydem, tak sobie myślałam. Lecz najbliższym przyznawałam się do marzenia, że jeśli spośród wszystkich zgłoszeń wybiorą i mnie, będzie to dla mnie szczęście największe z największych.
I oto stało się! I zaraz ogłosiłam tę radość na cały świat (czytaj: świat fejsbukowy), odbierając masę gratulacji, publicznie i w wiadomościach prywatnych, i znowu te dobre słowa od czytelników i kolejne wzruszenia i radości…
Jeśli, jak sobie żartuję, dostanę tylko dyplom za poprawną interpunkcję, ja i tak, uważam, dotarłam bardzo wysoko, i czuję się szczęśliwa i zaszczycona.

Minęło już kilka dni, dopiero dziś znalazłam czas, by prócz info na FB napisać coś więcej tutaj – a przy okazji powspominać wcześniejsze sukcesy… 😀 ), fajerwerk mej radości wystrzelił i już opadł, jak to z fajerwerkami bywa. Emocje powrócą w czwartek w Zielonej Górze na Gali LWL (takoż LWN i LWD – patrz werdykt, link poniżej).
Nawet sobie specjalnie na tę okazję kupiłam kieckę! 😉

Oto stosowny link:http://www.wawrzyny.norwid.net.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=354:znamy-nominowanych-do-lubuskich-wawrzynow-2019&catid=9&Itemid=435

A o radościach „pani z wyroku radej” napisałam w niecodzienniku:https://wp.me/P3waVI-1BH

WALC W ALEJKACH

Świętowaliśmy wczoraj z Jankiem kolejną rocznicę. Nie do wiary, że znowu minął rok! Na alejkach naszego życia tańczymy wspólnie już 43 lata. Z tym, że „tańczymy” jest nadużyciem, gdyż Janek nie tańcor (umie! ale nie lubi).
Uczciliśmy rocznicę należycie, kwiatkowo i „Bryzowo” – pycha sandacz i równie pycha piwo „Lubniewickie”.  😀
Wieczorem zaś obejrzeliśmy w tiwi bardzo dobry film niemiecki „Walc w alejkach” („In den Gängen”). Bohaterowie w „alejkach” ogromnego marketu „tańczą” na wózkach widłowych…
Jak na wieczór naszej rocznicy – obraz mało radosny. Poenerdowska potransformacyjna niewesoła „prosta historia” Christiana i jego nowych znajomych. Chwyta za serce.
Z drugiej strony – tym się cieszymy, że bilans 43 lat wypadł nam o wiele lepiej niż np. bilans życia Brunona, innego z bohaterów filmu.

Na rok 44 i następne życzę nam zdrowia. 🙂

NOWY ROZDZIAŁ?

Od wczorajszego prawie całodniowego siedzenia przy kompie jeszcze dziś boli mnie tyłek i szczypią oczy. Skończyłam przerabiać „Balladę”! Niektórym fragmentom czas teraźniejszy zrobił bardzo dobrze, innym chyba nawet zaszkodził. Zobaczę, gdy zacznę „cyzelować” całość.
Ale najpierw trochę odsapnę, by złapać dystans.

Lecz, będąc na pisarskiej fali, dziś rano zaczęłam pisać nowy rozdział, bo jest potrzebny jako uzupełnienie pewnej części fabuły.
Bardzo dobrze mi szło! Płynnie, potoczyście, jakbym wcale nie była odmóżdżona tym przerabianiem. Więc może, zamiast pudrować stare truchło, powinnam zacząć pisać jakieś zupełnie nowe dzieło? Tylko jakie, skoro mam zero pomysłów?
Zresztą – może dwie powieści dla kucharek już wystarczą światu.
Zresztą – jakiemu światu?  😉 Świat nie bardzo się napala, by je poznać.

