HAGGIS LUBNIEWICKI

Takie danie wydałam niedawno na obiad.
Natchnęło mnie też ono pomysłem na barani, haggisowo-maciukowy tekst do niecodziennika. Szkocka narodowa potrawa nie jest bowiem jedynym na świecie kulinarnym wykorzystaniem baraniego żołądka i podrobów.
O czym – i nie tylko o tym – tutaj: „Haggis vel maciuki” – https://wp.me/P3waVI-1mY

Reklamy

JAK ZNALAZŁ

Rozbijaliśmy się na tej łączce tuż po deszczu, w mokrej trawie, potem była letnia burza – dopiero nazajutrz rano, w słońcu, ukazała swe oblicze w całej krasie. Od imienia odkrywcy miejsce to nazwane zostało „polem Janka”. W ogóle tegoroczny spływ, mimo że znaną nam od lat, kilkakrotnie już przepływaną trasą, przebiegał pod znakiem odkrywania nowych pól biwakowych. Może przydadzą się za rok…
Na razie – wspomnienie upalnego lata na Litwie, „Spływ 2018” w niecodzienniku. Na szare, chłodne dni późnej jesieni jak znalazł. Zapraszam:
https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/splyw-2018/

WINO BURGUNDZKIE W KOLORZE BORDO

Nigdy nie piłam wina z Burgundii, lecz określenie „burgundzkie wino” znane mi było od dziecka:
„(…) strzępki zdań czy rymów z czytanych grubo ponad pięćdziesiąt lat temu etażerkowych książek. Na przykład coś takiego: „Płaszcz, co swych barw pożyczył od burgundzkiego wina”. Z jakiej książki – dziś nie mam pojęcia. Płaszcz, rozumie się, należał do jakiejś królowej czy króla, zresztą ilustracja pokazywała jego czerwoną barwę, rozumiałam też, że pożyczoną od wina, ale co znaczyło „burgundzkiego”? Że w Burgundii znajdują się słynne winnice i stąd nazwa koloru, dowiedziałam się znacznie później. Ten burgundzki płaszcz, „co swych barw pożyczył”, też mi się nucił w głowie, nawet pamiętam, jak podśpiewywałam sobie na głos. Na melodię… „Marsza weselnego” Mendelssohna. Płaszczyk, jaki wtedy nosiłam, uszyty przez Pelunię, miał też czerwoną barwę, choć bardziej pomidorową niż burgundzką. Ale już mój późniejszy modny płaszcz ze stójką miał kolor szary, bo z takiego starego palta mama uszyła mi fajny ciuch. W kolorze burgund chyba już nie miałam niczego – zresztą stosownie do koloru PRL-u, o którym mówi się dziś, że głównie był szary.
Jednak Pelunia w czasach jeszcze wcześniejszego PRL-u miała taki płaszcz o  „burgundzkiej” barwie. Właściwie był to rodzaj dłuższej kurtki – mam zdjęcie, na którym mama w tej kurtce stoi przy „meblowym” wózku z siedzącym w nim moim malutkim bratem. Obok stoję ja, pewnie nie mam w tym momencie nawet czterech lat, w odświętnej sukience, z wielką kokardą we włosach, w jednej dłoni trzymam balonik, za drugą trzyma mnie mama. Pamiętam to jej paletko! Tylko że jego kolor według mamy nie nazywał się „burgund”, a „bordo”. Zresztą „bordo” też wtedy dziwnie brzmiało mi w uszach, tak samo jak „seledyn”, „popiel”, „lila” czy „modry”. Ten ostatni kolor kojarzył mi się nie tylko z błękitem niezapominajek (pamiętam taki wierszyk o boćku i modrych niezapominajkach), ale przede wszystkim z kapustą – w dodatku „modra kapusta” bynajmniej nie jest niebieska! Tak w Poznaniu nazywa się duszoną kapustę czerwoną, której kolor po ugotowaniu bardziej przypomina fiolet niż błękit.

To fragment niedawno napisanego nowego rozdziału „Peluni”. Nie mam jak zeskanować i zamieścić tu opisywanej wyżej fotki, bo zepsuł nam się skaner. Więc niech będzie w zastępstwie mój czerwony (na zdjęciu niestety szary) płaszczyk. 

