GALAXY I DETOKSY

Po powrocie z niedawnego pobytu w Kołobrzegu zamieściłam na fejsie stosowne zdjęcia. W komentarzach pod nimi – otrzymałam dużo życzeń udanego wypoczynku. Gdy tymczasem ja już wypoczęłam i jestem w domu… Ale naród smartfonowy dopuszcza pewnie tylko taką opcję, że ja też jak on szuram palcem po ekranie telefonu i zamieszczam na bieżąco raporty i fotki z podróży.
Kiedyś dziękując za życzenia, wyjaśniałam, że już po, ale teraz tylko dziękuję; nie chce mi się kolejny raz potrącać wątku staroświeckiej pani bez smartfona.

Nie mam go i na razie chwacko się opieram, choć niedawno bratanek męża chciał mi sprezentować swój, bo ma już nowszy, a pan konsultant, gdy przedłużałam umowę abonamentową, namawiał mnie na jakiś nowy model, „Galaxy”. Nowy czy stary – jak pomyślę, że miałabym szurać po ekranie, miałoby mi się to ustrojstwo niechcący włączać w kieszeni i wyłączać w trakcie rozmowy, bo źle przyłożyłam do ucha… Nie i już!

Wprawdzie w zwykłej komórce też mam internet – ale nie korzystam. Od lat jestem wyłącznie internautką stacjonarną i nie zamierzam tego zmieniać.
Już i tak za dużo siedzę przy laptopie.
Dlatego tak się cieszę na wszelkie detoksy. Gdy jestem „na wyjeździe”, nic mnie nie obchodzą fejsbuki i nie zawracają mi głowy polityczne świata tego pomruki. Zwłaszcza gdy jestem w dziczy litewskiej.

Tradycyjnie po drodze ku Litwie robimy sobie podróż po Polsce „za Wisłą”. W tym roku plan główny: Puńsk (a po drodze Łomża).

W ubiegłym roku miał być ostatni raz na spływie, bo przecież kiedyś trzeba ze sceny zejść. Teraz znów jedziemy z postanowieniem „ostatni”.
A jak będzie, zobaczymy. 😀

Reklamy

OCHŁODZENIE

Lipiec z nadupalnego przeszedł w chłodny. Można oddychać. Szkoda tylko, że deszczu wciąż czekamy jak ta kania, a on nic!
Nie zwyciężyłam w konkursie, na który wysłałam zbiór opowiadań (wczoraj mi się przypomniało i sprawdziłam wyniki). Co przyjmuję chłodno i bez rozczarowania.
Skończyłam korektę tekstów o Kosarzynie – podesłał mi je ongi Naczelny biuletynu „Gubin i Okolice”.
W tymże biuletynie – w najświeższym numerze – się ukazałam w dwóch tekścikach (bo nieco skróconych względem oryginału). Wspomnieniowych – tak je nazwijmy. Obydwa są na moim blogu („To idzie młodość” i „Mój Gubin”).
Rzuciłam okiem na wiersze poetów lubniewickich, które mają się ukazać w specjalnym zbiorze. Właściwie – poetek. Bo to same panie. Ja również dorzuciłam tam parę swoich wierszyków (też wybranych spośród zamieszczonych na blogu).
O tym wszystkim donoszę stosownie do pogody za oknem, czyli bez szczególnego żaru. 😉

Ale o 6. lipca napiszę entuzjastycznie. 😀
Od paru lat czczę swoje urodziny wedle swoich zasad (także organizacyjnych). Właściwie wcześniejsze „ucieczki od urodzin” też były formą „obchodów”.
W sobotę świętowałam w Łagowie. Na pamiątkę czczenia z ubiegłego roku.
Łagów był tłumny, choć nie aż tak, jak podczas ubiegłorocznego zlotu harleyowców. Na zamku (najpierw doń przymiarka obiadowa) – wesele, cały obiekt zajęty. Zatem obiad i tym razem w karczmie „Podzamcze” (ceny niższe niż u nas, ja nie rozumiem, czemu w Lubniewicach taka drożyzna). Lody też w tej samej cafe co w lipcu’18.
A na deser prawdziwa uczta – finałowy koncert 7. Lubuskiego Festiwalu Muzycznego w łagowskim, szczelnie wypełnionym publicznością amfiteatrze.
To był bardzo piękny dzień.