A może ja zbyt surowo oceniam swoje płody?
Stąd oraz zowąd (słownik mówi o tym drugim wyrazie „tylko w wyrażeniu: ni stąd, ni zowąd”, więc raczej powinnam napisać: z kilku stron) mam wieści, że różne pożal-się-Boże-pisarki piszą aż furczy, zbierają na wydanie lub znajdują wydawców (!), choć ich pisanina to żenada. Nie zmyślam, widziałam nawet próbkę. Ja bym się ze wstydu spaliła, a one ani mrugną, pewne swego.

No i co?
No i pstro.

PS
Odebrałam dziś Noblistkę z paczkomatu (tak!!! Mamy w Lubniewicach paczkomat!). Trzy książki, w tym „Księgi Jakubowe”. „Znak” nęcił promocjami, skusiłam się.
Czytałam kiedyś „Prawiek”, „E.E.” (i chyba coś jeszcze). Z zachwytem. Ale to było ze dwadzieścia lat temu albo i dawniej! O ileż bystrzejszy miałam wtedy mózg.
Więc czy ja dam radę przeczytać „Księgi Jakubowe”?
Się okaże.
Na razie wciąz z lubością zanurzonam w świecie Jaroslava Haška. Właśnie feldkurat Otto Katz przegrał Szwejka w karty i dzielny wojak będzie teraz pucybutem u porucznika Lukasza.

 

POSLUŠNĚ HLÁSIM

Pewnego razu w Mydlovarach koło Zlivia, obwód Hluboka, powiat Czeskie Budziejowice, akurat wtedy, jakeśmy tam – 91. pułk – mieli ćwiczenia, chłopi okoliczni zrobili obławę na skautów, bo im się tam bardzo rozplenili. Potem na mękach u wójta, pod trzciną, zeznali, że w całej okolicy nie ma ani jednej łąki, której by nie wygnietli, gdy się wygrzewali na słońcu, dalej, że koło Rażic przed samymi żniwami jeden łan żyta na pniu spalił się tylko wskutek nieszczęśliwego wypadku, kiedy sobie w życie na rożnie piekli sarenkę, upolowaną za pomocą noża w lesie gminnym. (tłum. Pawła Hulki – Laskowskiego, plakat Jana Lenicy)

To tylko jeden fragmencik, z przeczytanego właśnie rozdziału, cytować podobne perełki mogłabym bez końca. A co się nachichoczę, to moje.

Oczywiście oglądałam dawno temu w telewizji film czechosłowacki. I śmiałam się przy tym do rozpuku. Czy rozumiałam jako dziecko te pokłady pacyfizmu w powieści, szyderstwo z armii i specyficzną naturę Czechów? Czy wiedziałam to, co wiem teraz, że udawać głupka to często najlepszy pomysł na głupie czasy i głupotę rządzących? A skąd! Ja tylko rechotałam bezrefleksyjnie, słysząc odlotowe teksty umundurowanego facecika z poczciwo-kretyńską gębą, rewelacyjnie zagranego przez Rudolfa Hrušínskýego.

Książki nie czytałam nigdy, choć znam jej zagorzałych fanów, np. Wacka, jako i jego syna, z lubością stosujących w codziennym słowniku różne powiedzonka z tekstu Haška. Uważałam, że to książka dla chłopaków.
Chłopakowi też, czyli Jankowi, kupiłam ją w prezencie pod choinkę.

Tymczasem… Poslušně hlásím, że od pewnego czasu codziennie rano czytam sobie jeden rozdział „Przygód dobrego wojaka Szwejka”. Co za uczta! To naprawdę jedna z powieści wszech czasów.

