JUŻ SĄ!

1. Przez ładnych kilka dni naprzepisywałam się, nadobierałam zdjęć, nawklejałam – i oto w niecodzienniku znalazł się „Spływ’ 2017”.
Wszystkich zainteresowanych zapraszam do rzucenia okiem:

http://wp.me/P3waVI-17e

2. Jest już gotowy także nasz „Pliszkowy” kalendarz na rok 2018, tradycyjnie ilustrowany zdjęciami z ostatniego spływu (czyli tegoż właśnie 2017).
Jeszcze go nie widziałam, na razie mam tylko wieści od komandora, że bardzo ładny, więc z niecierpliwością czekam na przesyłkę.

Reklamy

SIĘ SZŁO

Się po lesie dzisiaj szło.
Się grzybów szukało.
Ach, gdyby tak miejsca zielonkowe się znało!
Ale się nie zna.
Jankowi tylko kilka sztuk się przypadkiem trafiło.
A w dzieciństwie jaką przepyszną zupę zielonkową, z zielonek przez Bilinka zebranych, przez Pelunię ugotowaną, się jadło!..

Się znalazło trochę podgrzybkowych kapci do ususzenia.
Lecz się pospacerowało dla zdrowia.
Się pełną piersią pooddychało.
Się złotem i purpurą „cudnych manowców” tego pięknego październikowego dnia pozachwycało.

Się wczoraj tekst o Stachurze napisało i się go w niecodzienniku zamieściło.

„Stachuro, Stachuro…”:
http://wp.me/P3waVI-16K

ZALEGŁOŚCI I ZANIEDBANIA

Zaniedbałam moje poletko. Już od miesiąca leży odłogiem. Co gorsza, nadal brak mi zapału do jego uprawiania. Nie bloguję, nie wymyślam nowych tekstów, w ogóle nic. Może to minie. Na razie znikąd pomocy. Nawet natura się sprzysięgła. W winniczce miewałam pomysły pisarskie i snuły mi się po głowie całe akapity, ale wygląda na to, że szpaki nam wyżrą owoce, zanim te zdążą dojrzeć. Albo może nawet nie szpaki, tylko jakieś paszkoty, czort je wie. I nie będzie winobrania, a tym samym – pomysłów. Jesień zapowiada mi się na bezwinną i bezwenną.

Ale cóż ja mogę wymyślić, żeby powalić czytelników? Jola Cz. napisała o anorektyczce, Zuza o roku 2022 w Polsce po-pisowskiej i pozaunijnej, Beata M. o poparzonej, która już nie chce żyć (tak przypuszczam, bo książki nie czytałam), a Julita S. o wypasanych i wypasaczach (nie miałam pojęcia o takim zboczeniu!).
Czym ja je przebiję?

W tak zwanym międzyczasie skończyło się lato. Czytaj dalej

PLAŻING, ROWERING, KNAJPING…

 …czyli reminiscencje popustkowskie.
W ubiegłym tygodniu spędziliśmy kilka dni w „naszym” Pustkowie.
Jak się wyraziła Małgocha, rok bez wyjazdu nad Bałtyk byłby niekompletny – z czym się absolutnie zgadzam.
Program pobytu mieliśmy podobny jak we wrześniu’2016, czyli standard nadmorski: plaża, rowery, knajpy. Noclegi też jak poprzednio – w „Koniku Morskim”. Pogodę takąż, czyli na 102. 🙂

Obszerniej o tegorocznych wrażeniach nadmorskich napisałam w niecodzienniku: „Reminiscencje popustkowskie”http://wp.me/P3waVI-166

DYSCYPLINA

Po śniadaniu dwie godziny internetu (wczoraj siedziałam ponad trzy, to zdecydowanie za dużo!).
Po obiedzie chwila na kilka rzutów okiem: np. na zajrzenie do poczty czy do wiadomości z fb. Następnie jedna godzina okołopisarska.
Reszta – real (zwłaszcza teraz, gdy tyle jest roboty domowej i ogrodowej; zimą pewnie te proporcje się zmienią).

Takie powzięłam postanowienie. Bo nie po to robiłam reset, żeby znów grzęznąć.

Obym wytrwała.

PS – 14.08. Po paru dniach zauważam konieczność modyfikacji moich pór komputerowo – sieciowych. Np. dwie godziny pośniadaniowe czasem trzeba dzielić na mniejsze jednostki, w zależności od obowiązków czy niespodziewanych zdarzeń danego dnia. Ale co do ilości czasu – nadal trwam w dyscyplinie.Trzy godziny z małym kawałkiem i basta! 😉 

NIE ŚNIŁO MI SIĘ!

 

Fotografia przedstawia mnie w postaci pisarki domowej mocno niezadowolonej (żeby nie rzec dosadniej), w trakcie pisania „Powrotu”. 😉 A jednak…

W najnowszym kwartalniku UPRP Kasia Kowalewska zamieściła recenzję „Nikomu się nie śniło”. Napisała o projekcie i omówiła trzy spośród tekstów znajdujących się w antologii. 