A poza tym – niewiele nowego.
Przeczytałam „Jakoś to będzie. Szczęście po polsku” D. Chomątowskiej, D. Gruszki, D. Lisa, U. Pieczek. Polskość i Polska (w sensie: zobacz, czytelniku, jaki to piękny i ciekawy kraj) w pigułce. Dla mnie oczywista oczywistość, ale sympatycznie mi się czytało i zgrabnie autorom napisało.
Przeczytałam „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy. Smutne. Dobre. Bardzo dobre.
Czytam listy Peluni (jeszcze nie wszystkie przeczytałam, choć nie ma ich wiele, wciąż „prokrastynuję”).
Zaczęłam wpisywać do komputera moje zapiski z tegorocznego spływu, bo już czas, by je zamieścić na blogu.
Ulepiłam 70 uszek.
Kończy się „listopad czarny, trochę złoty”. Za niecały miesiąc święta.

KACZKA NIEPODLEGŁOŚCIOWA Z PACYFKĄ

Jabłka na zdjęciu mają kształt pacyfki, wystarczy wyobrazić sobie dodatkowe elementy tego znaku.
Ciekawe, czy marsz z okazji Stulecia Niepodległości w naszym podzielonym kraju, w stolicy, w której już nie wiadomo, czyje na wierzchu, będzie świętowaniem pokojowym? Oby.

Nigdy nie przepadałam za marszami, ale jako młodzież chodziłam na nie z okazji świąt państwowych. Nie z pobudek ideologicznych ani dlatego, że kazali, przymuszali – co tu kryć czy robić z siebie etośnicę, na tych pochodach spotykała się młodzież szkolna z całego miasta, więc to była przede wszystkim okazja towarzyska.
Jako dziecko lubiłam też, gdy wojsko odpalało te różne salwy honorowe i race.
Lecz parady wojskowe to nie moja bajka. Nawet gdybym mieszkała w Warszawie, nie wiem, czy rajcowałyby mnie te przejazdy pancerne, defilady różnych jednostek naszej armii, pokaz broni. Mnie się jednak broń kojarzy głównie z wojną.

 Wolę śpiewać. I z okazji 11 Listopada śpiewam od wczoraj. Wprawdzie w durnowaty sposób pomyliłam godzinę szkolnej akademii i gdy przyszłam, było już po najważniejszych częściach uroczystości (odżałować nie mogę, że ominęło mnie tyle wzruszeń) – lecz wieczorem nadrobiłam to z nawiązką.

W naszym domu kultury, na koncercie zespołu 4 GramY J. Yaniny Iwańskiego, wykonującym piosenki, które znamy i pamiętamy. Ja w każdym razie pamiętałam je wszystkie, zresztą sporo ludzi na sali też – i śpiewaliśmy wraz z zespołem „Biały krzyż”, „Wiem, że nie wrócisz”, „W co mam wierzyć”, „Ocalić od zapomnienia”, „Tolerancję”, „Wielkie podzielenie”, „Oprócz błękitnego nieba” i masę innych hitów.
Dziś rano na jeszcze bardziej patriotyczną nutę pośpiewałam sobie wraz z Radiem Zachód, a teraz, jak już od kilku lat, szykuję się na występy chórów w Gliśnie.
Jutro zaś uczcimy Stulecie Niepodległości kaczką niepodległościową. Kaczkę przepyszną podają w jednej z lubniewickich restauracji. Szkoda, że nie gęś, ale może jeszcze wszystko przed nami.

SKARB

„Lalę” Dehnela skończyłam czytać już jakiś czas temu, ale przyjemność tego kończenia rozłożyłam sobie na wiele dni, smakując piękno stylu pisarza, którym szczególnie wyróżniały się końcowe zapiski o różnych ciotkach i babciociotkach autora, nie tylko o Lali.

