NIE CHCE MI SIĘ

„Tej, już przestań z tą pamięcią, że jej nie masz. Weź lepiej zmień cztery burze.” – napisał mi wczoraj kol. Kurzawa. Korespondujemy w sprawach służbowych, tzn. jego „Alphabetu”, któremu robię korektę, ale przy okazji dołączamy też wątki prywatne. Oraz E.K. zagląda, jak widać, na „Kobietę domową”, i już go zniecierpliwiło moje przydługie milczenie. Faktycznie – calutki miesiąc minął od poprzedniego wpisu.


I co ja na to? Ja na to, że nie chce mi się. Nie chce mi się jak cholera.
Byliśmy na spływie kajakowym, który zamienił się w górski-bieszczadzki. Miałam o tym napisać. Miałam też przepisać czynione w trakcie zapiski pamiętnikowe (w dzienniku domowym) i zamieścić je tu jako SPŁYW ‘2020. Nie chce mi się.
Latają mi nie od dziś po głowie dwa teksty, jeden o filmie Sieriebriennikowa „Lato” (o jejku, jak mi się podobał! aż dwa razy go obejrzałam), drugi o zachowaniach stadnych. Nie chce mi się.
Napisałam jeszcze przed „spływem” opowiadanie na konkurs Paukszty – jeno w nim co parę dni coś „dopracowuję” (albo psuję) i wciąż nie wysyłam. Dlaczego, sama nie wiem.
Mam od lutego (!) zamiar wysłania moich starych opowiadań jednej pani z Zielonej Góry, z pisma (nazwy zapomniałam, bo już nie mam pamięci), Zofia Mąkosa na „Wawrzynach” mnie jej zarekomendowała. I nadal tylko „mam zamiar”.
Myślałam także o jakimś nowym tekście do Mojej Przestrzeni Kultury, bo pismo odgrzewa tylko moje stare kotlety (niedawno – „Bliznę”). MPK zakończyła swój żywot papierowy na numerze 5 i obecnie ukazuje się wyłącznie online, codziennie więc na fejsie coś Redaktor zamieszcza, a ja… Dostaję teksty do korekty, odsyłam po – i tyle.
Otrzymałam na początku pandemii powiadomienie od Instytutu Literatury o konkursie na dziennik pandemiczny, napaliłam się, wysłałam akces, coś tam skrobałam, notowałam pilnie liczby zachorowań, zgonów, obostrzeń, ale po drodze gnuśniałam, więc gdy już można było słać prace… Nawet ponaglenie, że termin nadsyłania mija zaniedługo, nie zrobiło na mnie wrażenia, bo chęć kolejnego ścigania się, a zwłaszcza pisania „pod kątem”, całkiem mi odeszła.
Nawet lektury „Szwejka” nie dokończyłam. Odłożyłam końcówkę na zaś, bo dostałam od Zosi „Dolinę nadziei” i teraz w niej się pogrążam. Podoba mi się nawet to, co mniej mi się podobało, gdy czytałam w pośpiechu na ekranie komputera (dostałam plik od autorki, nim jeszcze powieść się ukazała). Chciałabym tak umieć pisać… Bożyczku mój, niech to nie zabrzmi zbyt przechwałkowo! – czasem myślę, że może i bym umiała – ale mi się nie chce…

Zawsze byłam LETNIA. Teraz do tego jeszcze dochodzi starcza gnuśność.
Czas, zwłaszcza gdy się człowiek starzeje, mija mu coraz szybciej. Dopiero co czekałam na czerwcowe burze i dzień się wydłużał, a tu już lato w pełni. I zaraz się skończy. Może jesienią będzie mi się chciało chcieć?
A może jeszcze bardziej nie.

Na zdjęciu: lato bieszczadzkie ‚2020.
Piosenka i teledysk też o lecie. W latach 80. W ZSRR.