Zanim po wyjazdach na początku lat dwutysięcznych do Harrachova zakochałam sie w czeskich klimatach, najpierw liznęłam ich trochę ciut wcześniej, na wycieczce do Pragi. Zwłaszcza w maleńkiej kawiarence U Budovce na praskim Starym Mieście. Malutkiej dziupelce w suterenie, pełnej starych klamotów (tak wyposażane wnętrza lokali gastronomicznych stały się modne później też w Polsce). Ale Szwejk bywał w innych knajpach, to jasne. Klimatów szwejkowskich nie było również w Pivovar a Restaurace U Fleků, najsłynniejszej bodaj w Pradze i najstarszej, z 1499 roku (nawet mam do dziś kufel kupiony na pamiątkę w przyrestauracyjnym sklepiku). To była wycieczka socjalna, więc sporo nas zasiadło w wielkiej sali przy długim stole, ale klimatów nie pamiętam, kelnerzy biegali wokół nas z piwem (pysznym, to fakt) – i tyle. O wiele lepsza pod tym względem okazała się, podczas jakiejś naszej kolejnej podróży, knajpa U Jozefa w Czeskim Krumlowie, lecz po paru latach już nie mogliśmy jej odnaleźć…  Za to teraz znajduję w internecie Švejk Restaurant, więc może to ta sama, tylko zmieniła nazwę.
A Restaurace Praha, zwłaszcza ta z czasów gdy poznaliśmy ją jako Pivnice, w której palacz hajcował w wielkim żeliwniaku stojącym w kącie sali, a na zewnątrz na płonącym ruszcie obsmażano przepyszne žebirka… Tam, nawet bez portretu Najjaśniejszego Pana obsranego przez muchy, z pewnością spodobałoby się Szwejkowi.

Czeskie klimaty można dziś znaleźć w zielonogórskiej restauracji U Szwejka – dawna kawiarnia Mocca, ach, bywało się, bywało. W zielonogórskim Szwejku byliśmy również i podobało się nam, ale już trochę za bardzo odbiegłam od książki, więc pas!

A co do głupoty najlepszej na głupie czasy. W radiu nadano w ostatnich dniach już kilka razy piosenkę z musicalu „Machiavelli” (z r. 1975) w wykonaniu Barbary Krafftówny i Jerzego Wasowskiego – „Najwyższa mądrość” (słowa Ryszard Marek Groński i Antoni Marianowicz). Mimo upływu lat – jakaż uniwersalna! Nawet można było na nią głosować na liście przebojów.
Czyżby to zapowiedź odwilży w mojej ukochanej (acz teraz reżimowej, bu) Trójce? A może to tylko uciśnieni panowie redaktorzy sami sobie ją serwują na pociechę?…

Tak czy siak, piosenki warto posłuchać.

Głupota stwarza alibi
Narody spaja jak klej
Głupcy są zawsze szczęśliwi
Bezpieczniej żyją i lżej

Spoglądam na to bez złości
I myślą wybiegam w przód
Oto najwyższa z mądrości:
Być głupim, głupim jak but.  😦 

W POSZUKIWANIU CZASU TERAŹNIEJSZEGO

Nawiązuję do tytułu słynnej powieści Prousta, bowiem od kilku dni angażuję moje moce twórcze w pewien eksperyment literacki. Mianowicie czas przeszły zmieniam na teraźniejszy.
Polem eksperymentu jest moja pierwsza powieść (dla przypomnienia: popełniłam dwie, obie dotychczas nie dostąpiły zaszczytu wyjścia z „szuflady”). „Ballada”. Napisałam ją w drugiej połowie pierwszego dziesięciolecia lat dwutysięcznych, gdy jako wczesna emerytka dysponująca wreszcie wolnością, zapragnęłam zrealizować swe całożyciowe marzenie o pisarstwie. I gdy jeszcze byłam bardzo, bardzo zielona w te klocki: komputerowe, internetowe, fabularne, pisarskie. Bez żadnych kursów, researchów, konspektów, kompletnie bez planu, jak poprowadzę i jak zakończę losy moich bohaterek. Wyszedł spod moich palców twór powieściopodobny, a ze względu na „babską” fabułę sama go nazwałam ksiązką dla kucharek.
Od tamtej pory minęło dziesięć (!) lat. Tak, zakończyłam akcję „Ballady” w roku 2010. Tej daty nadal się trzymam, mimo że w tekście dokonywałam potem wielu, wielu zmian. Tzn. rzadko coś usuwając, częściej – dopisując. Szlifując, ubarwiając, „dopowieściowywując”. I ten proces trwa nadal.
Kiedyś spróbowałam czas przeszły w narracji zmienić na teraźniejszy. Już nie pamiętam, czy miało to związek z „Cierpkimi gronami” Zofii Mąkosy (o niej za chwilę), w których tak zachwyciła mnie narracja w czasie teraźniejszym; być może nie, tylko gdzieś z góry spłynął na mnie taki pomysł. Eksperyment z początku bardzo mnie frapował, dociągnęłam tak do mniej więcej 1/3 powieści – i dałam sobie spokój. Zresztą to przerabianie w niektórych momentach wcale nie było proste i uznałam, że rodzi niebezpieczeństwo stworzenia jakichś dziwolągów, rażącej mieszaniny czasów itp. Zgrzytało mi to, a ponieważ, nigdy nie będąc systematyczna, przeróbki produkowałam z doskoku – w końcu znudziło mnie to.
W dodatku w mojej powieści jest wyraźny podział na teraz – było – teraz i zaczęłam się zastanawiać, czyby jednak w „było” tego czasu przeszłego nie zostawić. W końcu, po kilku miesiącach, gdy mnie znów naszła chętka powrotu do mojego dzieła, przeflancowałam ponownie wszyściutko na czas przeszły, oczywiście również „szlifując i ubarwiając”…