A w odchodzeniu Lali znalazłam też wiele podobieństw do odchodzenia Peli. Bo proces „gaśnięcia” ludzi w wieku podeszłym chyba w ogóle odbywa się najczęściej według jednej matrycy. Utrata pamięci, brak kontroli nad fizjologią… Pela i tak, w porównaniu do Lali, była jak na jej wiek sprawna fizycznie i niekłopotliwa, choć już coraz bardziej ciemniał jej umysł.

Pora wrócić do „Peluni”, dosyć tego odkładania! Z tym hasłem zaczęłam, już jakiś czas temu, poszukiwanie szpargałów po mojej mamie. Kilka lat przed jej śmiercią przyjechał kiedyś wraz z Pelunią na „turnus” u nas jej albumik; w nim parę zdjęć, kartka z adresami do korespondencji, kilka listów od Odetty ze Szwecji i jeden list pisany ręką mamy do mnie. Na tym liście zależało mi szczególnie – lecz choć przekopałam pół domu, wciąż tego albumiku nie mogę znaleźć. Wiadomo – gdy się odłoży coś „przemyślnie” w miejsce pt. „żeby nie zapomnieć”, to właśnie zapomni się na bank!
Ale też gdy człowiek najmniej tego oczekuje, trafia mu się niespodzianka. Wczoraj ryłam też w takiej skrzyni pełnej listów – staroci, które przed laty (bo kto dziś pisze listy?…) dostawałam od koleżanek, przyjaciół, absztyfikantów, również kartek świątecznych czy imieninowych od krewnych. Jakoś zupełnie nie zakodowało mi się w pamięci, że i z mamą korespondowałam od czasu do czasu! A przecież jak inaczej mogłyśmy się wtedy porozumiewać na odległość, skoro np. nawet gdy moi rodzice mieli już telefon, to wciąż nie mieliśmy go my, więc trzeba było latać na pocztę lub fatygować znajomych, długo czekać na połączenie, potem krzyczeć do słuchawki… Prościej było napisać list lub wysłać kartkę.

I oto w tej skrzyni, wśród większych i mniejszych pakietów, posortowanych według nadawców, znalazłam wczoraj listy od Peluni!
Najstarsze wśród nich są z roku 1972, gdy zaczęłam studia – adresowane do akademika w Zielonej Górze. Ostatnie mają adres osiedla, na którym mieszkaliśmy przed przeprowadzką nad Ariankę. Późniejszych nie ma, widocznie mogliśmy wreszcie korzystać z dobrodziejstwa telefonii i listy przestały spełniać swą rolę łącznika między Gubinem a Lubniewicami. A potem Pelunia była już coraz starsza… Życzenia świąteczne do rodziny czy znajomych pisaliśmy w jej imieniu ja lub brat, bo mama coraz słabiej widziała, a i charakter pisma, kształtny i czytelny, powoli zmienił się w bazgroły. Pewnie ze mną będzie podobnie, tyle że ja już nie pisuję listów, choć kiedyś produkowałam ich tony. 😦

Wnikliwa lektura listów mamy (i z pewnością jakieś perełki z nich do „Peluni”) dopiero przede mną. Ale już teraz, ledwo wrzuciwszy oko do jednego czy dwóch, widzę, jaki mam skarb. I jakim SKARBEM była moja mama, tak troskliwa, dobra i pogodna.

Śpię w jej łóżku. Przeglądam się jak za młodu w lustrach jej sypialni. Skrzypi mi jej szafa. I rozczulają do łez jej słowa. Choćby te z listu do akademika, na pieczątce widnieje rok bodaj 1976 (daty nie ma, bo mama czasem nie pamiętała o datowaniu swoich listów):

„Kochana córeczko! Szkoda, że nie przyjechałaś na dzisiejszą niedzielę, bo dobry obiad mam, zupę grzybową, kurczak w sosie śmietankowym, marchewkę, sałatę i mleko kwaśne. Hanuś, czy nie wybrałabyś się ze mną do Poznania na groby? Przyjedź do domu, jak będziesz mogła w piątek, bo chciałabym w sobotę pojechać. (…) Od wczoraj mam silny katar i nie bardzo się czuję, myślę, że za tydzień już będę zdrowa. Jak Ty moje dziecko się czujesz, uważaj na siebie, abyś się nie przeziębiła, no i te papierosiska, nie pal!”

