DYSCYPLINA

Po śniadaniu dwie godziny internetu (wczoraj siedziałam ponad trzy, to zdecydowanie za dużo!).
Po obiedzie chwila na kilka rzutów okiem: np. na zajrzenie do poczty czy do wiadomości z fb. Następnie jedna godzina okołopisarska.
Reszta – real (zwłaszcza teraz, gdy tyle jest roboty domowej i ogrodowej; zimą pewnie te proporcje się zmienią).

Takie powzięłam postanowienie. Bo nie po to robiłam reset, żeby znów grzęznąć.

Obym wytrwała.

PS – 14.08. Po paru dniach zauważam konieczność modyfikacji moich pór komputerowo – sieciowych. Np. dwie godziny pośniadaniowe czasem trzeba dzielić na mniejsze jednostki, w zależności od obowiązków czy niespodziewanych zdarzeń danego dnia. Ale co do ilości czasu – nadal trwam w dyscyplinie.Trzy godziny z małym kawałkiem i basta! 😉 

NIE ŚNIŁO MI SIĘ!

 

Fotografia przedstawia mnie w postaci pisarki domowej mocno niezadowolonej (żeby nie rzec dosadniej), w trakcie pisania „Powrotu”. 😉 A jednak…

W najnowszym kwartalniku UPRP Kasia Kowalewska zamieściła recenzję „Nikomu się nie śniło”. Napisała o projekcie i omówiła trzy spośród tekstów znajdujących się w antologii. 

O moim napisała tak:

„Wspomnienia z dawnych lat.
Innym ciekawym opowiadaniem jest „Powrót” Hanny Bilińskiej-Stecyszyn. W zbiorze pojawiają się dwa teksty umeblowane artefaktami z lat 80. i 90. „Powrót” wyróżnia się autentycznością. To nie tylko sentymentalna podróż w przeszłość, ale i utwór, który się czuje, przeżywa razem z narratorem (autorka wybrała pierwszoosobowy głos męski). To oczywiste, że Hanna wie, o czym pisze i tą właśnie wiarygodnością, naturalnością kupuje czytelnika. Bohater „Powrotu” Ildefons, po wielkim poecie Gałczyńskim, jedzie na zarobek do Niemiec. Chce zrealizować plan, czyli kupić za marki porządne niemieckie auto, a potem wywołać zazdrość całej lubniewickiej społeczności oraz przyciągnąć, jak magnes dawną miłość – Igę. Sentymentalny czytelnik doceni żywe wspomnienia jazdy maluchem po niemieckich autostradach, pracy na jarmarku, wizyty na ulicy czerwonych latarni, zimnego piwa z beczki czy kupowania proszku i kawy na prezent. Czytelnik szukający w opowieści motywu przewodniego antologii zwróci uwagę na obfitującą w przygody historię powrotu do domu, a także wzruszy się nad tym, co człowiek gotów jest zrobić dla miłości.” I na początku akapitu poświęconego kolejnemu tekstowi dodała jeszcze, że „opowiadanie Hanny zachwyca autentycznością (…)”

Wiedziałam już wcześniej, gdy tylko tom się ukazał, z prywatnej wiadomości od Kasi, że podoba jej się moje opowiadanie, a i tak słowa recenzji pisarskim wzruszeniem i radością ścisnęły mi gardło. 🙂

 

KOBIETA ZRESETOWANA

Od 20 lipca byłam bezkomputerowa, pozainternetowa i niemal całkiem pozasieciowa. Jak zawsze, gdy wyjeżdżam z domu na dłużej. Żadnych maili i fejsbuków, co najwyżej – z rzadka! – esemesy i parę rozmów telefonicznych. Prawie dwadzieścia dni!

Najpierw odwiedziny w Polsce mazowieckiej (Serock, Pułtusk, okolice Wyszkowa nad Bugiem, spotkanie z Piotrem, kolegą z liceum). Potem w Polsce podlaskiej (wizyta u rodziny pod Brańskiem). Jeszcze cywilizacja.

Wreszcie – dzicz. Dwutygodniowy spływ na Litwie. Łokaja i Żejmiana. Z początku deszczowo, potem słonecznie, czasem – niegroźnie – burzowo.
Najbardziej dokuczały nam komary. W ilościach nie do wyobrażenia, w dzień i w noc atakujące bez chwili przerwy.
Najbardziej zachwycały nas rzeki przeczyste pośród zieleni lasów, wieczory przy ognisku i litewskie gwiazdy nisko nad głową.
Największą radochę sprawiły nam wielkie ilości kurek. Nawet sobie spory zapasik przywieźliśmy do domu.

Ach, jak potrzebny mi był taki reset! Żadnej telewizji, radia, umcykania, politykowania; nawet gdy się ktoś zapędził w politykę, szybko sam sobie nakazywał: stop.