Кино (Виктор Цой) – Кончится лето
https://www.youtube.com/watch?v=AfS8JESqq2o

CZTERY BURZE Z PIORUNAMI

… miały być wczoraj wg zapowiedzi godzinowej prognozy, z dokładnym wyliczeniem, o której i jaki opad. Nie odbyła się żadna – przewidywanie pogody to jednak trudna sztuka. Ale dzięki temu mogliśmy wreszcie grillować nad Arianką „na krótki rękaw”, chroniąc się przed skwarem w cieniu wierzb, a nie jak dotychczas, każdego tygodnia marznąc mimo rozpalonego ogniska i owijając się kurtkami (oraz – ja – nierzadko i kocem).
Jeszcze do późnego wieczora (gdy już przenieśliśmy się na taras) było cieplutko. Jak o tej porze roku powinno być.
Dziś wreszcie burza! Bez piorunów, za to z gradem. Ucieszyły nas zwłaszcza strugi deszczu, krótkotrwałe wprawdzie, lecz intensywne. Pierwszy taki opad w tym roku! W całej Polsce ulewy i nawałnice, a nas nęka plaga suszy, więc każda kropla nad naszą biedną umęczoną doliną Arianki jest na wagę złota.

Okoliczności domowe mam mocno zaniedbane, przydomowe też, nie tylko wskutek suszy (powiedzmy wprost: wskutek starości i braku sił). Blog też przez wiele dni przeleżał odłogiem. Robię korektę „Alphabetu Kurzawy” i tym się intensywnie zajmuję. Postaci w książce będzie 60 albo i 62, pięćdziesiątkę już zrobiłam, więc niby jest z górki, lecz już ledwo zipię. A przecież jeszcze garkuchnia, pranie, prasowanie, a przecież i różności „okołoliterackie”, „okołodziennikarskie”, „okołokorespondencyjne”… Wszystko robię po łebkach.

Reset! Reset mi potrzebny. Nastąpić ma już wkrótce. Wyglądam go jak kania dżdżu, jednocześnie coraz bardziej się „rajzefiberując”. W co ja znowu za szaleństwo się pakuję na stare lata! Mamy jechać na spływ. Nie, już nie litewski. Na Sanie. Z Darkami, oni nas namówili. A jeśli po pięciu dniach (taki jest plan) na rzece jeszcze nie opadniemy z sił, może i kilka dni w Bieszczadach… Nie opadniemy? Skoro we własnym domu czy ogrodzie opadam już po godzinie? A kolana? A kucanie w krzakach? Wczołgiwanie i wyczołgiwanie się do/z namiotu?
Janek-chojrak mówi, że damy radę. Więc się cieszę na reset. I boję trudów wyprawy. Zobaczymy…

Jednak błysnęło trzy razy i zagrzmiało (lekko) też trzy; a może nawet cztery albo pięć, i na pożegnanie naprawdę fest grzmotnęło – pisałam ten tekst w czasie burzy. Już znowu na niebie widać kawałeczki błękitu i nadal jest cieplutko. Jak w czasach mojego dzieciństwa, gdy zaraz po burzy wychodziło słońce i można było biegać po kałużach.

A jakie świeże powietrze!



Na zdjęciach: kajak Tajmień Tri „wczoraj i dziś”, ten sam, który posłużył nam na naszym pierwszym spływie litewskim w r. 2008 – teraz popłyniemy nim na Sanie.