Kurczak w sosie śmietankowym z marchewką i sałatą, czyż to nie rozczulające?

KTO ŚMIAŁ?

Wczoraj na chwilę włączyłam telewizor i przerzucając kanały, natrafiłam na rozmowę w „Pegazie”. Ach, gdzież ten „Pegaz”, który pamiętam sprzed lat!.. Tego nowego prawie nigdy nie oglądam (zresztą w ogóle rzadko oglądam coś w tiwi).
Ale ja nie o tym. Tylko o tym, że właśnie państwo zasiadający w „Pegazowym” studiu mówili coś o nowym zilustrowaniu „Małego Księcia” – więc zawiesiłam oko na dłużej. Niestety była to już końcówka tej partii programu i mogłam zobaczyć jedynie okładkę nowego wydania książki. Czyli taką:


Państwo redaktorstwo w studiu się wyrażali o nowych ilustracjach bardzo pozytywnie, wręcz z entuzjazmem, a ja na widok tej okładki, absolutnie niezachwycona, pomyślałam: „Boże, Saint-Exupéry się pewnie w grobie przewraca. Nie dość, że w nowych przekładach zrobili ze żmii węża, z bankiera biznesmena itp., to jeszcze ktoś śmiał ilustracje samego autora zastąpić swoimi!”.
Lecz nie bądźmy małego ducha. Wszak nie ocenia się książki po okładce. 😉
Poszukałam więc sobie w Internecie i oto – weryfikuję czym prędzej moje pierwsze wrażenie.
„Ten ktoś, kto śmiał” to Paweł Pawlak (jak się dowiaduję, jeden z czołówki artystów ilustrujących książki dla dzieci), a ilustracje są przecudnej urody. Tak przynajmniej wnoszę na podstawie zdjęć, które znalazłam tu (a podejrzewam, że cała książka zrobiłaby na mnie jeszcze lepsze wrażenie):
http://booklips.pl/premiery-i-zapowiedzi/maly-ksiaze-z-nowymi-ilustracjami-od-pawla-pawlaka-z-okazji-75-lecia-pierwszego-wydania/
Tu zaś – z innej strony w necie – parę słów na temat tych ilustracji: http://bajkochlonka.pl/2018/09/27/maly-ksiaze-klasyka-w-nowym-wydaniu/):
,,’Mały Książę’ Pawła Pawlaka to świat zbudowany z figur geometrycznych, przede wszystkim kół i okręgów. Może dlatego, że rozwinięty pąk róży jest okrągły, albo z powodu owalności planet. Oprócz kół, można odnaleźć także spiczaste kształty zamknięte w trójkątach. Szczególnie, kiedy w tekście mowa jest o Ziemi.
Charakterystyczny jest także sposób, w jaki ilustrator używa barw w swoich obrazach. Wiele jest w nich mocnych punktów kolorystycznych. Żółty szalik Małego Księcia kontrastuje z granatowym tłem albo zielenią w detalach.(…) ilustracje w tej książce bardzo mocno przypominają zabawę z kalejdoskopem. Czytelnikowi kręci się od różnorodności kształtów i kolorów, ale podoba mu się to, co widzi”.

Mnie też.

„Sądzę, że dla swej ucieczki Mały Książę wykorzystał odlot wędrownych ptaków”… (swoją drogą, ciekawe, jak to zdanie – tu w moim ulubionym przekładzie Jana Szwykowskiego – brzmi w nowej wersji autorstwa Henryka Woźniakowskiego, bo to jego przekład zachowano w najnowszym wydaniu książki).

PS – a moje stare wydanie „Małego Księcia”, które gdzieś mi się zawieruszyło (tu pisałam o tym: https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/gdzie-jestes-maly-ksiaze/ ), do tej pory się nie odnalazło! Bu.

Z CIEMNYCH RZEK CZERPIESZ WODĘ

I
Po twych warkoczach mógłbym wejść do nieba
i nagle co? Zasłona.
Serce uciekło ci jak mysz czerwona,
nawet nie rzekło „przebacz”.