Przeczytałam dwie książki: Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz-Oboładze „Czarny Anioł” (wielka, wspaniała, straszna i biedna Ewa Demarczyk) i „Wystarczy chwila” Penny Vincenzi (655 stron czytadła z dość wartką akcją, akurat na wakacje). Ponadto po jednym numerze „Przeglądu Tygodniowego” i „Polityki” oraz sporo stron w kwartalniku „Przekrój”. Same polityczne i niemal apokaliptyczne smutki (jednak), więc dla rozrywki – dwie przekrojowe krzyżówki.

Robiłam na bieżąco zapiski, lecz „Spływ 2017” zamieszczę w niecodzienniku pewnie dopiero zimą.

Mimo wszystkich uroków spływu (za którymi, ledwo wróciłam, już tęsknię), mam w pamięci także coraz trudniej znoszone niedogodności. Chyba wiek już robi swoje. Ale jak się potem radośnie wraca do prysznica z ciepłą wodą! Nawet siedem pralek prania cieszy.
A najbardziej – domowe obiadki. Precz, pikoki, kasze, makarony! Wracaliśmy całą noc z soboty na niedzielę. Po drodze zrobiliśmy stosowne zakupy i zaraz po przekroczeniu progu domu i rozbunkrowaniu się zabrałam się za obiad. Oczywiście, jak przystało na obiad niedzielny, z rosołem na pierwsze danie.

Na fejsa jeszcze nie zajrzałam. Boję się, że znów ugrzęznę. Może jutro zakończę detoks.

I powtórzę go podczas następnej wyprawy. Jeśli się uda – już we wrześniu.

TRYPTYK PRZETWÓRCZY

CZĘŚĆ PIERWSZA 

Król Borowik Prawdziwy szedł lasem
postukując swym jednym obcasem,
a ze złości brunatny był cały,
bo go muchy okrutnie kąsały.
Wreszcie usiadł strudzony pod dębem
i na alarm rozkazał bić w bęben.
– Hej, grzyby, grzyby!
Przybywajcie do mojej siedziby,
przybywajcie, skoro świt, z chorągwiami,
wyruszamy na wojnę z muchami. (…) /Jan Brzechwa/

Gdy chodzę po lesie szukając grzybów, często mam przed oczami obejrzane kiedyś przedstawienie, w którym te wszystkie prześlicznie wystrojone czubajki, surojadki, opieńki i modraczki próbowały się wymigać od pomożenia królowi, dopiero pułk dzielnych muchomorów załatwił sprawę. Kapitalną inscenizację wiersza Brzechwy przygotował dziecięcy teatrzyk z podstawówki w Międzyrzeczu. Obejrzałam ją w czasie wojewódzkiego przeglądu uczniowskich teatrów, na który i ja zawiozłam grupę swoich szkolnych artystów. Ach, dawne czasy. I miłe wspomnienie.
Dziś do leśnej siedziby sporo grzybów przybyło pod nasze nogi. Może nie całymi pułkami, ale w ilościach satysfakcjonujących na pewno. Co smakowicie i sprawnie przełożyło się na kolację grzybową na dziś, zupę ze świeżych grzybów na jutro, pięć słoiczków grzybowej marynaty i jeden sznurek grzybów do suszenia. Jak na inaugurację sezonu – całkiem nieźle.

CZĘŚĆ DRUGA 

Tryptyk porzeczkowy

czarna porzeczka

rzucona garścią przypadku
do mego ogrodu
w czarnych rękawiczkach
trzyma żałobę
w największe upały Czytaj dalej

PRZEKRÓJ

Nie tylko „Przekrojowo” dziś będzie, ale i przekrojowo. Czyli:

Pogodowo.
Lato zdurniało. Funduje nam burze za burzami. To akurat latem żadna sensacja, byleby po nich znów świeciło słońce. Gorzej, że też walą w nas deszcze za deszczami, całonocne, całodzienne, ulewne.
Albo susza i Niemen nie puszcza, albo nadmiar wody. Nic pośrodku. Przyrodo, miejże umiar! Jeśli taka pogoda będzie w czasie naszego spływu, chyba się zapłaczę i żadna „Lithuania” nie pomoże

Sekretnie.
Drzewa przejawiają zachowania rodzinne i społeczne. Przekazują sobie informacje, ostrzegają przed niebezpieczeństwami, chronią towarzyszy, wzajemnie sobie pomagają i wychowują w karności potomstwo. To i jeszcze sporo ciekawych rzeczy o drzewach wiem z książki Petera Wohllebena „Sekretne życie drzew”.
Autor – wielki miłośnik przyrody, z zawodu leśnik – ma pod swą pieczą las, w którym każde drzewo żyje po swojemu i nikt mu nie przeszkadza ani nie „pomaga”, rodzą się, rosną i umierają bez ingerencji człowieka, a umarłych i powalonych się nie usuwa, bo też są potrzebne w lesie.
Może nasz „poprawiający” puszczę minister raczyłby wreszcie skorzystać z tych wzorów?