TRÓJKA – RADIO MUZYCZNE

Fot. Polskie Radio

Dla mnie to nawet nie jest trujka, jak już od dłuższego czasu piszą ci, którzy wskutek „dobrozmianowych” szachrów-machrów w obsadzie tej stacji przestali jej słuchać.
Ja słucham. Tzn. nadal co rano na prawie cały dzień włączam radio (bo wieczorem czasem oglądam tv). Gdy się coś pokochało przed 50 laty, to długo jest się wiernym…
Na wiadomości uszy wyłączam, po co się denerwować. Od dawna są „reżimowe”, wybiórcze, choć udają, że obiektywne.
W ogóle Trójka od wielu dni udaje, że jest Trójką.
Proces odchodzenia z tej stacji dziennikarzy, zwolnionych lub takich, którzy sami odeszli, zaczął się po nastaniu „dobrej zmiany”, zwanej też „kaczystanem”. Nie zliczę, ilu fajnych dziennikarzy się pożegnało, ile ciekawych audycji zniknęło z anteny.
Piątkowej „Listy przebojów” nie słuchałam już dawno, wyrosłam z niej. Ale Trójka w ogóle bez Niedźwieckiego? Zrezygnował, oskarżony o oszustwo w związku ze zwycięstwem na „Liście” antykaczyńskiej piosenki Kazika, gdy naczelny omal nie skichał się w gacie ze strachu i kazał „coś z tym zrobić”.
I posypała się lawina odchodzących. Kaczkowski, Metz, Kydryński, Chojnacki, Szydłowska, Obszańska, Stelmach, Baron, Wrona… Tylu ich, że podaję same nazwiska, bo długo by wymieniać. A wcześniej przecież Wojciech Mann i Anna Gacek, a jeszcze wcześniej też wielu – Nogaś, Sosnowski, Andrus, Drozd, Bugalski..
Nawet Beata Michniewicz, ta od rozmów z politykami, dziś poszła na urlop.

Od paru dni Trójka jest koncertem życzeń i w ogóle nadawaniem piosenek. Już nawet nie puszczają na antenie głosów wsparcia od wiernych słuchaczy.
Puszczają dymy. Że niby wszystko jest okej, bo pandemia, więc „zostańmy w domu z Trójką”, ale przecież przetrwamy…
Otóż nie. Trójki już nie ma. Jest jakieś nie-wiadomo-co. Radio muzyczne. Nawet nie muzyczne. Piosenkowe.

Mnie to nawet odpowiada, słuchać od rana do wieczora tylu starych dobrych przebojów, zwłaszcza polskich.

Ale umówmy się: TO NIE JEST TRÓJKA. 😦
Taką piękną zabaweczkę mi zniszczyli! 😦 😦 😦

PS – godz. 16:03 – właśnie ogłosili na antenie, że redaktorem naczelnym został Strzyczkowski. Pogonili Kowalczewskiego. Ale dla mnie to jest nadal tylko puszczanie dymów, bo ta heca z Trójką poszła już o jeden most, ba, o dziesięć mostów za daleko…