Teraz czas, by się w ramach detoksu odinternetować, bo za dużo znów siedzę przed kompem. Ochłodzić. Całkiem dosłownie zresztą – zanurzyć stopy w chłodnym Bałtyku. Wybieramy się na parę dni do Kołobrzegu.

NAPAWAM SIĘ

Kiedy Redaktor Kurzawa radził mi, że najlepiej wydrukować 150 egzemplarzy książki, bo rozejdą się jak nic, a gdybym chciała wydać mniej, późniejszy dodruk jest kłopotliwszy i droższy – pukałam się w głowę. I zastanawiałam się, gdzie, jeśli postąpię wg wskazówek Redaktora, zmieścić dodatkową półkę na „Pelunie”, które mi zostaną. A już zwłaszcza info o dodruku mnie śmieszyło. Posłuszna jednak słowu redaktorskiemu, postanowiłam zaryzykować.

„Na chwilę obecną”, po odłożeniu kilku egzemplarzy „koniecznościowych”, tj. zamówionych lub dla jeszcze nieobdarowanych krewnych i przyjaciół, pozostało mi… 12 „Peluń”. Nie powinnam już naruszyć tego zapasu, bo nie będę miała z czym pojechać na spotkanie w Gubinie!

Po spotkaniu lubniewickim niemal codziennie ktoś się zgłasza (wychodzi na to, że faktycznie ten upał wielu zatrzymał w domu). Tyle – choćby tylko wczoraj i przed chwilą – usłyszałam znów słów uznania (aż mi wstyd to pisać) tych, którzy już przeczytali… Ale nie będę cytować, bo jeszcze mi sodówka odwali. 😉
Wspomnę natomiast, że wg podpowiedzi przyjaciół mogłabym się jeszcze pokusić o spotkania autorskie w bibliotekach: na poznańskim Łazarzu (pomysł Zuzy), w Zielonej Górze (pomysł Redaktora) i nawet… w Krakowie (podpowiedź Bożenki).
Lecz nie zamierzam. Nie tylko dlatego, że na spotkanie promocyjne trzeba mieć książki, a mi już wyszły. Ale…
W Lubniewicach – to jasne, jestem stąd. W Gubinie też – jestem stamtąd. Nawet Łazarz mógłby na upartego być wzięty pod uwagę, bo Pelunia była z Małeckiego. Ale Kraków?
Zresztą niezależnie, Poznań czy Kraków – pchać się tam na spotkanie w jakim niby charakterze? Jako autorka jednej książki? (i dwóch wydanych opowiadań, dla ścisłości! 😉 ). Nie uchodzi i już.
Zaś co do dodruku (bo też mi już jedna znajoma proponowała pośrednictwo)… Jeszcze wczoraj rano, gdy „Peluń” było 17, ani mi w głowie była taka myśl. Lecz zapas stopniał gwałtem i…

Na razie nic nie robię w tym kierunku. Niech się dzieje, jak się dzieje. Jestem szczęśliwa. Wręcz można uznać, że odniosłam sukces. Sukces pisarki domowej, która na kilka tygodni zyskała sławę. No, sławkę. 😀
I napawam się nią. I przepełnia mnie radość, że wydałam książkę. Że „Pelunia” się podoba. Że doświadczyłam i wciąż doświadczam tak wielu miłych chwil, komplementów, wzruszeń.
Nie, to trzeba napisać wielkimi literami:
NAPAWAM SIĘ. ❤

POSPOTKANIOWO – FOTORELACJA

Ach, jakże się udało spotkanie z „Pelunią” i ze mną! 🙂 Nie myślałam, że będzie aż tak fajnie.
Jestem ogromnie wdzięczna wszystkim gościom, którzy mimo straszliwego upału zadali sobie trud przybycia do biblioteki. Ich reakcje pozwalają mi wierzyć, że dobrze zrobiłam, wydając tę książkę.