O moim napisała tak:

„Wspomnienia z dawnych lat.
Innym ciekawym opowiadaniem jest „Powrót” Hanny Bilińskiej-Stecyszyn. W zbiorze pojawiają się dwa teksty umeblowane artefaktami z lat 80. i 90. „Powrót” wyróżnia się autentycznością. To nie tylko sentymentalna podróż w przeszłość, ale i utwór, który się czuje, przeżywa razem z narratorem (autorka wybrała pierwszoosobowy głos męski). To oczywiste, że Hanna wie, o czym pisze i tą właśnie wiarygodnością, naturalnością kupuje czytelnika. Bohater „Powrotu” Ildefons, po wielkim poecie Gałczyńskim, jedzie na zarobek do Niemiec. Chce zrealizować plan, czyli kupić za marki porządne niemieckie auto, a potem wywołać zazdrość całej lubniewickiej społeczności oraz przyciągnąć, jak magnes dawną miłość – Igę. Sentymentalny czytelnik doceni żywe wspomnienia jazdy maluchem po niemieckich autostradach, pracy na jarmarku, wizyty na ulicy czerwonych latarni, zimnego piwa z beczki czy kupowania proszku i kawy na prezent. Czytelnik szukający w opowieści motywu przewodniego antologii zwróci uwagę na obfitującą w przygody historię powrotu do domu, a także wzruszy się nad tym, co człowiek gotów jest zrobić dla miłości.” I na początku akapitu poświęconego kolejnemu tekstowi dodała jeszcze, że „opowiadanie Hanny zachwyca autentycznością (…)”

Wiedziałam już wcześniej, gdy tylko tom się ukazał, z prywatnej wiadomości od Kasi, że podoba jej się moje opowiadanie, a i tak słowa recenzji pisarskim wzruszeniem i radością ścisnęły mi gardło. 🙂

 

KOBIETA ZRESETOWANA

Od 20 lipca byłam bezkomputerowa, pozainternetowa i niemal całkiem pozasieciowa. Jak zawsze, gdy wyjeżdżam z domu na dłużej. Żadnych maili i fejsbuków, co najwyżej – z rzadka! – esemesy i parę rozmów telefonicznych. Prawie dwadzieścia dni!

Najpierw odwiedziny w Polsce mazowieckiej (Serock, Pułtusk, okolice Wyszkowa nad Bugiem, spotkanie z Piotrem, kolegą z liceum). Potem w Polsce podlaskiej (wizyta u rodziny pod Brańskiem). Jeszcze cywilizacja.

Wreszcie – dzicz. Dwutygodniowy spływ na Litwie. Łokaja i Żejmiana. Z początku deszczowo, potem słonecznie, czasem – niegroźnie – burzowo.
Najbardziej dokuczały nam komary. W ilościach nie do wyobrażenia, w dzień i w noc atakujące bez chwili przerwy.
Najbardziej zachwycały nas rzeki przeczyste pośród zieleni lasów, wieczory przy ognisku i litewskie gwiazdy nisko nad głową.
Największą radochę sprawiły nam wielkie ilości kurek. Nawet sobie spory zapasik przywieźliśmy do domu.

Ach, jak potrzebny mi był taki reset! Żadnej telewizji, radia, umcykania, politykowania; nawet gdy się ktoś zapędził w politykę, szybko sam sobie nakazywał: stop.

Przeczytałam dwie książki: Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze „Czarny Anioł” (wielka, wspaniała, straszna i biedna Ewa Demarczyk) i „Wystarczy chwila” Penny Vincenzi (655 stron czytadła z dość wartką akcją, akurat na wakacje). Ponadto po jednym numerze „Przeglądu Tygodniowego” i „Polityki” oraz sporo stron w kwartalniku „Przekrój”. Same polityczne i niemal apokaliptyczne smutki (jednak), więc dla rozrywki – dwie przekrojowe krzyżówki.

Robiłam na bieżąco zapiski, lecz „Spływ 2017” zamieszczę w niecodzienniku pewnie dopiero zimą.

Mimo wszystkich uroków spływu (za którymi, ledwo wróciłam, już tęsknię), mam w pamięci także coraz trudniej znoszone niedogodności. Chyba wiek już robi swoje. Ale jak się potem radośnie wraca do prysznica z ciepłą wodą! Nawet siedem pralek prania cieszy.
A najbardziej – domowe obiadki. Precz, pikoki, kasze, makarony! Wracaliśmy całą noc z soboty na niedzielę. Po drodze zrobiliśmy stosowne zakupy i zaraz po przekroczeniu progu domu i rozbunkrowaniu się zabrałam się za obiad. Oczywiście, jak przystało na obiad niedzielny, z rosołem na pierwsze danie.

Na fejsa jeszcze nie zajrzałam. Boję się, że znów ugrzęznę. Może jutro zakończę detoks.

I powtórzę go podczas następnej wyprawy. Jeśli się uda – już we wrześniu.