SÁTORALJAÚJHELY

„Przez cały czas podróży batalionu, który miał zbierać sławę wojenną dopiero po przejściu pieszo szlaku od Laborca do Galicji Wschodniej, (…) prowadzono rozmowy mniej więcej takie, jakie przy odrobinie dobrej woli można zawsze zakwalifikować jako zdradę stanu (…) nawet w wagonie sztabowym, gdzie panowało duże niezadowolenie, ponieważ we Füzesabony przyszedł z pułku rozkaz dotyczący zresztą całej armii i obniżający oficerom porcję wina o ósemkę litra. Rzecz prosta, że przy takiej sposobności nie zapomniano i o szeregowcach, którym porcję sago pomniejszono o jedno deko dla szeregowca, co było tym bardziej zagadkowe, że nikt nigdy sago w wojsku nie widział. (…)
We Füzesabony zauważono także i to, że jedna z kompanii zgubiła kuchnię polową, a zauważono to dlatego, że na tej stacji miano wreszcie gotować gulasz z ziemniakami, na który taki nacisk kładł „latrinengeneral”. Dochodzenie ustaliło, że owej nieszczęsnej kuchni polowej w ogóle z Brucku nie zabrano i że niezawodnie stoi ona dotychczas gdzieś za barakiem numer sto osiemdziesiąt sześć, opuszczona i zimna.
Personel tej kuchni został mianowicie na dzień przed wyjazdem aresztowany i osadzony na odwachu za awantury na mieście, a umiał się tak sprytnie urządzić, że jeszcze ciągle siedział, podczas gdy jego kompania marszowa już dawno przejeżdżała przez Węgry.
Kompania bez kuchni została więc przydzielona do drugiej kuchni polowej, co oczywiście musiało doprowadzić do zatargów. (…) Ale w końcu okazało się, że ten gulasz z ziemniakami to tylko manewr, żeby żołnierzy zawczasu przyzwyczaić do tego, co się podczas wojny często zdarza, a mianowicie, że gdy się gulasz przyrządza, raptem przychodzi rozkaz „Alles zurück!” – gulasz się z kotłów wylewa i wszyscy muszą obejść się smakiem.
Było to więc coś w rodzaju ćwiczenia, nie takiego znowu tragicznego, ale w każdym razie pouczającego. Kiedy miano gulasz rozdawać, przyszedł rozkaz wsiadania do wagonów i po chwili pociąg pędził do Miszkovca. Nawet tam nie rozdano gulaszu, bo na torze stały rosyjskie wagony i szeregowcom nie pozwolono wysiadać. Żywa wyobraźnia żołnierzy ustaliła natychmiast, że gulasz będzie rozdawany dopiero w Galicji, po opuszczeniu pociągu, gdy okaże się, że jest zepsuty i gdy trzeba będzie wylać go jako niezdatny do użytku.
Następnie wieźli gulasz na Tiszalac, Sambor, a gdy już nikt nie przypuszczał, że gulasz będzie rozdawany, pociąg zatrzymał się w Nowym Mieście pod Sátoraljaújhely, gdzie znowu rozpalono ogień pod kotłami, gulasz odgrzano i rozdano go w końcu.”
Oczywiście „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, z rozdziału „Z Hatvanu do granic Galicji”. Dzielny wojak jedzie na front tą samą trasą, jaką my przemierzaliśmy w naszej „podróży życia” w roku 2012 – tyle że my w drugą stronę, w kierunku Chorwacji, i nie pociągiem, a samochodem. I oczywiście nie na front.
Wspominamy z rozczuleniem tę wyprawę. A nazwy ze „Szwejka” właśnie potrąciły mi tę sentymentalną strunę jeszcze mocniej. Nawet gulasz węgierski wtedy jedliśmy! Wprawdzie nie w Füzesabony, a w Bukkabany, wcześniej zaś zwiedzaliśmy Sarospatak, lecz mnie szczególnie ujęła nazwa Sátoraljaújhely. Ani ją napisać (zrobiłam kopiuj-wklej), ani przeczytać, ani tym bardziej wymówić! To miejscowość tuż za przejściem granicznym, zatrzymaliśmy się w niej po opuszczeniu słowackiej Vlkiej (Malej też!) Trny – ach, te winnice i tokaj… W Sátoraljaújhely robiliśmy zakupy spożywcze na dalszą drogę. Chyba jakieś węgierskie specjały, ale po tylu latach już słabo pamiętam.

Ach, jak nam się marzy wybrać się jeszcze raz w taką podróż… Jutro będziemy mieli cotygodniowe ogniseczko, to sobie znowu posátoraljaújhelyujemy. 😀

Fotka – ponieważ nie mamy zdjęcia z Sátoraljaújhely, jest w zamian Sarospatak i Janek z zamkiem Rakoczego w tle.

KUCHARKA DOMOWA

Mówiłam już o tym ze sto razy: spośród czynności kobiety domowej moją ulubioną jest gotowanie.
Dziś niestety miałam obiad z wczoraj. Niestety z tego względu, że w ramach ulubionych zajęć pozostało mi tylko zrobienie duuużej ilości sałaty. Ale obiad z wczoraj był bardzo stety: botwinka z jajkiem i kurczak po chińsku.
Sałata, którą przyrządzam, to zwykle sałata lodowa z wielką ilością dodatków: pomidory, papryka, oliwki, bazylia, zioła prowansalskie, cebula, czosnek, czarnuszka itp. (niedawno nawet młoda pokrzywa i bluszczyk kurdybanek), ocet balsamiczny, oliwa. Sałatę „ludzką” nabyłam parę dni temu od mojego ulubionego ekodostawcy Adasia (i szczypiorek). Przepyszne, chrupiemy to do śniadań i kolacji jak króliki.
Ach, ach, jak ja prócz gotowania lubię pisać/czytać/czasem oglądać w tv/i myśleć o jedzonku! Jeść też, lecz tu kolejne niestety: choć nie szaleję z wielkością porcji, pandemiczny brak ruchu już mi trochę utrudnia wbicie się w ulubione dżinsy…