Bardzo dziękuję Marcie, szefowej naszej biblioteki, kobiecie z pasją i wręcz instytucji społeczno-kulturalnej – za zorganizowanie spotkania. Jestem dumna, że mogłyśmy, „Pelunia” i ja, stać się częścią działań pani kierownik.

Zamieszczam fotorelację ze spotkania:

37 stopni w cieniu, a w rozżarzonej słońcem bibliotece zapewne znacznie więcej. Tuż przed spotkaniem – odbędzie się w dużo chłodniejszym korytarzu – szykujemy z Martą kawę i zimną wodę z cytryną i limonką.
Spotkaniu towarzyszyła wystawa „Kobieta w malarstwie”. Na stoliku eksponowano twórczość autorki – prócz „Peluni” jeszcze dwie wcześniejsze antologie opowiadań (tamże: „Historia czterotomowa” i „Powrót”). Prócz dekoracji kwiatowej – także dekoracyjna świeca (w razie gdyby mi jednak było za zimno?). Klimatyzator (na pierwszym planie) po niedługim czasie został wycofany, żeby nie przeszkadzał.
Nietypowo: zanim spotkanie się rozpoczęło, najpierw kolejka do autorki po dedykacje i autografy, od pewnego momentu wpisywane gęsim piórem (podarunek!).

Autorka wzruszona. Panie siedzące koło mnie: Małgosia, Marta i Joasia prezentowały gościom fragmenty „Peluni”. Ciary!
Autorka przemawia.
Sala (tzn. korytarz) słucha.
Prezentacja prezentu. Znowu ciary.
Portret Peluni – rysunek Marcina K. – stoi teraz na komodzie (zdobiące go pióro i zakładka do książek to też upominki, od Eli N.S.).

Impreza nadariańska.

Dokładniej o spotkaniu (i nie tylko o nim) – w niecodzienniku, „Peluniowo” pospotkaniowo – relacja z korytarza i znad Arianki”: https://wp.me/P3waVI-1t6

Zapraszam! 🙂

TO BYĆ NIE MOŻE?

Dotąd dłuższe teksty pisałam najpierw na blogu i potem niektóre z nich
udostępniałam na Facebooku.
Dziś odwrotnie. Najpierw wpis na fejsie – i stamtąd wklejam go tu. „Dziewczyna z tamtych lat” (w niecodzienniku).
No naprawdę to być nie może! A może może?
Tak czy siak – świat się kończy. Czyli mój świat publikowania blogowo-fejsbukowych wynurzeń.
Teraz będzie fejsbukowo-blogowy?

Jednakowoż dla tych, którzy – jak mój mąż – nie są fejsbukowi, a zaglądają tutaj i może też chcieliby poczytać o koncercie Stanisławy Celińskiej – link:
https://wp.me/P3waVI-1sB

Ponadto donoszę, że nastawiłam dziś, po raz pierwszy w tym roku, ogórki na małosolne. Na razie chemiczne, ale wkrótce będą „ludzkie”, od Adasia. 😀

Zdjęcie – lubniewicki GOK „Pod Morwą”.

PETUNIA

Stanie się wydawcą książki z ISBN-em nakłada na onego (czyli mnie) obowiązek wysłania „egzemplarzy obowiązkowych” do rozlicznych bibliotek w Polsce. Rozesłałam 20 książek. Pierwsza zareagowała książnica w S. Otrzymałam kartkę pocztową z nadrukiem: Potwierdzamy z podziękowaniem odbiór egzemplarza obowiązkowego następujących wydawnictw – i tu dopisek ręczny: 1. H. Bilińska-Stecyszyn „Pelunia”.