Dostałam niedawno od Zosi tekst trzeciego tomu jej „Wendyjskiej winnicy” – dalsze losy bohaterów znanych już z poprzednich części trylogii, w tym głównie Matyldy Neuman. Tytułu nie zdradzę (zresztą może on się zmieni) – powieść jest już w wydawnictwie (ma się ukazać jesienią), ale Zosia dokonuje jeszcze ostatnich poprawek. Zapytałam ją o czas. Początkowe rozdziały tego tomu pisane są bowiem w czasie przeszłym! Dopiero potem zmienia się on na teraźniejszy. Zosia mi wytłumaczyła, co nią powodowało (mam nadzieję, że nie zdradzam zbyt wiele z jej warsztatu pisarskiego!). Niby przyznałam jej rację. Niby. Sama mam wątpliwości, czy tak powinno być. Ona zresztą napisała mi, że początek też najpierw był „teraźniejszy”, a potem przerabiała go na „przeszły” – i to wcale nie było takie łatwe.
A jak będzie w ostatecznej wersji powieści? Zobaczymy jesienią.

W każdym razie ja pod wpływem lektury i tej wymiany opinii… zaczęłam znów majstrować przy czasie powieściowym „Ballady” – w poszukiwaniu teraźniejszego… I tym razem zamierzam rzecz doprowadzić do końca. Czy eksperyment się uda? Nie wiem. Dotarłam do 145 strony, wszystkich jest w tej chwili 276, która to liczba może się zwiększyć lub zmniejszyć. Raczej zmniejszyć, zważywszy że „idzie” czy „robi” jest krótsze niż „poszła” i „zrobiła”. 😀 Ale zobaczymy, bo przecież w niektórych miejscach „ubarwiam”, czyli możliwe, że tekstowi tyleż ubywa, co i przybywa. 😉
Gdy doprowadzę dzieło do końca, wtedy sobie przeczytam całość. I się okaże, co wyszło z eksperymentu. Niewykluczone, że za jakiś czas znów powrócę do zmian na odwyrtkę. Bo to przecież fajna zabawa jest. Nawet twórcza, skoro jedyna moja obecnie twórczość to takie gry. No i jakże aktywizujące mózg! Jedni rozwiązują krzyżówki, inni grają w karty lub segregują zdjęcia i wklejają je do albumów, a ja zmieniam „była” na „jest”. 😀

Na zdjęciu – sarenka przedwczesnowiosenna (z 2 lutego br.) poszukująca smacznych kąsków przy naszym tarasie. 🙂