W ramach niegotowania obiadu wykonałam następujące czynności piśmiennicze:
Uzupełniłam zapiski w dzienniczku domowym.
Poczatowałam i pomailowałam ze znajomymi.
Piszę ten tekst.
Bo poza tym nawet „pisarka domowa” już nie można o mnie powiedzieć. Tzn. niedawno przepisałam do niecodziennika – z dawnych kajetów studenckich – parę zdań o dawnych Bachanaliach (jest taka grupa na fejsie wspominająca studenckie czasy w Zielonej Górze), zaś wczesną wiosną wyprodukowałam dwa felietony do kolejnego numeru „Inspiracji”. Pismo czeka, aż mu pandemia pozwoli się ukazać, więc niedawno wkleiłam je do niecodziennika („Znad Arianki” – teksty: „Konstanty Ildefons Gałczyński w Zielonej Górze” i „Jak to na WSN było”: https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/znad-arianki/). Tu i tak rzadko ktoś zagląda, jednak na wszelki wypadek: Gienku Kurzawo, nie nakrzycz na mnie!

I na tym moje pisarstwo (na razie?) się wyczerpało. Za to mam do czynienia z pisarstwem cudzym, realizując zadania korektorki domowej. W ostatnich dniach stałam się też zielarką domową, ale o tym może innym razem.

Kucharka domowa jest wszakże tylko kucharką. Nawet czytelniczką nie jest. Jedyna moja lektura to nadal poranne (w kibelku) kawałki Szwejka, a i to nie co dzień.
Schyłek, panie kochany, schyłek…

Na zdjęciach: szparagowo. Fotki są z ubiegłego roku, ale tegoroczny sezon już od paru tygodni mamy otwarty (jutro na obiad zaplanowałam rybę, młode ziemniaki z koperkiem, szparagi i surówkę z młodej kapusty). Naczynie do szparagów to przedwojenna porcelana firmy Villeroy & Boch, czym chyba już kiedyś się tu chwaliłam, ale co mi szkodzi raz jeszcze… 😉 

ŻEGNAJ, WOŁACZU

– Barbara, wróciłem! – woła mąż Barbary. – Jednak najlepiej w… – I tu reklamuje znaną sieć z telewizorami, pralkami i innymi kafeautomatami.
– Dlaczego najlepiej, Marian? – pyta ona.

Pomińmy korzyści, jakie oferuje ta właśnie sieć. Skupmy się na wołaczu. Otóż gdyby Marian oznajmiał: „Barbaro, wróciłem”, a ona pytała: „Dlaczego najlepiej, Marianie?”, to nawet w moich uszach te formy wołacza użyte w radiowej reklamie brzmiałyby dosyć niezręcznie.
A jednak… Radio co godzinę lub nawet co pół serwuje narodowi te mianowniki zamiast wołaczy. I to się upowszechnia. Przecież nie tylko w reklamie! I nie tylko w mowie, w piśmie też. A przecież uczyli nas w szkole: Mianownik. kto? co? – Barbara, Marian. Wołacz. o, ty, o, wy – Barbaro, Marianie. Tymczasem… 
Nawet mojemu mężowi forma zwracania się doń per „Janku” wydaje się staroświecka (ale ciekawostka: „Janie” już nie). Do mnie na szczęście wciąż mówi: „Haniu”.
Ba, nawet ja tego wołacza  używam wybiórczo. „Bożenko”, „Zuzanno”, „Wacuszko”, „Jasiu”, „Aniu” – jak najbardziej. Ale już: „Wojtku”? Z tym gorzej. Częściej mówię do młodszego syna: „Wojtek”. Wołacz odfruwa w niebyt niczym te dmuchawce, latawce, wiatr…