Kol. Kurzawa twierdzi, że biblioteki mogą, lecz nie muszą potwierdzać, a tym bardziej dziękować. Ale od dwóch otrzymałam miłe listy – co ciekawe, od takich spoza listy. Bo mi Gienek podpowiedział, że warto by i tam.

Zatem:
Z przyjemnością składamy podziękowanie za książkę Pani autorstwa, pt. „Pelunia”, nadesłaną w darze dla Biblioteki Ossolineum. Miło nam będzie włączyć tę pozycję do naszych zbiorów.
Oraz:
Szanowna Pani, Biblioteka Raczyńskich dziękuje za przekazanie książki Pani autorstwa: „Pelunia”. Wymieniony dar uzupełni nasze zbiory. Jednocześnie bardzo dziękujemy za pamięć o naszej Bibliotece.

Niby nie muszą, ale miło, że zechcieli, prawda?

Ostatnio zaś coś z listy obowiązkowej, podpisane przez Starszego Bibliotekarza w Sekcji Egzemplarza Obowiązkowego Darów i Dubletów, Oddział Gromadzenia i Uzupełniania Zbiorów:
Szanowna Pani, Biblioteka (tu nazwa) potwierdza z uprzejmym podziękowaniem odbiór niżej wymienionej publikacji: 1. Petunia / Hanna Bilińska-Stecyszyn. Lubniewice, 2019.

„Petunia”. Ciekawe, czy taki tytuł wpisali na kartę biblioteczną (albo raczej do systemu w komputerze). Całkiem ładny zresztą. Miałam kiedyś takie kwiatki, w doniczkach na tarasie i nawet w gruncie.  Jak donosi Wiki, pewne gatunki petunii spokrewnione są z tytoniem i mają podobne działaniu narkotyczne; petun w języku Indian południowoamerykańskich oznacza tytoń. Z Pelunią może mieć tyle wspólnego, że moja mama paliła kiedyś papierosy…

Co się dziwić Starszemu Bibliotekarzowi, że się machnął, skoro ja sama – autorka! – nakręciłam i naprzeginałam. Byłam w czasie weekendu w gościach u brata, podarowałam mu książkę, sprezentowałam ją też szefowi SPZG i Elżbiecie-Elisabeth (bardzo wzruszające momenty). Bratu chciałam zrobić niespodziankę, więc nic nie wiedział, że ja popełniam wydanie wspomnień w postaci książki. Żeby tajemnica się nie wydała, pisząc, polegałam tylko na własnej pamięci. Oj, zawodnej… Teraz Andrzej czyta i zauważa te „przekręty”. Już jest po ptokach, więc możemy się z tego tylko pośmiać, Jędrek wyrozumiale, ja się mitygująco.
1. Wcale nie był aż taką beksą, a zwłaszcza nie płakał, gdy zaczepiał przez okno obce panie idące ulicą, dopytując się, czy nie widziały jego mamy.
2. Wysokie lustro stojące w korytarzu naszego mieszkania na Słowackiego jest nadal w posiadaniu mojego brata. Pięknie odnowione, klejnot meblarski wręcz. Tylko że nie ma żadnych szufladek! I nigdy nie miało. Czemu ja je zapamiętałam z szufladkami?
3. A najcięższy kaliber jest taki, że pomyliłam dwie panie Jakubowskie, przypisując ratowanie mojego brata tylko jednej z nich. Tymczasem ta, która go odwiodła od chęci zeskoczenia z balkonu, to owszem, też Jakubowska, ale synowa tej od cukierka. I wcale nie mama nadeszła pierwsza, tylko ojciec! Na rowerze akurat podjechał, choć to było w godzinach pracy; może miał jakieś przeczucie…

Na tym (na razie?) kończę erratę, lecz ciekawi mnie, co jeszcze nakręciłam, jakich jeszcze nawrzucałam do „Peluni” petunii czy innych kwiatków.  😉