ZDEJMUJĘ

„Zmień wreszcie tę «Malarię», bo już patrzeć nie mogę”, opierniczył mnie kolega EK w przysłanym dziś do mnie liście.
Słusznie, bo od dawna tu nie zaglądałam, a już od ładnych paru dni noszę się z zamiarem nowego wpisu. Tyle że chodzi mi po głowie, ale od pomysłu do przemysłu droga wciąż daleka…
Więc na razie tylko zdejmuję malarię, zamieniając ją na inny pejzaż. Wprawdzie w aurze zaokiennej owa jest nadal, a nawet jeszcze większa (gdzie te lute zimy???) – lecz przynajmniej obrazek zmieniam. 🙂 Zdjęcie jest z naszego niedawnego pobytu w Lądku Zdroju, gdzie doświadczaliśmy PRAWDZIWEJ ZIMY, a dokładnie – ze spaceru z i do miejscowości podlądkowej Lutynia, śnieżnym szlakiem w kierunku Kamiennego Wąwozu i ciut dalej, z wijącą się u naszych stóp rzeczką Lutą. Ach, ach…

I na razie tyle.

MALARIA

Myślicie, że to bredzi malaria? (…)
Czekam
przylgnięty do deszczu,
twarzą do twarzy w ospach.
Raz jeszcze łoskotem mnie przypływ miejski ochłostał.
(…)
Smugi deszczu na szybach okiennych zwinęły się,
zogromniałe w grymas zawiły (…)

Zawsze gdy widzę za oknem taką malaryczną pogodę jak dzisiejsza, przychodzi mi na myśl poemat „Obłok w spodniach” Majakowskiego (przekład, z którego cytuję, jest moim ulubionym, ale czyj on? Tuwima?).
Pamiętam, jakie w liceum robił na mnie wrażenie. Jak poruszało mnie szaleństwo „chorego na pożar serca”. I jak podobała mi się (i nadal podoba) metafora wypatrywania przez okno, z szybą spływającą deszczem.

Zatem – malaria i szyba w ospach, bo pogodę nadal mamy nie zimową, a malaryczną. Deszcz, wiatr, wczesne ciemne zmierzchy i 11 stopni na termometrze. W styczniu! Na Litwie spływowej w środku lata zdarzały się nam chłodniejsze poranki, 7 – 8 st., a razu jednego tylko 5. Właśnie sobie z Jankiem odczytujemy ubiegłoroczne zapiski i znowu się dziwujemy. W sierpniu zimno, w styczniu ciepło, co to się porobiło?

Przez tę malarię nic mi się nie chce i się przymuszam. I mi smutno. I się trwożę. Świat jest chory. Świat oszalał i, jak ten bohater Majakowskiego, trawiony jest gorączką.
Nie miłosną, oj, nie. Jeszcze groźniejszą. Car ze wschodu naszczekał na Polskę. Mocarz z zaczeską rozbujał „lokalną” (?) wojenkę i „przez pomyłkę” zginęli niewinni. Rząd mojego kraju niedługo skłóci się z całym światem. W morzach i oceanach (i w brzuchach wielorybów) tony plastiku. A Australia płonie i reszta globu wciąż nazbyt opieszale śpieszy jej na ratunek.

Nie przypuszczałam, wzrastając nad rzeką wśród bzów i zachwycając się, gdy Louis Armstrong wyśpiewywał „What a wonderful World”, że już za mojego życia ten świat zrobi się tak bardzo nie wonderful. Kto w czasach dzieci-kwiatów mógł to przewidzieć? Że ludzkość nieekologicznie i bezrefleksyjnie zgłupieje, klimat zwariuje, świat splastikowieje? Nie miałam o tym zielonego pojęcia! Zielonego, nomen omen. A Ziemia coraz mniej zielona. Coraz bardziej wysuszona i czarna…

Okej, niech więc, skoro zimą nie ma śniegu, przynajmniej deszcz popada. Przedwczoraj zaś o poranku widziałam tęczę. Nim się zorientowałam, już znikała, ale jeszcze kawalątek udało mi się pstryknąć. Jak potem zauważyłam w wielu wpisach (i na zdjęciach) na fejsie, widoczna była niemal nad całą Ziemią Lubuską.

Tęcza w styczniu… To też chyba nie jest normalne.
Ale lepsza tęcza niż malaria.