Albo paradoksalnie: przetrwa, tyle że stojąc na głowie, czyli… zastępując formy mianownikowe. Niczym jakiś dziwny mianownikowołacz czy też wołaczomianownik. Naród bowiem coraz namiętniej mówi o kimś: „Stasiu poszedł”, „Józiu mówi”, „Wiesiu zrobił”, „Gieniu napisał”. Ze Stasiem to jeszcze proste, można używać formy „Staś” (takoż „Jaś” czy „Zdziś”), ale już z tymi pozostałymi? „Józio”, „Wiesio”, „Gienio” z tym „o” na końcu? Tak dziecinnie?
Hm…

Polszczyzna się zmieniała, zmienia i zmieniać będzie. Wiele zmian zatwierdza tzw. uzus językowy. Może więc w ich ramach niedługo JASIU będzie mówił: Żegnaj, WOŁACZ? 😦

Zdjęcie dmuchawca zrobił Wiesiu – ? Wiesio – ? – Wiesiek ! 😀  😀 

SUWEREN BEZMASECZKOWY

Niedziela majowa. Ciepło jak w pełni lata. Jedziemy na przejażdżkę rowerową. W maseczkach.
Na ulicach, na plażach, przy barach (wszak na wynos wolno), w alejkach spacerowych – tłumy. Takich jak my stosujących się do zarządzeń można policzyć na palcach jednej ręki.
Najpierw dwie znajome, też na rowerach. Zero maseczek. „Pań maseczki nie obowiązują?”, pytam (chyba nie dosłyszały, bo już się minęliśmy). Zrypka od męża, że mam ludzi nie pouczać. Następnie dwoje innych znajomych, para w naszym wieku. „A my bez, gdzieś tam w kieszeniach mamy”, mówi pani radośnie na nasz maseczkowy widok. Niby beztrosko, ale chyba jej ciut niezręcznie, że my mamy, a oni nie. „Dzień dobry”, odpowiadamy.  To nie koniec. Kawałek dalej, na skraju plaży, wyczekuję, aż minie nas grupka kolejnych bezmaseczkowych, na co jeden pan wyraża zdziwienie, więc ja złośliwie: „Żeby państwa nie zarazić”, a pan (dość pogardliwie): „Bez przesady!”.
Mąż do mnie: „Jeśli jeszcze raz zwrócisz komuś uwagę, więcej z tobą na spacer nie pojadę”. Wystraszona tą perspektywą, milczę do końca wycieczki.

Chyba w tych maseczkach wyszliśmy na głupków. Naród ma w dupju. Bierze co swoje (pełno bezmaseczkowych pięćsetplusowych z dziećmi) i się żadną pandemią ani zarządzeniami nie zamierza przejmować.
Może i słusznie?

Uwagi końcowe:
1. I po kiego mi taki „relaks”, gdy mam swój azyl?
2. Nasze maseczki to jednorazówki wielokrotnego zastosowania, odkażane na tarasie ultrafioletem, co parę dni prane. Dobrze się przez nie oddycha i nie ciągną za uszy. 😉


W RAMACH MARZEŃ I PLANÓW…

 

„Przy ognisku, przy ognisku,
Tak siedzimy sobie wszyscy,
Giną troski i zmartwienia,
Bo ognisko wszystko zmienia” – śpiewał kiedyś kabaret Elita. Trochę prześmiewczo, gdyż była to parodia piosenki wczasowo – turnusowej, co nie zmienia faktu, że ognisko ma wielką moc, i że uwielbiamy nasze ogniseczka nad Arianką. Oraz spotkania, rozmowy, plany i marzenia nadariańskie…
Wczoraj, po etapie kilku ognisk jedynie w duecie (pandemia!), nastąpił nowy, czyli ogniskowanie się i grillowanie we czworo – z gośćmi ze Świebodzina. W dodatku bez zachowania należytych odstępów oraz bez maseczek – bo jak tu jeść i pić w masce? Na fotce widać zresztą, jak wdzięcznie ogryzam zgrillowane skrzydełko. 😉

I zobaczymy…

Od ogniska zaczyna też swój tekst Zuza. W dodatku – od naszego! 😀

Zuza, swego czasu pisząca do londyńskiej „Cooltury”, jest teraz dziennikarką drukowaną przez warszawski tygodnik „Przegląd” i polonijny londyński „Tydzień Polski”, a ja jestem dumna, że mam taką koleżanę!