Po cóż mi było ciułać moją wiedzę?
Szarpię cię: – Powiedz, po co? –
Świeczka dogasa. Brzask blisko. Siedzę
nad trupem twoim nocą.

Bo wskrzesić cię nie mogę. Rozumiesz?
Cień padł na twą urodę.
Nawet wody nie chcesz. Nie rozumiesz.
Z ciemnych rzek czerpiesz wodę.

Już gdzie indziej twoje oko błyska
błyskawicą szmaragdową,
kiedy idziesz przez podziemne grzęzawisk
a trzciny szumią za tobą.

A tu za oknem bór jak udręka
wciąż rosnąca, komu potrzebna?
I ptaki stoją na sękach,
nieruchome, głupie, jak z drewna.

II
Jeśli kiedy spotkam twoją matkę,
powiem, żem cię pogrzebał –
że nosiłaś uczesanie gładkie
i warkocze, co sfrunęły z nieba;

że rzuciłem raz kwiat konwalii
do twych stóp wąskich i bosych –
żeśmy, gnój ładując, rozprawiali
o Pietrzynce, pajacyku długonosym.

III
Ty się, lesie, ze mną pogrąż w rozpacz,
ty, dębino, brzezino, buczyno –
dziuro w bucie, ty się także rozpłacz
nad umarłą, nad piękną Esteriną!

Ptaszki szklane, drewniane jelenie,
fajansowe, skrzydlate zające,
pomagajcież mi rzucać ziemię,
wstrętną ziemię na usta pachnące.

Dzień nadchodzi. Deszcz konary obmył.
Rzeka bólu płynie i bełkocze.
Nuże, braciszkowie, zakopmy
ręce, usta, oczy i warkocze.
/Konstanty Ildefons Gałczyński, „Na śmierć Esteriny, deportowanej przez hitlerowców wenecjanki”, 1948/

Kim była Esterina? Przypisy w „Dziełach” Gałczyńskiego, zarówno w dawnym (z r. 1979), jak i w najnowszym wydaniu (tom „Portret muzy”, 2014), informują, że „ w obozie Altengrabow Gałczyński wyczytał w spisie jeńców imię Esterina. Z innym jeńcem (fryzjerem) rozmawiał o Pinokiu. Historia Esteriny jest zmyślona”.

Historia śmierci Esteriny pewnie tak, lecz poeta nie tylko widział zapisane imię. Znał również jego właścicielkę, rozmawiał z nią i cieszył się ze swoich postępów w nauce języka dziewczyny: „Mieszałem nawozy sztuczne z Franzem Głupim i Franzem Świniarkiem. Spokojnie. Ukradłem różę w ogrodzie, ale chciałem ukraść i pomidorów. Rozmawiałem po włosku z wenecjanką Esteriną.” (z zapisków pod datą 9 IX 41). Drugi cytat: „Rozmawiałem z Esteriną. Mówi, że po włosku mówię dobrze.” (datowane 10 IX 41).

Ten wiersz podobał mi się od zawsze, choć jako młoda i niedoinformowana dziewczyna, zaledwie mgliście przeczuwałam jego prawdziwe – obozowe – tło. Lecz pamiętam też, że czytając go po raz pierwszy, zauroczona poetyckim zachwytem nad pięknem dziewczyny i żalem po niej, a nie zajrzawszy jeszcze do przypisów, pomyślałam, że się pewnie poeta w tej Esterinie podkochiwał. Dziś, gdy wiem, że piękna wenecjanka istniała naprawdę, myślę podobnie. Te usta pachnące, wąskie stopy, szmaragdowe oczy, warkocze, po których można wejść do nieba – ten wiersz-wspomnienie to zapis uczuć, które już w zarodku należało zakopać, zasypać wstrętną ziemią, skazać na śmierć…

Więcej (nie tylko o Esterinie – którą wspomniałam z okazji Święta Zmarłych) – w niecodzienniku: „Io sono un poeta”https://wp.me/P3waVI-1gc

Reprodukcja (z netu): obraz Jacka Malczewskiego „Zatruta studnia z chimerą”.