Duchowo.
Drzewa kombinują, ale zwierzęta idą jeszcze dalej. Doświadczają całej gamy uczuć. Czytaj dalej

POWROTY

„Z Hamburga do Lubniewic wróciłem wozem drabiniastym.
Dziś wydaje mi się to zabawne, lecz wtedy nie było mi do śmiechu. Kiedy ze strzępów cudzych relacji i własnej pamięci posklejałem tę historię, refleksję miałem tylko jedną – że na stare lata będzie co opowiadać wnukom.”
Tak zaczyna się moje opowiadanie w „Nikomu się nie śniło”.
Jest jednym z dziewiętnastu tekstów będących efektem projektu „Wykup słowo”. Ze słów, które wykupiono i których mieliśmy użyć w tekstach, ja wybrałam między innymi Ildefonsa, miłość, radość, podjadka, raniuszka, rozchełstanie, a także wolność i demokrację.

Pisząc ze świadomością, że opowiadanie będzie wydane drukiem, chciałam przy jednym ogniu upiec kilka pieczeni. Prócz szlachetnego zamiaru wspomożenia wybudzonego ze śpiączki strażaka, prócz nadziei, że tekst spodoba się temu czy owemu czytelnikowi, chciałam sobie zrobić prezent. Nawet kilka prezentów, tak jak w opowiadaniu jest kilka powrotów. Nie tylko „powrót wozem drabiniastym”, jako końcówka pewnej podróży. Kto czytał, ten wie.

Historia miłości Ildka i Igi Czytaj dalej

KULINARNIE

 To nie jest blog o jedzeniu, choć czasem i taki wątek tu wrzucam. Lubię czytać blogi kulinarne, zwłaszcza gdy ktoś porady, jak przygotować daną potrawę, ozdabia nie tylko smakowitą fotografią czy filmikiem, ale przede wszystkim jakąś ciekawą opowieścią.
Zawsze też lubiłam czytać przepisy kulinarne. I je zbierać. Najpierw w postaci wycinków z gazet oraz kartek z przepisami zapisanymi przeze mnie i przez moich znajomych. Mam tych szpargałów cały stos, niektóre liczą sobie ze czterdzieści lat, gdybym dobrze poszperała, znalazłabym może i coś napisanego ręką Peluni. Wielokrotnie myślałam, że trzeba by to wszystko przepisać do jednego zeszytu, ale nigdy tego nie zrobiłam i tak się ten stos rozpycha w kuchennej szufladzie.
Mam w niej też sporo książek i poradników kucharskich. Jedno z najciekawszych wydawnictw, z czasów PRL-owskiej biedy i słabo zaopatrzonych sklepów – to cienka broszura, wydana przez lubniewicki Ośrodek Doradztwa Rolniczego, z poradami z zakresu WGD (Wiejskiego Gospodarstwa Domowego). Do dziś robię wzięty stamtąd „Chlebek drobiowy”.

Najstarsza moja – choć nie od początku była moją własnością – książka kucharska to „Kuchnia warszawska”. Praca zbiorowa, wydanie III. Nie ma informacji, z którego roku, ale chyba z połowy lat sześćdziesiątych, bo w przedmowie znajduję taki przypis: „Z dniem 23. XII. 1966 r. skrót dkg zostanie zmieniony na dag.”
Prawie czterdzieści lat temu dostałam tę książkę od teściowej. To był jej prezent imieninowy od bratowej. Na pierwszej stronie widnieje dedykacja: „W Dniu Imienin Jasi – Aniela. 24. VI. 68.”
Potem ona tę książkę podarowała mnie. Z początku, nim doszłam do kuchennej wprawy, to była dla mnie rzeczywiście cenna pomoc.
Dziś zaglądam do niej po wielu latach. Czarno-białe ilustracje, pożółkłe, wylatujące kartki. Między stronami książki znajduję karteluszki z ręcznymi zapiskami. Mamy Janinki – na przykład na „Piernik cygański”, na kawałku kartki w kratkę. Nigdy go nie upiekłam. Albo niebieska karteczka z przepisem mojego starszego syna na ciasto do pizzy – też go nigdy nie wykorzystałam (Jaś jest pizzowym specjalistą, w tym stosie przepisów mam jeszcze ze trzy pisane jego ręką).

Bo ja UWIELBIAM czytać o jedzeniu, ale większość tych potraw – z przepisów w książkach, na odręcznych kartkach czy ostatnimi czasy w komputerowym pliku – zrobiłam tylko raz, a niektórych nigdy. Co nie znaczy, że jestem kiepską kucharką! Tylko, mając męża tradycjonalistę (żadne tam smaki słodko-kwaśne czy mięso z ananasem!), rzadko robię „eksperymenty”. 😉

Lecz potrawę z przepisu na ostatniej stronie „Kuchni warszawskiej”, gdzieś przeze mnie chyba usłyszanego i zanotowanego ołówkiem – z pewnością wykonałam i to niejednokrotnie. „Kotlety faszerowane z kury”. Tak samo jak wspomniany na początku „Chlebek drobiowy”.
Bo z braku innego mięsa trzeba było posiłkować się drobiem.
O czym – i nie tylko o tym – snując kurczakowe reminiscencje, napisałam dziś w niecodzienniku:
„O drobiu nie tylko Więckowskiej”.
Zapraszam:http://wp.me/P3waVI-14Q