Oto nasze przyogniskowe plany i marzenia w „Liście rzeczy do niezrobienia” Zuzanny Muszyńskiej w w/w „Tygodniu Polskim” – który to artykuł – po otrzymaniu wszystkich potrzebnych zezwoleń i zgód – wklejam poniżej.

NIECO POWYŻEJ ŚREDNIEJ

4,19. Taka jest średnia punktów, jaką otrzymało moje opowiadanie w konkursie fejsbukowym „Zima w miasteczku”. Punkty (na wzór ocen szkolnych) przydzielano za fabułę, emocje, bohatera, język i styl. Kto przydzielał? Nie wiem. Chyba czytelnicy/autorzy też biorący udział w konkursie.
Nawet nie pamiętam, czy wspominałam tu o tym. Napisałam to opowiadanie na początku lutego. Wysłałam. Otrzymało jakieś dwa czy trzy komentarze, dosyć przychylne, choć bez ochów i achów z zachwytu. Spośród opowiadań „konkurencji” przeczytałam tylko jedno. Potem o konkursie zapomniałam, zresztą przesuwano termin raz czy dwa, a w dodatku wybuchła pandemia.
Parę dni temu ogłoszono wyniki. Nie śledziłam wydarzenia. Ach, gdzież te emocje z dawnych czasów! Zresztą zainteresowanie w grupie też było średnie (wszystkich tekstów nadesłano zaledwie 16), a ze starej gwardii – w podsumowującej punktację tabelce figuruje tylko kilka znanych mi nazwisk.


Otrzymałam dyplom (wirtualny, rzecz jasna) „Srebrnej Śnieżynki”. Podział był na żelazne, brązowe, srebrne, złote i platynowe. Najniższy wynik w tabeli to 1,63, najwyższy 5,25. Czyli z tym srebrem i z 4,19 pkt znalazłam się nieco powyżej średniej. Wynik tym mocniej mnie cieszy, że wysiłek włożony w stworzenie opowiadania był nieduży, zaś Śnieżynka tak samo jak mnie należy się Jankowi. A może nawet jemu bardziej! Bowiem, z braku lepszego pomysłu, skorzystałam z dawnych mężowskich zapisków w dzienniku domowym. Zanim ja przejęłam tę działkę, parał się nią Janek. Czynił to w krótkich żołnierskich słowach, więc ten kościec dofabularyzowałam, wymyśliłam tytuł, co nieco nazmyślałam i ubarwiłam. 
O czym donoszę dla porządku! 🙂

Nasze wspólne opowiadanie znajduje się już w zakładce. Nosi tytuł „Sanki stanu wojennego”.
https://kobietadomowa.wordpress.com/opowiadania-2/sanki-stanu-wojennego/


/zdjęcia: zimowe (choć bez sanek) fot. Jan Jr, śnieżynkowe z grupy „Pisanie to styl życia”/

JESZCZE RAZ O NOMINACJI

 Strasznie dawno tu nie zaglądałam. Jakieś pomysły na wpis od czasu do czasu przelatywały mi przez głowę, ale tym szybciej odfruwały, bo droga do ich zanotowania wydawała mi się trudem syzyfowym.
Umówmy się, że to z powodu pandemii.
Dziś tu jednak zostawiam jakiś ślad. Wczoraj Zofia Mąkosa (pisujemy do siebie od czasu do czasu) zamieściła na swojej stronie fejsbukowej info o najnowszym numerze gorzowskiego „Pegaza Lubuskiego”. A w nim dużo o lutowych Lubuskich Wawrzynach, m.in. na stronie 7: Laureatka i Nominantka. 😀 Czyli my dwie. 😀
Czyli – o „Winnym mieście” (laudacja prof. M. Mikołajczak) i o „Peluni” (nominacja prof. J. Madejskiego).
O czym donoszę z radością. 😀
Tekst prof. Madejskiego (to ten pan, który podszedł do mnie na powawrzynowym bankiecie) oraz link do „Pegaza” zamieściłam w niecodzienniku.

https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/zdaniem-profesora-madejskiego/